Peter Sloterdijk jest bez wątpienia jednym z najbłyskotliwszych filozofów współczesnej Europy. Czy jego diagnozy są trafne - tu zdania są podzielone. Jego nieprzejednanym wrogiem jest - szczególnie od czasu głośnej polemiki w kwestii etycznych konsekwencji biotechnologii - Jürgen Habermas.
Jeśli nawet Sloterdijk nie potrafi rozwikłać najważniejszych sprzeczności i paradoksów nowoczesności, bez wątpienia potrafi je nazwać. Nadał nowe filozoficzne znaczenie pojęciu "cynizmu" (fragment jego "Krytyki cynicznego rozumu" zamieściliśmy w "Europie" nr 50 z 14 grudnia ub.r.), czyniąc z niego precyzyjne narzędzie krytyki współczesnego Zachodu.
W swych diagnozach unika jednak częstego dziś apokaliptycznego tonu. Ze zrozumieniem opisuje ostatnią realizowaną przez nas społeczną utopię - "Kryształowy Pałac" przeznaczony dla ludzi poszukujących "jednocześnie nowoczesności i szczęścia".
p
"Myśląca lawina" stanowi - oczywiście - odwołanie do myślącej trzciny Pascala. Chciałem Pascalowski obraz zastąpić czymś, co jest kruche, ale jednocześnie posiada moc niszczenia. Dziś dodałbym jeszcze jedną metaforę - człowiek współczesny przypomina pocisk, który myśli. Jest - podobnie jak inteligentna amunicja - wyposażony w system rozpoznawania nieprzyjaznych obiektów.
Dziś sądzę raczej, że projekt nowoczesności polega na próbie zbudowania wielkiej przestrzeni wygody i bezpieczeństwa... Chcemy stworzyć przestrzeń ochronną, gdzie życie rozwija się pod znakiem immunologii, staje się coraz bardziej odporne na choroby i zagrożenia. Immunologia jest zresztą jednym ze słów-kluczy nowoczesności: nieustannie medytujemy, czy potrafimy - i w jaki sposób - wbudować taką absolutną barierę ochronną w nasze człowieczeństwo.
Można też użyć innego obrazu. Tzw. "forma okcydentalna" - wizja człowieka i cywilizacji realizowana na Zachodzie i promowana przez współczesny Zachód poza jego granicami - w znacznym stopniu przypomina to, co Walter Benjamin opisywał w "Pasażach". Oczywiście "Pasaże" są dziełem niedokończonym, nigdy nie wyszły poza stadium notatek i prowadzą Benjamina do klęski. Na dodatek Benjamin umieszcza w centrum swej analizy ten typ architektury - czyli pasaże - który już wtedy był przeżytkiem. Powinien się zająć raczej stadionami, wielkimi hotelami, ośrodkami turystycznymi czy centrami konferencyjnymi. Niemniej jednak musimy tu dostrzec wielki wysiłek na rzecz zbudowania pewnej teorii kapitalistycznego wnętrza. Benjamin rozumiał, że współczesny kapitalizm pragnie niejako unieważnić świat zewnętrzny. "Pasaże" opisywały miejsce, gdzie zewnętrzność sprowadzono do niewolniczego statusu i jako niewolnika zaproszono do wnętrza.
Wracając do Kryształowego Pałacu - istniał rzeczywiście, został zbudowany w Londynie w roku 1851 z okazji wystawy światowej. Dostojewski zwiedził go 10 lat później i zareagował charakterystycznie dla upokorzonego człowieka ze Wschodu - odczuwał nienawiść do tej konstrukcji i typu umysłowości, która mogła ją stworzyć. Dziś powinniśmy czytać jego "Zapiski z podziemia" jako zapowiedź wszystkich form antynowoczesnego resentymentu, również resentymentu peryferii w stosunku do centrum. Dostojewski wiedział, że idą ciężkie czasy dla tych, którzy nie zostaną zaproszeni do zachodniego Kryształowego Pałacu. To, co pisał, pozwala nam równie dobrze zrozumieć dzisiejszych alterglobalistów czy islamistów.
Właśnie. Metafora Kryształowego Pałacu przypomina, że między wnętrzem a zewnętrzem istnieje różnica, a granicę wyznaczają ściany tego pałacu. To zresztą jego wielka zaleta. Nie wydaje mi się bowiem, by człowiek współczesny miał dziś zamiar całkowitego przekształcenia natury. Widać coraz wyraźniej, że nasza postawa wobec rzeczywistości zewnętrznej jest w gruncie rzeczy pewnego rodzaju izolacjonizmem, że nie chcemy wszystkiego włączać do naszego świata, w którym panują temperatury właściwe szklarniom.
