Polska Agencja Prasowa: Komendant MO w Gorzowie Wielkopolskim kilka tygodni przed wprowadzeniem stanu wojennego w poufnym raporcie opisywał nastroje w swojej formacji: „Jesteśmy bliscy tragicznego końca”. Jakie było morale funkcjonariuszy bezpieki i innych formacji w okresie poprzedzającym 13 grudnia 1981 r.?

Reklama

Grzegorz Wołk: Dyskutując o stanie wojennym, musimy przez cały czas pamiętać, że komuniści już w momencie podpisania Porozumień Sierpniowych przygotowywali się do konfrontacji. Opisując nastroje w wojsku, Służbie Bezpieczeństwa i milicji, trzeba zwrócić uwagę na kilka kluczowych czynników. W planach komunistów najważniejsze było wojsko. Stan wojenny był przewrotem wojskowym. Ten fakt często nam umyka. Dlatego dla władz kluczowe było zaufanie do oficerów i żołnierzy. Wielką rolę odgrywała Wojskowa Służba Wewnętrzna, która badała nastroje w wojsku już od początku rewolucji solidarnościowej. 13 grudnia ich przewidywania okazały się zgodne z sytuacją faktyczną. Oddziały wojskowe wzięły udział w pacyfikacjach, nie było przypadków odmowy wykonania rozkazów lub przechodzenia na stronę protestujących.

W okresie karnawału „Solidarności” największe tąpnięcie nastrojów nastąpiło w milicji. Tam powołano związki zawodowe, które były solą w oku władzy. Milicja miała być podstawą funkcjonowania systemu, a tymczasem powstały związki, które były swego rodzaju przejściem na drugą stronę. Po 13 grudnia liderzy tego związku zostali wyrzuceni ze służby i internowani na równi z działaczami „Solidarności”.

Służba Bezpieczeństwa, czyli kluczowy element systemu represji wymierzonych w „Solidarność” i innych ugrupowań opozycyjnych, zachowała się w pełni lojalnie wobec komuny. Nie pojawiły się jakiekolwiek próby tworzenia związków zawodowych niezależnych od władz. Esbecy od powstania „Solidarności” zajmowali się jej inwigilacją. Zauważalna przez historyków nieudolność w zwalczaniu związku nie wynikała z braku zaangażowania, ale faktu uczestnictwa w tym ruchu kilku milionów osób oraz istnienia wielu inicjatyw opozycyjnych.

Co ważne, w czasach „Solidarności” zmienił się szef MSW. Gen. Czesław Kiszczak zastępując gen. Mirosława Milewskiego, przychodził z zewnątrz, był częścią aparatu wojskowego, a nie bezpieczniackiego. Newralgiczne piony Ministerstwa Spraw Wewnętrznych zostały obsadzone przez ludzi, którym w pełni ufał, bo przyszli wraz z nim ze służb wojskowych. Takie działania spotykały się z niezadowoleniem części funkcjonariuszy, ale esbecy w pełni dostosowali się do nowej sytuacji. Do końca byli wierni zaleceniom płynącym z góry. W MSW mogły się ścierać koterie Kiszczaka i Milewskiego, lecz ta rywalizacja nie wychodziła poza ulicę Rakowiecką. Esbecy nie podjęli także jakichkolwiek prób sprzeciwu wobec zwierzchników.

PAP: Jaki scenariusz wydarzeń był uznawany przez Kiszczaka i jego otoczenie za „najczarniejszy”?

Wprowadzenie stanu wojennego było operacją rozłożoną na wiele miesięcy. W czasie przygotowań komuniści rozważali wiele różnych scenariuszy. W najbardziej korzystnym zakładali, że zdecydowana większość „Solidarności” podporządkuje się władzy i nowym rygorom. Rozumieli przez to rezygnację z jakichkolwiek prób organizowania protestów lub manifestacji i ciche zaakceptowanie warunków stanu wojennego. Rozważano również wariant wybuchu strajków w bastionach „S”, takich jak Stocznia Gdańska czy Huta Katowice. Wówczas strajki miały zostać spacyfikowane siłowo.

W najbardziej pesymistycznym scenariuszu przewidywano wybuch masowych strajków i sprzeciw wobec pacyfikacji. Nie posiadamy informacji o zakładanej w takim wypadku liczbie ofiar. Na jednej z narad w MSW gen. Adam Krzysztoporski, który był zwolennikiem punktowych uderzeń w opozycję, a nie masowych represji przypominających epokę stalinizmu, stwierdził, że konieczne jest internowanie 40 tys. najbardziej aktywnych działaczy „Solidarności”, a następnie zwiększenie tej liczby do blisko 140 tys. Tuż przed stanem wojennym we wszystkich więzieniach w PRL przebywało mniej niż 100 tys. osób. To obrazuje skalę planowanych represji. Nie mówiono o ofiarach śmiertelnych, ale należy się domyślać, że kilkadziesiąt osób, które w okresie stanu wojennego i po jego zakończeniu poniosły śmierć, to z punktu widzenia władz stosunkowo niewielka liczba.

