O tym, że jeszcze kilka tygodni temu Litwini płacili własną walutą, nikt już tu w zasadzie nie pamięta. 1 stycznia do obiegu wprowadzono euro, 9 stycznia większość transakcji przeprowadzono już we wspólnym pieniądzu, a 16 stycznia lity zostały ostatecznie wycofane z obiegu. Operacja różniła się znacząco od sytuacji, w której euro wprowadzałaby Polska. Lit od wczesnych lat 90. był przywiązany najpierw do dolara, a następnie do euro. Kurs był sztywny.

Choć obecne na 500-litowym banknocie hasło „kad laisves nevertas, kas negina jos” (kto nie walczy o wolność, nie jest jej godzien) zniknęło z obiegu publicznego, idea niepodległościowa przyświecała również inicjatorom zmiany waluty. – Przyjęcie euro traktujemy jako znaczący krok na Zachód. A z każdym krokiem w stronę Zachodu oddalamy się od Wschodu. Aspekt polityczny rezygnacji z lita również był dla nas istotny – mówił nam prezes Banku Litwy Vitas Vasiliauskas. Wilno w wejściu do eurozony upatruje nawet umocnienia własnej suwerenności. – Jako kraj, którego waluta była sztywno powiązana z walutą obcą, nie prowadziliśmy własnej polityki monetarnej. Teraz będziemy mieli przynajmniej wpływ na kształtowanie europejskiej polityki monetarnej – dowodzi minister finansów Rimantas Šadžius. Identyczne argumenty pojawiały się w Estonii, która przyjęła euro cztery lata wcześniej. Tam również tłumaczono, że utworzenie jednego organizmu walutowego z Niemcami i innymi silnymi państwami Zachodu ułatwi im decyzję o wojskowym wsparciu Estonii w razie zbrojnej napaści.

Zielone ludziki

Od 2011 r. minęła jednak cała epoka. Rosyjski desant na ukraiński Krym i rozpętanie wojny w Zagłębiu Donieckim uświadomiło sąsiadom Rosji, że wróżony przez Francisa Fukuyamę koniec historii nie nastąpił nawet w Europie. Kreml wysłał na Ukrainę pseudoochotników dokładnie w ten sam sposób, w jaki w 1950 r. Mao Zedong wydelegował chińskich „ochotników” do Korei Północnej, co uchroniło wówczas stalinowski reżim Kim Ir Sena od upadku w starciu z zachodnimi aliantami. Tyle że wówczas mieliśmy do czynienia ze szczytowym momentem zimnej wojny. – Bardzo poważnie bierzemy pod uwagę groźbę powtórki sytuacji z kwietnia ubiegłego roku. Obawiamy się, że do tego celu może zostać wykorzystana również polska mniejszość lub ludzie podający się za Polaków. Podziemne organizacje używające separatystycznej symboliki już istnieją i spotykają się m.in. na obozach militarnych – mówi DGP analityk litewskiego resortu obrony w stopniu pułkownika. Polska mniejszość na Litwie jest w znacznej mierze prorosyjska, a najpopularniejsza wśród naszych rodaków partia polityczna największe sukcesy osiąga dzięki sojuszowi z miejscowymi Rosjanami.

Promoskiewskie nastroje są silne do tego stopnia, że lider Akcji Wyborczej Polaków na Litwie Waldemar Tomaszewski występował publicznie z przypiętą do marynarki wstążeczką świętego Jerzego, symbolem pierwotnie nawiązującym do zwycięstwa nad Niemcami w 1945 r., obecnie przejętym przez rosyjskich nacjonalistów. Miejscowi Polacy czują się – często słusznie – dyskryminowani przez władze litewskie. Dlatego, oglądając rosyjską telewizję, łatwiej im uwierzyć w opowieści o gnębieniu rosyjskojęzycznych mieszkańców Ukrainy przez „faszystów z Kijowa” i co za tym idzie wczuć się w ich rzekomą sytuację, przenosząc ją na warunki litewskie.

Według naszego rozmówcy realny jest więc scenariusz, w którym organizacja podająca się za reprezentanta miejscowych Polaków zajmuje budynki samorządowe na Wileńszczyźnie, żądając plebiscytu na temat autonomii regionu. Swoją drogą na Facebooku istnieje już grupa zwolenników takiego rozwoju wydarzeń, mająca ponad 3 tys. sympatyków. „Żądamy wprowadzenia polskich »zielonych ludzików« na Wileńszczyznę i przeprowadzenia tam referendum wśród autochtonicznej ludności” – czytamy. O tym, że niekoniecznie musi to być inicjatywa lokalna, świadczy fakt, że na analogicznej stronie dotyczącej Lwowa widnieją dokładnie takie same sformułowania.

To scenariusz najczarniejszy z możliwych. Z jednej strony naraziłby na szwank i tak już nie najlepsze relacje polsko-litewskie, w dodatku w chwili, w której oba kraje mają podobne zdanie na temat roli Rosji w podsycaniu konfliktu w Zagłębiu Donieckim. Po drugie stawiałby polskie władze w bardzo trudnej sytuacji: poprzeć rodaków wbrew racji stanu czy się od nich odciąć, narażając się na gniew części opinii publicznej w kraju – komentuje litewski wojskowy. – Litwa opiera swoją strategię obronną na zasadzie 3xL: Latvija, Lenkija, Lietuva (Łotwa, Polska, Litwa). Bliska współpraca z Polską w zakresie bezpieczeństwa narodowego leży w naszym żywotnym interesie – dodaje.

Polityka, nie ekonomia

Dlatego nawet najważniejsze decyzje gospodarcze są podejmowane na podstawie analizy ich skutków dla bezpieczeństwa państwa. Najlepszym przykładem jest oddany do użytku gazoport w Kłajpedzie, działający w oparciu o pływającą jednostkę symbolicznie nazwaną „Independence” (niepodległość). – Energia to nie jest biznes jak każdy inny. Krytykowano nas, że terminal w Kłajpedzie jest dla nas za drogi. Tak, jest drogi, ale decyzja o jego budowie była decyzją polityczną, a nie ekonomiczną – przyznaje minister energetyki Litwy Rokas Masiulis. – Chodzi o to, żebyśmy mieli alternatywę dla dostaw gazu, gdyby Rosja zakręciła nam kurki – dodaje.

Litwini mają żal do Zachodu, że przez lata traktował ich strach przed Rosją jako objaw niezrozumiałej rusofobii. Teraz, gdy reszta Europy pod wpływem wydarzeń na Ukrainie zaakceptowała naszą środkowoeuropejską optykę, mają nadzieję, że w ramach Unii Europejskiej i NATO będą względnie bezpieczni. Nie zachowują zarazem złudzeń, że wystarczy zdać się na łaskę bogatszych państw Zachodu, zwłaszcza biorąc pod uwagę, z jaką niechęcią podchodzono przez lata do opracowania natowskich planów ewentualnościowych na wypadek agresji na państwa bałtyckie. Dlatego każde wydane euro ogląda się w Wilnie także pod kątem tego, jak wpłynie ono na bezpieczeństwo kraju.