Muchtar Ablazow, były minister energetyki Kazachstanu, jest jednym z najbogatszych obywateli tego państwa. Gdy prezydent Nursułtan Nazarbajew zmusił go do sprzedaży należącego do niego banku, zmienił front, zaczął finansować opozycję i stał się krytykiem Jełbasy (ojciec narodu – oficjalny tytuł Nazarbajewa). Władze w Astanie zaczęły go ścigać także na emigracji; jego operacje finansowe były badane przez śledczych w Wielkiej Brytanii, która udzieliła mu azylu. Gdy Ablazow odmówił przed londyńskim sądem ujawnienia zagranicznych aktywów, został ukarany 22 miesiącami aresztu za obrazę sądu. I zbiegł za granicę.

Karę nałożył sędzia William Blair. Zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa. Tak się składa, że jego brat, były premier Wielkiej Brytanii Tony Blair, należy do najbardziej znanych zachodnich doradców prezydenta Nazarbajewa. Do innych, zrzeszonych w Międzynarodowej Niezależnej Grupie Doradczej, należą m.in. były premier Włoch Romano Prodi, były prezydent Polski Aleksander Kwaśniewski i były kanclerz Austrii Alfred Gusenbauer. Ten ostatni został właśnie postawiony nad Dunajem w stan oskarżenia pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Kazachstanu.

Wróg Jełbasy

Ucieczka z Wielkiej Brytanii, najpewniej do któregoś z kontynentalnych państw UE, nie zakończyła dramatycznej historii Ablazowa. Skoro sam biznesmen okazał się nieuchwytny, kazachskie służby wzięły się za jego rodzinę. 29 maja do jego willi pod Rzymem weszło 50 funkcjonariuszy włoskiej jednostki antyterrorystycznej DIGOS. Agenci zatrzymali żonę oligarchy Ałmę Szałabajewą i ich 6-letnią córeczkę Ałuę Ablazową – obie zostały deportowane do Kazachstanu. Szałabajewą najpewniej czeka proces pod tymi samymi zarzutami, które władze stawiają Ablazowowi: korupcji, kierowania zorganizowaną grupą przestępczą, terroryzmu. Na razie ma zakaz opuszczania miasta Ałmaty. „Porwanie mojej rodziny zostało zorganizowane na rozkaz Nursułtana Nazarbajewa. Od politycznej walki przeszedł on do otwartego terroryzmu: porywania zakładników” – pisał Ablazow na Facebooku.

Formalnie obie kobiety miały się legitymować sfałszowanymi paszportami Republiki Środkowoafrykańskiej. Funkcjonariusze zignorowali fakt, że adwokaci natychmiast dostarczyli poświadczenie o prawdziwości dokumentu, wydane przez konsulat RŚA, jak i to, że we Włoszech kobiety przebywały na podstawie ważnych wiz w macierzystych paszportach kazachskich. Prawnicy Ablazowa utrzymują też, że włoskie władze, przeprowadzając deportację, złamały wiele międzynarodowych zobowiązań, w tym europejską konwencję o ekstradycji („Zgoda na wydanie nie zostanie udzielona w odniesieniu do przestępstwa uważanego przez stronę wezwaną za polityczne lub za fakt pozostający w związku z takim przestępstwem” – brzmi jej przepis) i europejską Kartę praw podstawowych. Opozycja zażądała od rządu wyjaśnień, ale Szałabajewej już to nie pomoże.

Chodzi bowiem nie o to, czy Ablazow zdobył majątek w sposób legalny, ale o to, że w swoim kraju nie może liczyć na uczciwy proces. Większość obecnych opozycjonistów to skłóceni z Nazarbajewem byli znaczący oficjele. Miesiąc temu DGP pytał o korupcyjne zarzuty wobec kilku z nich jednego z liderów antyrządowej partii Naprzód! (Ałga!) Muratbeka Ketebajewa. – Wszyscy zdobywali pierwotny kapitał w ten sam sposób. W uproszczeniu można powiedzieć, że do dwóch przynoszących dochody branż – energetycznej i urzędniczej – przychodzi się głównie po to, by kraść. I nie tak łatwo się do nich dostać, trzeba skorzystać ze znajomości wewnątrz najważniejszych klanów rodowo-biznesowych, między którymi balansuje Nazarbajew. A skoro tak, na każdego są odpowiednie haki – przyznał.

