Aneta Malinowska - Dziennik.pl: Ile strzałów mogło paść?
Michał Ignasiewicz: Najpierw padło około pięciu strzałów. Potem była krótka, może dwu-, trzysekundowa przerwa i kolejne cztery, pięć. Następnie znowu chwila ciszy i dwie długie serie. Jedna mogła mieć od 10 do 20 strzałów, druga nawet 20-30. Wtedy zaczęliśmy uciekać. Zorientowałem się, że to nie są fajerwerki ani pojedyncze wystrzały z pistoletu, tylko serie z broni automatycznej.
Jak ludzie zareagowali na pierwsze strzały?
Michał Ignasiewicz: Po pierwszych pięciu wystrzałach wiele osób po prostu stanęło. Większość myślała jeszcze, że to mogą być fajerwerki. Dopiero gdy padły kolejne serie, ludzie zorientowali się, że dzieje się coś bardzo poważnego. Ci, którzy byli bliżej miejsca zdarzenia, ruszyli w przeciwnym kierunku dosłownie jak fala tsunami. Jedni uciekali przed siebie, inni wbiegali do restauracji, bram czy lokali.
"Miałem sekundę na decyzję. Za drzwiami stał ojciec z dwójką dzieci"
Co było najbardziej dramatycznym momentem tego zdarzenia?
Michał Ignasiewicz: Schroniliśmy się z żoną na zapleczu jednej z restauracji. Byłem już przy drzwiach prowadzących na podwórko i miałem klucz w ręku. Wtedy zobaczyłem mężczyznę z małą dziewczynką i chłopcem, którzy próbowali dostać się do środka. Za nimi biegli kolejni ludzie. Musiałem w ułamku sekundy zdecydować, czy otworzyć drzwi. Wiedziałem, że jeśli to zrobię, do środka mogą wpaść następne spanikowane osoby. Nie wiedziałem też, czy za nimi nie biegnie ktoś uzbrojony. Ostatecznie otworzyłem. Ten człowiek tylko spojrzał na mnie i podziękował. To była scena jak z filmu. Potem ludzie zaczęli opowiadać sobie nawzajem, co widzieli i co słyszeli. Nikt tak naprawdę nie wiedział, co dokładnie się wydarzyło.
Widziałeś ranne osoby?
Michał Ignasiewicz: Tak. Z odległości około trzech metrów widziałem mężczyznę leżącego przed Zarą. Było widać, że ma więcej niż jedną ranę postrzałową. Nad nim pracowali ratownicy i strażnicy miejscy. Próbowali tamować krwawienie, prowadzili też reanimację. Po chwili pojawił się kolejny ratownik ze sprzętem, prawdopodobnie z defibrylatorem. Wtedy postanowiliśmy odejść. Nie chcieliśmy już na to patrzeć.
Dziennik.pl: Z którego kierunku nadjechał samochód, z którego miały paść strzały?
Michał Ignasiewicz: Jeśli stoi się przodem do Bazyliki Mariackiej, to z rejonu po jej lewej stronie. Tam widziałem pięć ciał leżących na ziemi. Tuż obok, przed sklepem Zara, jedna osoba była reanimowana. W okolicy widać było też zniszczone szyby.
Ofiary wyglądały na przypadkowe osoby?
Michał Ignasiewicz: Tak. Z mojego punktu widzenia były to zupełnie przypadkowe osoby.
Jakie nastroje panowały wśród mieszkańców i turystów?
Michał Ignasiewicz: Ci, którzy słyszeli strzały albo widzieli rannych, byli przerażeni. Widać było szok, łzy i niedowierzanie. Niektórzy od razu szukali informacji w telefonach. Z kolei osoby, które dopiero przychodziły na Rynek, często nie zdawały sobie sprawy ze skali wydarzeń. Słyszały, że doszło do strzelaniny, ale część traktowała te relacje z niedowierzaniem i szła dalej.