To prawda. W Europie Zachodniej nieustannie mówimy, że dotychczasowa temperatura nie wystarcza. Żądamy podwyższenia temperatury, bo wszyscy mamy świadomość, że w gruncie rzeczy nawet my, uprzywilejowani, pochodzimy ze świata zewnętrznego i chcemy się od niego odseparować.
Jestem przekonany, że staną się tacy jak wszyscy Europejczycy.
Nie jest to ani dobre, ani złe. To po prostu nieuniknione. Dlatego że nowoczesność jest w gruncie rzeczy gigantycznym eksperymentem, którego główny cel stanowi reorientacja pożądania. Do tej przygody najlepiej przygotowane są te narody, które w przeszłości wykształciły wielką kulturę metafizycznego pragnienia. Trzeba sobie bowiem zdać sprawę, że metafizyka to najlepsze przygotowanie do dzisiejszego konsumeryzmu. Metafizyczna tresura duszy już jest skierowana na pragnienia nieskończone i nienasycone. I jeśli taka struktura zostanie na trwałe zainstalowana w naszej psyche, możemy zrobić zazwyczaj jedno - zastąpić pragnienia metafizyczne pragnieniami, potrzebami fizycznymi. Uczynić z nich nową dynamikę graniczną, definiującą człowieka. I to właśnie robimy w naszym Kryształowym Pałacu.
Przede wszystkim wystrzegajmy się alarmizmu. Biotechnologów postrzega się jako uczniów czarnoksiężnika, bo główny cel mediów stanowi podniesienie adrenaliny na skalę masową. Pod pretekstem oburzenia media jako pierwsze rozkoszują się marzeniem stworzenia człowieka od nowa. Media mają zresztą ułatwione zadanie, bo człowiek zawsze pragnął odsunąć granice własnej skończoności, śmiertelności. To było wpisane w religijną wyobraźnię. I jest nadal. Niedawno członkowie jednej z sekt fundamentalistycznych w USA zapragnęli zdobyć kilka kropli krwi z tuniki z Argenteuil i całunu turyńskiego. Doszli do wniosku, że szaleństwem jest czekać na nadejście Chrystusa, jeśli już teraz można sprawić, by żył. Trudno się dziwić, że taką propozycję przedstawili Amerykanie, którzy z natury są raczej niecierpliwi.
Tymczasem biotechnologowie wiedzą przede wszystkim jedno - w stosunku do szalonych ekstrapolacji autorów SF czy współczesnych powieściopisarzy nie mogą prawie nic. Postęp w biotechnologii jest tak naprawdę niezbyt imponujący. Jej osiągnięcia okazują się bardziej znaczące w sensie filozoficznym niż technicznym: dzięki biotechnologii odkrywamy, że natura jest pełna fenomenów ukrytych, wymykających się naszemu rozumowi, sprzecznych ze zdroworozsądkowymi wyobrażeniami. Nowoczesność pragnęła wydobyć na światło dzienne wszystko, co ukryte w naturze, uczynić naturę całkowicie zrozumiałą. Tymczasem jedną z ironii techniki jest to, że im bardziej osacza naturę, tym częściej trafia na zagadki. W końcu przesłaniem techniki staje się pewien fatalizm.
Moja wizja biotechnologii rzeczywiście jest skromniejsza, dyskretniejsza. Jednak rozumiem Houellebecqa, bo obrzydzenie człowieczeństwem wpisane jest w tożsamość współczesnego człowieka. Obrzydzenie samym sobą - gdy już zbyt dobrze się siebie poznało - to przywilej wszystkich cywilizacji wysoko rozwiniętych, które w języku niemieckim określamy terminem "Hochkultur". Zauważmy, że te kultury - chińska, perska, indyjska, grecka, egipska - pojawiają się mniej więcej w tym samym czasie i mniej więcej na podobnym etapie popadają w obrzydzenie do samych siebie. Wytłumaczenie tego fenomenu jest stosunkowo proste: cywilizacje wykonują wielki skok do przodu, gdy zaczynają używać na wielką skalę pisma.
To prowadzi do przemiany umysłowej. Rodzaj dystansu w stosunku do samego siebie, jaki nabywamy poprzez czytanie i pisanie, jest nieustannym treningiem dekontekstualizacji. A w momencie, gdy do gry wchodzi obrzydzenie samym sobą, wielki poryw metafizyczny staje się możliwy, człowiek może używać swych właściwości fizycznych jako punktu wyjścia wspinaczki ku niezwykle wysokim szczytom.