Reklama

PAP: Czy w pierwszych dniach stanu wojennego reżim był zadowolony z przebiegu całej operacji?

Biorąc pod uwagę trzy scenariusze rozważane w MSW, można zauważyć, że żaden z nich nie spełnił się w stu procentach. Stan wojenny został wprowadzony w miarę sprawnie i opór nie był zbyt silny. Oczywiście strajkowały największe zakłady i niektóre z nich zostały brutalnie stłumione. Ich symbolem jest krwawa pacyfikacja KWK „Wujek”. Komuniści mogli jednak odetchnąć z ulgą, ponieważ udało im się zapanować nad sytuacją, utrzymać władzę, a zdecydowana większość ważnych działaczy „Solidarności” została aresztowana lub internowana. Warto dodać, że internowanie różniło się od aresztowania tylko tym, że działacze nie wiedzieli, jak wiele czasu spędzą w miejscu odosobnienia.

Pamiętajmy również o chaosie informacyjnym panującym w pierwszych dniach stanu wojennego. Potęgował wrażenie okrucieństwa władz komunistycznych. We francuskiej prasie pojawiła się chociażby informacja o zamordowaniu Tadeusza Mazowieckiego. Takie informacje w kolejnych tygodniach mogły paradoksalnie sprzyjać komunistom. Gdy okazało się, że liczba ofiar nie była liczona w setkach lub dziesiątkach, a przywódcy „Solidarności” żyją i nie są mordowani, komuniści mogli to wykorzystać w rozmowach międzypaństwowych.

PAP: Na ile uzasadnione jest przekonanie, że państwa zachodnie były „zadowolone” z wprowadzenia stanu wojennego?

Jeżeli zadajemy sobie takie pytanie, musimy sobie uzmysłowić powody, dla których Zachód mógł być zadowolony. Bardzo rzadko zauważamy, że dla państw zachodnich istotne było to, aby do Polski nie wkroczyły wojska sowieckie. Państwa zachodnie patrzyły przez ten pryzmat. Atak na Polskę burzyłby dotychczasowe uwarunkowania geopolityczne. Amerykanie musieliby zareagować dużo ostrzej. Sytuacja PRL nie była wyabstrahowana od gry wielkich mocarstw. Dlatego Zachód nie przyjął wprowadzenia stanu wojennego z wielką ulgą, ale z pewnością pozytywnie oceniał to, że nie doszło do wkroczenia sowietów. Ta perspektywa jest najlepiej widoczna w odtajnianych po latach dokumentach chociażby CIA.

PAP: Czy jesteśmy w stanie oszacować liczbę ofiar stanu wojennego i okresu, który nastąpił po jego zakończeniu? Chodzi nie tylko o zamordowanych, lecz i aresztowanych, internowanych, zmuszonych do emigracji czy zwolnionych z pracy.

Jak na wojskowy zamach stanu ofiar śmiertelnych nie było zbyt wiele. Ale jeśli spojrzymy na szeroką mapę represji i skutków stanu wojennego, to ten obraz jest znacznie bardziej pesymistyczny. Komitet Helsiński i opozycja dążyły do oszacowania liczby ofiar „długiego stanu wojennego”, czyli całej dekady rządów Jaruzelskiego. Było to ponad 100 osób. Dziś weryfikując różne przypadki, znając ich kontekst i dostęp do dokumentów archiwalnych, niektóre możemy odrzucić, ponieważ były np. efektem napadów bandyckich.

Rzadko się pamięta, że już od wiosny 1982 r. komuniści zaczęli zmuszać „wrogów systemu” do emigracji. Powtórzyli schemat rządów Fidela Castro na Kubie. Jaruzelski w czasie narad ubolewał, że Polska nie ma granicy z żadnym krajem zachodnim, bo „wypchnęlibyśmy więcej bandytów”. Ponad tysiąc osób z 10 tys. internowanych wyjechało z PRL. Byli to ludzie, których wcześniej nie chciano wypuszczać, czyli najlepiej wykształceni, którzy powinni zostać w kraju i „pracować na nasze PKB”.

Wielką stratą były też wprowadzone przez kraje zachodnie sankcje ekonomiczne, które skutkowały dalszym pogarszaniem się sytuacji gospodarczej. Rzadko zdajemy sobie sprawę, że w początkowym okresie transformacji ustrojowej Polska była bankrutem porównywalnym z krajami Afryki. Zacofanie gospodarcze to jeden z największych zarzutów wobec ekipy Wojciecha Jaruzelskiego, który wprowadzając stan wojenny, twierdził, że jest on niezbędny do poprawy sytuacji ekonomicznej i warunków życia. Ten cel nie został spełniony, a stan wojenny pociągnął za sobą ofiary śmiertelne lub w postaci emigracji. Co równie istotne, wielki, wielomilionowy ruch społeczny „Solidarności” został zredukowany do kilkunastu tysięcy najbardziej odważnych działaczy, którzy pozostając w głębokiej konspiracji, mieli ograniczone zaufanie do innych. To sprzyjało rozbijaniu różnego typu sieci społecznych, które mogłyby wzmacniać polskie społeczeństwo obywatelskie. Stan wojenny w ogromnym stopniu zachwiał zaufaniem międzyludzkim.

