"Jestem z rocznika 1989. Dla wielu to symboliczna data, dla mnie po prostu rok urodzenia. Okresu transformacji i jego problemów nie pamiętam. Ten czas kojarzy mi się z żelkami Haribo kiedyś przywożonymi z zagranicy, potem dostępnymi w każdym sklepie, z pierwszymi barami McDonalda i z denominacją.

Urodziłam się w wolnej Polsce. Moi rówieśnicy rodzili się, kiedy trwały obrady przy Okrągłym Stole, kiedy ludzie szli do wyborów czerwcowych, kiedy powstawał pierwszy rząd, kiedy powstawała Rzeczpospolita Polska. Walka o niepodległość, kolejki w sklepach znam je z opowiadań. Ani ja, ani moi koledzy o żadną wolność nie musieliśmy walczyć, a opowieści rodziców na ten temat to dla mnie jakaś odległa, inna rzeczywistość.

Ale i my mieliśmy swoje doniosłe momenty. Ja też miałam szansę poczuć, że na moich oczach dzieje się coś ważnego. Kiedy Polska wchodziła do Unii Europejskiej, byłam w gimnazjum, nosiliśmy z kolegami znaczki "Tak w referendum". Dla mnie było oczywiste, że Europa jest tu, u nas, a nie gdzieś daleko. I w przeciwieństwie do pokolenia moich rodziców ja nie mam wobec niej żadnych kompleksów.

Widzę podziw niektórych dorosłych, kiedy mówię, że studiuję w Londynie. Nie rozumiem tego. Dla mnie to normalne - koleżanka jest W Nottingham, inna pojechała do Edynburga. Wyjechałam, bo chciałam. I wrócę, kiedy będę chciała, a wrócę na pewno. To wyjazd na studia, nie na emigrację. Dla pokolenia moich rodziców coś takiego byłoby decyzją na całe życie, przełamaniem barier. Dla mnie to normalna rzecz. Będąc w Anglii, nie wstydzę się polskości i tęsknię za Polską, choć nie jestem patriotką. Większość z nas studiuje, ale mam wrażenie, że dla wielu z nas dyplom magistra jest potrzebny tylko do zyskania lepszej pracy.

Wszyscy mówią, że jestem przedstawicielką pokolenia wolności. Dla mnie to oznacza, że mam wolność wyboru. To jest wolność "do", bo tego "od" czego również jesteśmy wolni, nigdy nie doświadczyłam, znam to tylko z opowieści. Myślę, że korzystając z wolności, która jest dla nas czymś oczywistym, przestaniemy rozumieć, jaką jest wartością, i nie będziemy jej szanować, uznając, że to nasze status quo, które nie zmieni się, niezależnie od decyzji, jakie będziemy podejmować.

Polityka nas nie obchodzi. Dobrze to widzę po ludziach, których spotykam. Nikomu nie chce się w nią angażować, ba - my nawet nie mamy sprecyzowanych poglądów politycznych. Jest nam wszystko jedno, kto wygrywa wybory, ważne, by dało się jako tako żyć.

I co nam pozostało? Będziemy pokoleniem, które zajmie się sobą, założy rodzinę i zamieszka w okolicach, które dziś nawet nie są częścią Warszawy? Codziennie będziemy dojeżdżać do pracy samochodem kupionym w leasingu? Będą niedzielne popołudnia spędzane z gromadką dzieci na grillu u znajomych, którzy za kredyt we frankach szwajcarskich kupili dom w dzielnicy, w której nigdy nie chcieli mieszkać? Czy to spełnienie moich marzeń? Na Boga, nie! I boję się, że choć mamy marzenia, to łatwo będzie nam je sprzedać za wygodne życie w państwie dobrobytu, do którego jesteśmy już tak przyzwyczajeni. Ponoć naszą niezwykłą zaletą jest to, że potrafimy dostosowywać się do okoliczności. Ale co z tego? Elastyczność jest marną rekompensatą braku ideałów."

DZIENNIK czeka na inne głosy "pokolenia 89".