Dzieje kultur wysoko rozwiniętych to historia prób syntezy między spokojnym dystansem wobec samego siebie a dramatycznym obrzydzeniem. Myśl indyjska stanowi wielki fantazmat, który ma prowadzić poza zwykłe życie, a chrześcijaństwo wyprodukowało nieskończoną ilość krytycznych wyobrażeń dotyczących nadczłowieka. "Nadczłowiek" nie jest pojęciem nietzscheańskim, lecz terminem zdecydowanie chrześcijańskim. Po raz pierwszy pojawia się w biografii św. Ludwika, którego w XIII wieku nazywano "superhomo". A to dlatego, że zawsze myśli o Bogu, mało śpi, prawie nic nie je i nie pije...
W gruncie rzeczy mogłoby to być proste. Wystarczyłoby na serio poddać się spuściźnie cywilizacji zachodniej, "wziąć na siebie" całą europejską bibliotekę, by z dnia na dzień postarzeć się brutalnie o 3 tys. lat. Dziś - oczywiście - jesteśmy na to zbyt słabi psychicznie. Człowiek współczesny nie wytrzymałby takiej dawki.
Powinniśmy jednak zrozumieć zalety pewnego dobrego konserwatyzmu. Bo jeśli nic w naszej przeszłości nie zasługuje na ocalenie, walka, by masy miały dostęp do dóbr zastrzeżonych wcześniej dla elit, jest czymś absurdalnym. Edukacja to z natury rzeczy przedsięwzięcie konserwatywne. Trzeba być konserwatystą w stosunku do nabytych bogactw. Nie można należeć do jakiejś cywilizacji, wyrażając wobec niej absolutne obrzydzenie. Nauka docenienia własnych bogactw stanowi ważny element cywilizacji, równie istotny co savoir-faire, co prosta zdolność posługiwania się jej wytworami.
Ladurie mówi o czymś bardzo ważnym. Począwszy od lat 60. Niemcy skryli się w bezbarwności, w której wszystkie pojęcia i dane typowe dla cywilizacji niemieckiej po prostu zanikły. Pominąwszy jeden obszar - muzyki, gdzie pozbycie się tego, co istniało wcześniej, było niemożliwe. To jedyny obszar witalny cywilizacji niemieckiej po II wojnie światowej. A prawda dotycząca Habermasa jest po prostu taka, że zawsze trzymał się na dystans wobec przestrzeni muzycznej, która stała się centrum naszej tradycji. Nie możemy - oczywiście - zarzucać intelektualiście, iż jest głuchy na muzykę. Ale nie możemy też twierdzić, że jeśli już jest głuchy, trzeba go traktować jako autorytet w dziedzinie niemieckiej tradycji. Należy też dodać, że paraliż, o którym mówi Ladurie, ustępuje - od lat 80. zaczęto rozumieć, że historia Niemiec nie sprowadza się do epizodu nazistowskiego. Tak więc był to fenomen związany z pewnym pokoleniem.
Tak, bo wszystkie stare języki opisywały świat w kategoriach ciężaru i substancji stałych. Tym samym nie potrafią wyrazić świata lekkości i jej relacji, nie umieją połączyć podstawowych doświadczeń nowoczesności, której istotę stanowi "nieskończona mobilizacja". Weźmy szkołę frankfurcką - z powodu marksistowskiego dziedzictwa jej przedstawiciele byli skłonni do interpretowania "lekkiego" jako "pozoru", a "ciężkiego" jako "istoty rzeczy". Podczas gdy w nowoczesności to ciężkość stała się pozorem, a to, co najważniejsze, możemy znaleźć w powietrzu, atmosferze, stanie lotnym. Jeśli to rozumiemy, ramy dzisiejszej "teorii krytycznej" ulegają całkowitej zmianie...
Wracając do pytania o "lewicę" i "prawicę" - od pewnego momentu wojna lekkiego z ciężkim była rzeczywiście równoważna z walką lewicy z prawicą. Przesłanie lewicy głosiło w gruncie rzeczy, że wszelki ciężar - społecznych relacji, pracy itp. - jest nieludzki, a być na lewicy oznaczało uczestniczyć w przedsięwzięciu, którego cel stanowiło uczynienie lżejszą egzystencję jak największej ilości ludzi. Tej działalności zawsze towarzyszyła mechaniczna reakcja prawicy - myśl prawicowa czerpała tożsamość z odrzucenia postulatu lekkości, ze stwierdzenia, że pewne sprawy są nieuniknione, z refleksji nad granicami możliwych reform i przekształceń. Prawica była partią ciężkości. To dlatego jej wizja rzeczywistości okazywała się zawsze twardsza, ciemniejsza, bardziej bezwzględna...