– Gdy któryś z klanów traci wpływy, robi się czystkę wśród powiązanych z nim biznesmenów i polityków, oskarżając ich o korupcję. Przez ostatni rok posypało się ok. 40 wyroków, do szczebla ministra włącznie. W ten sposób zresztą trafił do opozycji były minister energetyki Muchtar Ablazow. Nazarbajew dwukrotnie żądał od niego oddania BTA Banku. Gdy Ablazow odmówił, został oskarżony o korupcję i musiał uciekać z kraju, a bank przejęło państwo – kontynuował Ketebajew. Nasz rozmówca wkrótce sam został zatrzymany. Dwa tygodnie temu lubelska prokuratura przesłuchała go na okoliczność rozpatrywania kazachskiego wniosku o deportację pod klasycznymi zarzutami działalności antypaństwowej. Ketebajew czeka właśnie na decyzję w sprawie przyznania mu statusu uchodźcy w Polsce. Ostateczna decyzja – zarówno w sprawie deportacji, jak i statusu – wciąż przed nami.

Podobne historie prokuratorskiego nękania opozycjonistów powtarzają się w całej Europie. Zarzuty są takie same, zmieniają się tylko nazwiska i kraje. W Hiszpanii w kwietniu dwukrotnie był zatrzymywany były ochroniarz Ablazowa Aleksandr Pawłow. – Pan Pawłow razem z prezesem BTA Banku (Ablazowem – red.) dopuścili się licznych defraudacji, a przy tym ten człowiek organizował zamach terrorystyczny w Ałmaty – przekonywał prokurator generalny Kazachstanu Iogan Merkel. Z kolei w marcu sąd w Pradze zgodził się wydać Ukrainie byłą księgową Ablazowa Tatjanę Paraskiewicz. Jej obrońcy obawiają się, że legitymująca się rosyjskim paszportem kobieta zostanie przekazana przez Kijów władzom kazachskim.

Rosjanie w Pradze

Operacja w willi Ablazowów pod Rzymem to niejedyny podobny przypadek z ostatnich tygodni. W maju zuchwałą akcję przeprowadzili rosyjscy policjanci na Lotnisku im. Vaclava Havla w Pradze. Moskwa od dwóch lat ubiegała się o wydalenie z Austrii zbiegłego przedsiębiorcy z Wołgogradu Aleksieja Torubarowa, członka umiarkowanie opozycyjnej partii Słuszna Sprawa. Kiedyś Torubarow był właścicielem kilku popularnych restauracji w milionowym mieście nad Wołgą. Sam twierdzi, że padł ofiarą rekietu. Miejscowi urzędnicy, bezpieczniacy i bandyci wspólnymi siłami najpierw mieli odebrać mu biznes, a potem oskarżyli o oszustwo i inne przestępstwa gospodarcze.

„Straciłem wszystko, rozpoczęło się polowanie. Przeniosłem się do innego miasta. Zastraszyli świadków, żeby ci odmówili zeznań. Podłożyli ogień pod gabinet śledczego w sprawie, w której byłem poszkodowany. Na podstawie kłamliwego donosu zostałem aresztowany i przewieziony do Rostowa, gdzie wszczęto sprawę o próbie wymuszenia pieniędzy od funkcjonariusza Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Sprawę umorzono po roku. Wówczas wymyślili dla mnie inne sprawy sądowe z paragrafów gospodarczych” – napisał biznesmen w ankiecie złożonej w organizacji Biznes Solidarność broniącej praw przedsiębiorców.

