Miałam poukładane życie zawodowe, prowadziłam program w TVN BIŚ i rezygnacja z tego, co robiłam, co sprawiało mi zawodową satysfakcję, wymagała wyrzeczeń - wspomina dzień, w którym otrzymała propozycję startu w wyborach Magdalena Ogórek we wpisie na blogu w Na Temat.

Pisze, że miała startować jako kandydat niezależny i taki był jej warunek. SLD obiecało, że zbierze podpisy i wesprze kampanię finansowo. Partia miała nie ingerować w jej kampanię. Ogórek miała z kolei obiecać, że bez względu na ilość i siłę ataków na mnie, nie wycofa się z wyborów.

Ogórek pisze na blogu o tym, jakie miała priorytety i że chciała stawiać na swoich ludzi.

Wspomina, że z chwilą, gdy podpisała pełnomocnictwa, powstał sztab, złożony wyłącznie z ludzi, wyznaczonych przez SLD. Ani jedna osoba nie była ode mnie - opisuje kandydatka realia.

Dodaje, że przez pierwsze dwa miesiące budżet, jaki miała do dyspozycji, to 0 zł.

Gdy tylko zebrano podpisy i chciałam przejść do drugiego etapu, natychmiast rozpoczęły się straszne naciski i presja, iż muszę teraz podziękować aparatowi i zrezygnować z mojej wizji kampanii. Poinformowano mnie, że zapłacą za nakręcone spoty TV i pozostałe materiały pod warunkiem, że zrezygnuję ze swojej strategii i będę jeździć do lokalnych baronów - pisze Ogórek.

- Nie mam do sztabu już żalu, cieszę się, że mnie nie przymuszali do rozdawania jabłek - dodaje jednak na koniec.