To bardziej skomplikowane. Zacznijmy od istotnego przypomnienia. Jak trafnie zauważyli Marks i Engels - to burżuazja jest klasą rewolucyjną. Jedyne udane rewolucje były burżuazyjne. Nie ma ani jednej udanej rewolucji proletariackiej... Wielka przygoda człowieka współczesnego nierozłącznie wiąże się z instytucją praw własności (nie ma nic bardziej anarchizującego niż kapitał) i dynamizmem wynalazczym... Burżuazja dnia dzisiejszego nie stanowi wyjątku od reguły ogólnej. To ona niesie nas w stronę lewitacji, jest awangardą w dziedzinie uwalniania nas od tzw. naturalnych praw, liderem w wyścigu ku lekkości. Proletariat, arystokracja czy pracownicy - wszystko to są klasy reakcyjne w porównaniu z potrzebami progresizmu klas wynalazczych.
Lewica klasyczna uczestniczyła w rewolucyjnym uniesieniu burżuazji jedynie w pewnym historycznym momencie. Tylko wtedy jej rewolucyjne ambicje były rzeczywiście uzasadnione, tylko wtedy lewica mogła przez moment nawet prześcignąć burżuazję w procesie wyzwalania twórczego potencjału. Chodzi o konstelację historyczną, która skończyła się w chwili powołania III Międzynarodówki. To absolutnie jasne - bo właśnie wtedy stworzono model paraliżujący poczucie własności (i związane z tym motywacje), co ostatecznie uniemożliwiało istnienie gospodarki dobrobytu. Wówczas lekkość zmieniła swój obóz. Czy raczej wróciła do swego prawdziwego źródła - zmierzającego do przodu dynamizmu burżuazji.
To już się stało. Proszę się przyjrzeć krajom Wschodu - Korei Południowej czy Singapurowi. Ten drugi jest szczególnie interesujący, bo stworzono tam swoistą bazę doświadczalną dla rozdzielenia kapitalizmu od demokracji. Albo mówiąc precyzyjniej: zinstrumentalizowano retorykę demokracji, zastępując zachodni indywidualizm wschodnim holizmem.
Tyle że ma ogromne znaczenie. Bo właśnie on posłużył jako model dla Chin, gdzie kapitalizm bardzo dobrze dziś funkcjonuje bez wsparcia indywidualistycznej demokracji.
Wielkim niebezpieczeństwem jest to, że Europa będzie musiała rywalizować z Chinami. Im zacieklejsza okaże się ta konkurencja, tym bardziej zostaniemy zarażeni ich modelem. Jest tak już w Ameryce, gdzie coraz wyraźniej widać objawy neoautorytarnego New Dealu. Wszystko to prawdopodobnie doprowadzi do powrotu poczucia tragiczności, a także do wybuchu nowej zimnej wojny między systemami. Bo jak na razie mamy do czynienia z wojną letnią, choćby między potęgami ekonomicznymi a narodami, którym coraz trudniej pozwolić sobie na luksus egzystencji skierowanej ku lekkości.
Nie ma dziś żadnej partii lewicowej... Po prostu dlatego, że więzi między organizmami politycznymi a resentymentem zaczynają się rozpadać. Od lat 70. jedno z najważniejszych pytań stawianych w Europie brzmi: "Jak stworzyć lewicę, która nie opierałaby się na resentymencie"? Zbyt wielu zrozumiało, że polityka resentymentu jest bardzo niebezpieczna.
Tak. Ale to powoduje jednocześnie wielkie zagubienie. Cała lewica ma jeden i ten sam problem - jej główną ambicją było zostać instytucją, w której gromadzi się gniew ludu, a ludzie prości składają na rachunku pretensje i nienawiść... Tymczasem nie istnieje już Światowy Bank Gniewu, czyli komunizm. Ci, którzy przystąpili do Światowego Banku Gniewu, byli przekonani, że depozyty przyniosą im odsetki. Niestety - inwestycja okazała się chybiona. Był to bank, gdzie okradano książeczki oszczędnościowe własnych klientów, których przekształcono w zakładników banku... Tak więc nic dziwnego, że doszło do bankructwa. A gdy Światowy Bank Gniewu upadł, pierwszym zainteresowanym przejęciem jego schedy stał się bank konkurencyjny...