W Wiedniu Torubarow poprosił o azyl, skarżąc się, że wołgogradzka mafia grozi mu śmiercią. Austriacy odesłali biznesmena do Pragi, ponieważ dysponował on czeską wizą wjazdową, a nad Wełtawą przebywała jego rodzina. Miejscowe władze zatrzymały go do zbadania sprawy, choć także tu Torubarow wystąpił o azyl polityczny. Decyzję zezwalającą na ekstradycję podpisał w kwietniu minister sprawiedliwości Pavel Blażek, uznawszy, że biznesmen może liczyć w Rosji na uczciwy proces. Ta decyzja nie spodobała się kolegom Blażka z rządu. 2 maja na posiedzeniu gabinetu ministrowie, pod przewodnictwem szefa dyplomacji Karela Schwarzenberga, zablokowali decyzję.

Było już jednak bardzo późno. Całą historię opisał dziennik „Lidove Noviny”. Zdaniem gazety Torubarow siedział już w samolocie Aerofłotu, eskortowany przez policyjną ekipę z Rosji. Szef MSW płk Jan Kubice nakazał szefowi policji zablokować ekstradycję. Z kolei minister transportu Zbynek Stanjura zakazał obsłudze naziemnej lotniska wydawania zezwolenia na start, sugerując też zablokowanie kołującego już samolotu cysternami z benzyną. Załoga najpierw zażądała dostarczenia decyzji o zablokowaniu ekstradycji na piśmie, a następnie rosyjscy policjanci eskortujący Torubarowa wyciągnęli pistolety. W tej sytuacji minister Schwarzenberg postanowił odpuścić. Samolot odleciał do Moskwy.

Torubarow czeka dziś na proces w Wołgogradzie. Syn biznesmena Stanisław skarży się w rozmowie z popularnymi „Lidovkami”, że deportacja odbyła się niezgodnie z prawem, ponieważ decyzja o niej nie powinna zapaść, zanim nie zostanie rozstrzygnięty wniosek o azyl.

Niezależnie od tego, czy Torubarow faktycznie padł ofiarą spisku FSB i lokalnych urzędników, czy też za pomocą takiej zmyślonej historyjki usiłował tylko przykryć własne przestępstwa, sposób, w jaki Rosjanie wymusili jego wydanie już na praskim lotnisku, jest niepokojący. Kazus doprowadził do publicznej kłótni ministrów. Były już premier Petr Neczas zdystansował się do obrony Torubarowa i nazwał próbę jego zatrzymania „kowbojstwem podrzuconym mediom”. – Bywałem już krytykowany za lenistwo, ale za odwagę jeszcze nigdy – odparował minister finansów Miroslav Kalousek, jeden z tych, którzy wymusili 2 maja cofnięcie zezwolenia na ekstradycję.

Rosyjscy policjanci broni nie użyli. Przykład byłego rosyjskiego szpiega Aleksandra Litwinienki, zmarłego w 2006 r. Londynie w wyniku zatrucia polonem, był najgłośniejszym z przypadków, w których szeroko pojmowana broń używana jednak bywa. Na znacznie bardziej masową skalę giną za granicą nie tyle przeciwnicy Kremla, ile rządzącego z jego nadania przywódcy Czeczenii Ramzana Kadyrowa. Choć media rozpisują się o istnieniu „listy Kadyrowa” kandydatów do przedwczesnej śmierci, sam polityk wszystkiemu zaprzecza. W rozmowie z BBC oświadczył, że Zachód robi z niego kozła ofiarnego zawsze wtedy, gdy coś idzie nie tak.

Lista przypadków, w których „coś poszło nie tak”, jest jednak co najmniej zastanawiająca. W styczniu 2009 r. w Wiedniu śmierć poniósł dawny ochroniarz Kadyrowa Umar Israiłow, który po ucieczce do Austrii opowiedział o stosowanych przez czeczeńskie służby torturach i współudziale kadyrowowców w zaginięciach podejrzewanych o islamistyczne sympatie mężczyzn. Trzy miesiące później w Dubaju w wyniku 20. kolejnego zamachu na życie zginął najpewniej Sulim Jamadajew. Najpewniej, bo jego rodzina utrzymywała, że mężczyzna przeżył atak, a władze Zjednoczonych Emiratów Arabskich oficjalnie uznały jego śmierć po ponad roku.

