To pierwszy światowy kryzys, który mogą pomóc rozwiązać aplikacje w telefonach. Koncept jest prosty – nasze urządzenia będą śledzić naszą aktywność i gromadzić dane na temat tego, z kim i jak długo przebywamy. Jeśli jedna z osób, z którą spędziliśmy więcej czasu, okaże się zakażona koronawirusem, dostaniemy taką informację. Technologia może więc pomóc w walce z pandemią i umożliwić kontrolowanie ognisk choroby już po zniesieniu ograniczeń w poruszaniu się. Spełnione muszą zostać jednak dwa warunki, co w Europie – gdzie standardy ochrony prywatności i danych osobowych są najbardziej wyśrubowane na świecie – może rodzić problemy.

Reklama

Po pierwsze, osoby poinformowane o możliwości zakażenia muszą poddać się testowi lub pozostać w kwarantannie. W innych państwach takich jak Chiny przepływ wiadomości kontrolują władze, więc czuwanie nad rozprzestrzenianiem się choroby nie rodzi w praktyce większych problemów. W Europie korzystanie z aplikacji ma pozostać anonimowe, co oznacza, że rządzący mogą mieć jedynie dostęp do danych na poziomie ogólnym, bez możliwości dotarcia do obywatela z imienia i nazwiska. W dużej mierze skuteczność koronawirusowych apek będzie więc zależała od odpowiedzialności i samokontroli ich użytkowników. Po drugie, korzystanie z tego typu rozwiązań musi się stać powszechne, aby było skuteczne. Ale w UE ściągnięcie programu i korzystanie z niego ma pozostać dobrowolne.

Jako jeden z pierwszych aplikację do śledzenia aktywności wprowadził Singapur. Miała ona uchronić państwo przed epidemią. Okazało się jednak, że dobrowolną aplikację TraceTogether ściągnęło jedynie 12 proc. obywateli – za mało, by zapobiec wybuchowi kryzysu. Po dwóch tygodniach Singapur zdecydował się na zamknięcie państwa. Eksperci z Oksfordu doradzający brytyjskiej służbie zdrowia szacują, że ponad połowa obywateli powinna korzystać z apki, by była ona skuteczna, co w przypadku Wielkiej Brytanii przekłada się na 80 proc. osób posiadających smartfony.

Wszędzie tam, gdzie w grę wchodzi gromadzenie danych, istnieje ryzyko nadużyć. Jedna aplikacja będzie mieć nie tylko informacje na temat tego, gdzie byliśmy, ale też z kim się kontaktowaliśmy. Dlatego nad całym procesem chce czuwać Komisja Europejska, która wydała wytyczne dotyczące użycia danych i wezwała kraje członkowskie do poinformowania o stosowanych rozwiązaniach. Państwa mają czas na złożenie sprawozdań do 31 maja, a od czerwca Komisja Europejska będzie publikować okresowe raporty zalecające państwom podjęcie działań lub wycofanie środków.

Zgodnie z unijnymi wytycznymi aplikacje za pomocą funkcji Bluetooth mogą kontrolować nasze kontakty z osobami i miejscami, gdzie występuje ryzyko zakażenia – ale bez funkcji śledzenia nas. Mogą też np. służyć do informowania użytkowników o konieczności wykonania testu lub poddania się izolacji – ale nie mogą podawać, kontakt z jaką osobą spowodował takie zalecenia.

– Istotną kwestią jest to, jakie aspekty informacji o osobach będziemy brali pod uwagę w celu zapobieżenia rozprzestrzenianiu się zakażeń – komentuje mec. Paweł Fedczyszyn z kancelarii Chałas i Wspólnicy. – Jednym z racjonalnie brzmiących rozwiązań jest anonimizacja danych. Jednak należy wziąć pod uwagę, że w związku ze specyfiką korzystania z usług geolokalizacji, zastosowanie metod anonimizacji jest często narażone na niepowodzenie, a stosowanie danych pseudonimizowanych wiąże się z obowiązkiem stosowania do nich wymogów RODO – dodaje.

Poszczególne rządy same decydują o tym, jaką aplikację wprowadzą do użytku. Problemem – na razie na przyszłość, bo granice pozostają zamknięte – będzie podróżowanie za granicę. Apple i Google zaproponowały wspólną aplikację, która teoretycznie mogłaby stać się ponadnarodowym rozwiązaniem. Jedną unijną nakładkę rekomenduje również europejski inspektor ochrony danych Wojciech Wiewiórowski. W jego ocenie nie będziemy w stanie rozwiązać problemu, posługując się wyłącznie narodowymi narzędziami.

Wśród już wprowadzonych w Unii i na świecie aplikacji część spełnia tylko podstawowe zadanie monitorowania osób objętych kwarantanną. Są jednak też takie, które dodatkowo udostępniają podstawowe informacje dotyczące COVID-19, służą poradami, a nawet pomagają na bieżąco kontrolować stan zdrowia. Wspomniana już aplikacja singapurska służy do identyfikowania osób narażonych na zakażenie i ograniczania rozprzestrzeniania się koronawirusa przez śledzenie kontaktów między poszczególnymi użytkownikami.

Podobne zadania spełniają aplikacje stosowane m.in. w Austrii, Czechach, na Islandii i Cyprze, a także w Polsce – przy czym nasza aplikacja w założeniu ma ponadto wspomagać tych chorych, którzy pozostają w domach. Podobnie jest w Irlandii.

Z kolei oprogramowanie wprowadzone nad Sekwaną analizuje symptomy choroby COVID-19. Ponadto dwie grupy szpitali w Paryżu przez aplikację opiekują się tymi pacjentami, których stan pozwala na pozostanie w domu. Codziennie wypełniają oni przesłaną ze szpitala ankietę, która następnie jest tam analizowana. Francja – a także Portugalia, a na świecie również m.in. Brazylia – nie zajmuje się natomiast monitorowaniem kontaktów użytkowników aplikacji z obszarami ryzyka.

W Hiszpanii aplikacja Asistencia Covid-19 umożliwia obywatelom zdiagnozowanie się i otrzymanie indywidualnej porady na podstawie podanych objawów. Można z niej korzystać w smartfonie lub przez stronę internetową. Dostępny jest ponadto chatbot z całodobowymi konsultacjami w sprawie koronawirusa.

Daleko w śledzeniu obywateli posuwa się Izrael. Ministerstwo zdrowia wprowadziło tam aplikację, która monitoruje miejsce pobytu użytkowników i porównuje je z ruchami osób z koronawirusem. Aktywacja tego oprogramowania w telefonie jest dobrowolna, a dane użytkownika nie wychodzą poza jego urządzenie. Aplikacja pobiera tylko trasy osób zainfekowanych z serwerów resortu zdrowia i szuka miejsc wspólnych – a jeśli je znajdzie, informuje użytkownika i przekazuje mu instrukcje dalszego postępowania. Jednak oprócz tego – jak podaje Reuters – izraelski resort obrony testuje system masowej inwigilacji. Jego wdrożenie zależy od rozwiania wątpliwości prawnych dotyczących prywatności obywateli.