...Kościół. Komunizm stanowił jedyną wielką alternatywę w stosunku do Kościoła katolickiego. Podczas gdy komunizm był wielkim bankiem niezadowolenia, Kościół pozostawał depozytariuszem innego bogactwa - zbawienia.
Najważniejszy przekaz komunizmu został przejęty przez Watykan, gdzie stwierdzono, że komunizm był w gruncie rzeczy sprawą słuszną - jako próba obrony interesów maluczkich. Dodaje się tylko, że to prawomocne zadanie usiłowano zrealizować za pomocą perwersyjnych środków. Taka była mniej więcej postawa Jana Pawła II w stosunku do kościoła alternatywnego - komunizmu.
Alians komunizmu ze świętymi wiele mówi o sytuacji radykalnej lewicy - kto chce być fundamentalną opozycją w dzisiejszym świecie, potrzebuje sprzymierzeńców, którzy nie do końca są z tego świata. To już nie jest rewolucyjny projekt, ale próba założenia szerokiej wspólnoty świętych zagniewanych na świat doczesny, który zobojętniał na ich roszczenia. Precyzując: polityczny rewolucjonista przemienił się dziś w duchowego nauczyciela. Negri uprawia mistyczną opozycję, która domaga się "całości" jako swego przeciwnika. Tak samo jak Chrystus potrzebował całego świata jako tła dla własnego postulatu ucieczki z "tego świata". Widzę w tym requiem dla radykalnej lewicy. Bo taką cenę zapłaci każdy, kto będzie usiłował zbudować lewicę nieopierającą się na resentymencie.
Nie sposób nie zauważyć, że rozmyślanie nad katastrofami, które mogą się nam przydarzyć, to ostatnie spoiwo produkujące jakąś syntezę społeczną. Żyjemy w czasach przerażonych wspólnot. Wiąże się to z hiperlękową zasadą działania mediów, gdzie nie można poruszyć jakiegokolwiek tematu bez wpadania w tony oszalałego katastrofizmu. Także filozofia, zwłaszcza ta, która samą siebie nazywa krytyczną, hołduje tej estetyce gotyku, kultowi przerażenia. Po II wojnie światowej filozofia europejska stała się swego rodzaju hermeneutyką katastrofy. Zrozumieć to, co najgorsze i wpatrywać się w otchłań - oto jej ulubione zadania. To zresztą w pewien sposób zrozumiałe - ci ludzie robili wszystko, by ich słowa i książki nie posłużyły jako usprawiedliwienie nowych przyszłych zbrodni.
Rzeczywiście, i w dodatku nie ma już na to żadnej recepty. Pozostaje raczej absurdalne wyznanie, które ma po prostu oznaczać, że pragnę tego, co niemożliwe. Nie możemy, jak dawniej, pójść do banku nieszczęścia i gniewu, licząc, że nasz depozyt przyniesie procenty.Ale nie potrafimy odsunąć od siebie nieszczęścia naszego wspólnego świata. By obudzić się do istnienia, musimy uczestniczyć w ludzkim nieszczęściu. Taki jest w gruncie rzeczy sens nowoczesności. Chyba że jest to nowoczesność przedwczesna i naiwna jak w XVIII wieku, gdy to progresizm dyktował wizję świata.
Dziś staliśmy się magnesami przyciągającymi rozczarowania. Definicja człowieka dzisiejszego brzmi: "milioner w monecie rozczarowań". Niesłychanie trudno pozbyć się bogactwa takiego rodzaju. Co wcale nie ułatwia nam obrony prawa do szczęścia, prawa, które na dodatek nie figuruje na liście praw człowieka. Bo prawa człowieka to prawa defensywne, dotyczące naszej ochrony, broniące dostępu do naszego systemu immunologicznego. Stanowią odwrotną stronę naszego narastającego poczucia zagrożenia. Tymczasem prawo pozytywne, jakim jest prawo do szczęścia - do nich nie należy.
p
, ur. 1946, najważniejszy filozof niemiecki swego pokolenia, jeden z najbardziej wpływowych myślicieli europejskich. Kontynuator filozofii Nietzschego oraz szkoły frankfurckiej. Przez długi czas związany z pokoleniem '68, którego idee sam zaczął później krytykować. Profesor filozofii na Akademii Sztuk Pięknych w Karlsruhe. W Polsce ukazała się jego "Pogarda mas" (2003), wykład o wojnie kulturowej elit i mas w XX w. W "Europie" nr 50 z 14 grudnia ub.r. zamieściliśmy fragment książki Sloterdijka "Krytyka cynicznego rozumu".