Białe rękawiczki dyktatorów

Kadyrow podejrzewał Jamadajewa o współorganizację zamachu, w którym pięć lat wcześniej zginął jego ojciec Achmat, również prezydent Czeczenii. Podejrzenia przez długie lata nie przeszkadzały Jamadajewowi służyć Moskwie. Jeszcze w sierpniu 2008 r. dowodzona przez niego jednostka wchodziła do gruzińskiego Gori. Władze ZEA twierdziły, że Jamadajew zginął z pistoletu przekazanemu zabójcom przez ochroniarza rosyjskiego deputowanego Adama Dielimchanowa, przyrodniego brata Kadyrowa.

Na jesieni 2011 r. do listy zabitych dołączyli w Stambule Rustam Altiemirow, Zaurbiek Amrijew i Bierż-Chaż Musajew. Wszyscy byli uchodźcami z Czeczenii. Altiemirowa i Musajewa rosyjskie władze oskarżały o organizowanie zamachów terrorystycznych, w tym wybuch na moskiewskim lotnisku Domodiedowo, który w styczniu 2011 r. zabił 37 osób. Turecka policja podejrzewała o dokonanie zabójstwa Rosjanina Aleksandra Żyrkowa, jednak zdołał on umknąć sprawiedliwości. Rosja odmówiła jego ekstradycji; według niej Żyrkowa nie ma bowiem także na jej terenie. Z kolei Kadyrow utrzymuje, że winni zbrodni są północnokaukascy dżihadyści.

Do ostatniego podobnego zabójstwa doszło niecały miesiąc temu, 22 maja. W Ankarze zastrzelono Medeta Unlu, znanego jako nieformalny przedstawiciel czeczeńskiej diaspory w Turcji. Stambulska telewizja Haber7 twierdzi nawet, że Unlu jeszcze w dniu swojej śmierci kłócił się z Kadyrowem przez telefon, zaś dziennik „Milliyet”, powołując się na własne źródła w policji, napisał, że zabójstwa dokonali ci sami ludzie, którzy wcześniej zabili trzech uchodźców. Do Turcji mieliby oni wjechać z delegacją rosyjskiego komitetu olimpijskiego. Policja oficjalnie tych rewelacji nie potwierdziła.

Mniej sprawnie – na szczęście do ściganych – zadziałali Kazachowie w przypadku byłego szefa bezpieki Ałnura Musajewa, który w 2008 r. został „tylko” ciężko ranny w zamachu dokonanym w Wiedniu. W pewnej chwili podeszło do niego czterech uzbrojonych mężczyzn. Udało mu się ich spłoszyć, zwróciwszy uwagę przechodniów na całe zajście. Policja doszła do wniosku, że w sprawę były zamieszane służby obcego państwa, zamierzające nie tyle zamordować, ile porwać Musajewa, który w Austrii uzyskał uprzednio status uchodźcy politycznego. Zaledwie pół roku wcześniej został on zaocznie skazany przez kazachski sąd na 20 lat więzienia i konfiskatę majątku.

Na marginesie warto dodać, że kazachskie służby jeszcze bardziej bezczelnie zachowują się na terenie państw dawnego ZSRR. „Współpraca między służbami bezpieczeństwa państw postsowieckich jest szczególnie bliska. Byłe republiki radzieckie nadal współpracują w ramach WNP i innych organizacji regionalnych. Jest jeszcze jeden powód: utrwalone przez dziesięciolecia kontakty i jednakowe metody pracy służb specjalnych” – pisze w analizie Ludmyła Kozłowska, pochodząca z Ukrainy szefowa Fundacji Otwarty Dialog monitorującej sytuację w Kazachstanie.

Białoruś i Kazachstan w białych rękawiczkach starają się jednak wykorzystywać także nasze, zachodnie procedury, powstałe z myślą o państwie prawa. Choćby wydawane poprzez Interpol międzynarodowe listy gończe. Na liście 52 najbardziej poszukiwanych Kazachów (red notices) znajduje się m.in. wymieniany wcześniej były ochroniarz Ablazowa Aleksandr Pawłow, a także małżeństwo Wiktora i Lejły Chrapunowów. Wiktor był w latach 1995–1997 ministrem energetyki, a następnie aż do 2007 r. sprawował wysokie funkcje we władzach lokalnych. Z ostatniego stanowiska usunięto go – wersja oficjalna – za nadużycie władzy. Wersja nieoficjalna – skłócił się z prezydencką córką Darigą Nazarbajewą. Czując pismo nosem, wyemigrował do Szwajcarii.