Dziennik.pl: Wśród świadków pojawiały się informacje o jednym sprawcy czy o kilku?
Michał Ignasiewicz: Gdy rozmawialiśmy z ludźmi po opuszczeniu Rynku, pojawiały się spekulacje, że sprawców mogło być więcej. Spotykaliśmy osoby idące z różnych stron, które mówiły o rannych w różnych miejscach. To rodziło wiele pytań i domysłów.
"Przez długi czas nikt nie ostrzegał ludzi"
Jak szybko na miejscu pojawiły się służby?
Michał Ignasiewicz: Od strzałów do momentu, gdy ponownie wyszliśmy na Rynek z restauracji, minęło około 15-20 minut. Kiedy wyszliśmy, przy reanimowanym mężczyźnie byli już ratownicy. Natomiast pierwszy radiowóz zobaczyłem dopiero około 10 minut później. Był to zwykły patrol, kobieta i mężczyzna. Potem czekaliśmy jeszcze na taksówkę i dopiero wtedy zaczęły pojawiać się kolejne pojedyncze wozy policyjne. Przez 40 minut, może nawet godzinę, obecność policji wydawała się bardzo ograniczona.
Czy Rynek został szybko odgrodzony?
Michał Ignasiewicz: Nie. Przynajmniej przez czas, kiedy tam byliśmy, czyli około 45 minut do godziny od zdarzenia, nie widziałem szczelnego zabezpieczenia terenu. Ludzie normalnie wchodzili na Rynek, przyjeżdżali kolejni turyści, część osób wychodziła z restauracji i nie miała pojęcia, co się wydarzyło.
Czy policja na miejscu przekazywała jakieś komunikaty mieszkańcom i turystom?
Michał Ignasiewicz: Przez czas, gdy tam byłem, nie słyszałem żadnych komunikatów. Nikt nie informował ludzi przez megafony ani nie wzywał do opuszczenia Rynku czy schronienia się.
Czy służby prowadziły działania także poza Rynkiem?
Michał Ignasiewicz: Tego nie wiem. Kiedy jechaliśmy do hotelu, minęliśmy tylko jeden radiowóz na sygnale. Większego ruchu służb wtedy nie widziałem.
Jest jeszcze coś, co szczególnie zwróciło Twoją uwagę?
Michał Ignasiewicz: Tak. Zaskoczyło mnie, jak łatwo można wjechać samochodem na Rynek Główny z różnych stron. Nie widziałem tam zabezpieczeń czy blokad podobnych do tych, które można spotkać w centrum Warszawy. To była jedna z pierwszych rzeczy, o których pomyślałem już po wszystkim.
Dziennikarka. W mediach od ponad 25 lat. Absolwentka studiów magisterskich na Uniwersytecie Łódzkim oraz podyplomowych na Uczelni Łazarskiego w Warszawie (Łazarski Executive Education). Pracowała m.in. w Polskim Radiu, Superstacji, Wirtualnej Polsce oraz w portalach Tokfm.pl i Gazeta.pl, a także w kilku mniejszych redakcjach radiowych i internetowych. Specjalizuje się w tematach społeczno-politycznych.
Michał Ignasiewicz, dziennikarz, redaktor Dziennik.pl. Warszawiak, po dwóch szkołach Mistrzostwa Sportowego. Siatkarzem nie został, bo zabrakło mu wzrostu, w piłce nożnej nie zrobił kariery, bo byli lepsi. Ale do trzech razy sztuka, więc spełnia się w roli dziennikarza sportowego. Zaczynał gdy miał 20 lat w Super Expressie. Później był m.in. Przegląd Sportowy, Dziennik, Futbol News. Fan futbolu nie tylko tego na poziomie Ligi Mistrzów. Po pracy sam zasiada na ławce trenerskiej i prowadzi swoją piłkarską drużynę. Ukończył Wyższą Szkołę Dziennikarską im. Melchiora Wańkowicza i Akademię im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku.