Z kolei na wniosek Mińska na red notices widnieją 282 nazwiska. Spośród państw europejskich jedynie Albania i Rosja zgłosiły większą liczbę poszukiwanych. 160 nazwisk jest publicznie dostępnych, reszta pozostaje do dyspozycji zrzeszonych w Interpolu policji. Do niedawna na liście funkcjonował m.in. kandydat na prezydenta Białorusi w wyborach 2010 r. Aleś Michalewicz. Polityk po wyborach trafił do aresztu KGB. Po wyjściu na wolność opowiedział publicznie o stosowanych tam torturach, po czym schronił się w Czechach.

Od tej pory stale miewał jednak problemy na granicach. Ze względu na swoją obecność na liście poszukiwanych był zatrzymywany m.in. w Polsce i Stanach Zjednoczonych. – W przypadku osób znanych, jak Michalewicz, sprawa trafia do mediów i polityk wychodzi na wolność – mówił wówczas DGP Aleś Zarembiuk, szef Domu Białoruskiego w Polsce. – Prawdziwy problem mają szeregowi działacze. Białoruski wniosek o ekstradycję może wystarczyć, by trafić do aresztu na wiele tygodni – dodawał. Interpol po prostu nie zweryfikował informacji o tym, czy osoby „wystawiane” przez Mińsk nie są przypadkiem opozycjonistami.

Michalewicz w lipcu 2012 r. otrzymał od Interpolu oficjalną informację, że nie figuruje na liście osób poszukiwanych, a nawet że nigdy na niej nie figurował. Innego zdania była prokuratura w Pradze, bombardowana przez białoruskie władze wnioskami o ekstradycję polityka. Najprawdopodobniej po kilku głośnych skandalach z zatrzymywaniem białoruskich działaczy opozycji eksperci Interpolu uważniej przyjrzeli się liście. Od stycznia 2012 r. niejawna część listy zmniejszyła się o 67 nazwisk; część z nich stanowili zapewne opozycjoniści, choć oficjalnie nikt tego nie potwierdza.

Pecha miał za to Aleś Bialacki, twórca organizacji obrony praw człowieka Wiasna. Bialacki odsiaduje właśnie wyrok 4,5 roku łagru za oszustwa podatkowe, bo polska prokuratura i litewskie ministerstwo sprawiedliwości przekazały na Białoruś informacje na temat kont, na które trafiały pieniądze na działalność kierowanej przez niego organizacji. Sąd zarządził też konfiskatę jego mińskiego mieszkania, w którym Wiasna utrzymywała nieformalne biuro. Konta były zarejestrowane na Bialackiego, ponieważ organizacja została w 2006 r. wyrejestrowana przez władze. Także w tym przypadku niechlubną rolę odegrał Interpol. Prośby o pomoc prawną do Litwy i Polski zostały skierowane jego kanałami.

Podobne problemy ma Achmied Zakajew, ostatni umiarkowany polityk antyrosyjskiej diaspory Czeczenii. Rosja występuje o jego ekstradycję zawsze, gdy były premier samozwańczej Czeczenii wyjedzie z Wielkiej Brytanii, gdzie otrzymał status uchodźcy. Przez rosyjskie oskarżenia o wspieranie terroryzmu w 2002 r. Zakajew trafił do aresztu w Danii, osiem lat później to samo spotkało go w Polsce. – Będziemy podejmowali decyzje w tej sprawie, tak jak i w innych, zgodnie z naszym wyczuciem polskiego interesu, wyczuciem przyzwoitości i sprawiedliwości, a nie spełniali oczekiwania kogokolwiek – mówił wówczas premier Donald Tusk.

Zaprawieni w bojach bezpieczniacy z państw byłego ZSRR nie zawsze jednak potrzebują zgody Zachodu na egzekwowanie własnych oczekiwań. A czasem nawet ją uzyskują.