PAP: Jaka jest nasza wiedza na temat wykonawców stanu wojennego, nie na poziomie jego architektów politycznych, lecz na nieco niższym szczeblu? Jakie były szanse na ich rozliczenie po 1989 r.?

Każdy z tych przypadków należy rozpatrywać oddzielnie. Sprawca śmierci Bogdana Włosika, zastrzelonego robotnika z Nowej Huty, był znany niemal natychmiast. Nie został jednak pociągnięty do odpowiedzialności. Władza znalazła argumenty, aby go wybronić. W innych bulwersujących sprawach, takich jak masakra w kopali „Wujek” czy strzelanie do manifestantów, problemem było udowodnienie konkretnym funkcjonariuszom, że to oni użyli broni. Wiedziano tylko, który pluton specjalnym ZOMO brał udział w rozbijaniu manifestacji, ale trudno było udowodnić, że jego funkcjonariusze strzelali, żeby zabić, i że to kule wystrzelone przez danego zomowca spowodowały czyjąś śmierć.

Stan wojenny do dziś wzbudza emocje, ponieważ konkretni sprawcy nigdy nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności. Bardzo często nie udawało się nawet ustalić podejrzanych. Najbardziej jaskrawe przypadki zbrodni dokonanych przez „nieznanych sprawców” wydarzyły się w ostatnich miesiącach PRL-u. Mam na myśli niewyjaśnione do dziś zgony księży związanych z opozycją – Stanisława Suchowolca, Sylwestra Zycha i Stefana Niedzielaka. Okoliczności ich śmierci jasno wskazują na ulicę Rakowiecką jako miejsce podejmowania decyzji o morderstwie.

Dyskusje związane z zadośćuczynieniem ofiarom i poszkodowanym stanu wojennego, czy generalnie systemu komunistycznego trwają od lat. Wydawać by się mogło, że to sprawa rekompensaty za przebyte więzienie. Jednak i w tym przypadku zdarzały się publiczne spory, gdy znany opozycjonista starał się o odszkodowanie od Skarbu Państwa. Jest to problem natury etycznej: czy ktoś, kto podejmuje walkę w imię zasad, w obronie praw człowieka, ma prawo starać się o finansowe zadośćuczynienie? To kwestia oceny indywidualnej każdego z nas. Faktem jednak jest, że ludzie, którzy aktywnie zaangażowali się w „Solidarność”, działalność opozycyjną i podziemną, ponosili z tego powodu wymierne (niekiedy przeliczalne na konkretne sumy) koszty. Poza ryzykiem pobicia lub więzienia taki człowiek musiał być przygotowany na utratę pracy, wilczy bilet, zablokowanie np. dobrze rozwijającej się kariery zawodowej. System takiego człowieka niszczył, a skoro w końcu upadł, m.in. dzięki działalności tego typu dzielnych ludzi, to moim zdaniem winniśmy jako społeczeństwo takim ludziom wyrazić wdzięczność w inny niż tylko uściśnięcie dłoni sposób.

PAP: W tym roku minęło 20 lat od powołania Instytutu Pamięci Narodowej i otwarcia archiwów MSW. Jak w tym czasie zmieniła się nasza wiedza na temat okoliczności wprowadzenia stanu wojennego i jego przebiegu?

Otwarcie archiwów bardzo znacząco poszerzyło wiedzę o stanie wojennym. Ich analiza przełożyła się na opublikowanie wielu monografii. Najlepsze książki o stanie wojennym zostały opublikowane już po otwarciu archiwów, głównie w oparciu o dokumenty udostępniane przez IPN. Książki z lat dziewięćdziesiątych są już bardzo mocno zdezaktualizowane, szczególnie jeśli chodzi o sprawy polityczne. Gdyby nie archiwa Instytutu, nie mielibyśmy wiedzy na temat szczegółów okoliczności wprowadzenia stanu wojennego oraz działalności MSW w pierwszych dniach jego obowiązywania. Nie wiedzielibyśmy o tym, że data i schemat wprowadzenia stanu wojennego były ustalane w Moskwie. Zachowały się również dokumenty pokazujące, że Kiszczak spotykał się w siedzibie KGB z oficerami sowieckimi w celu skonsultowania przepisów dotyczących zniesienia stanu wojennego. Ten fakt niezwykle dobrze ilustruje strukturę podległości polskiej bezpieki oraz brak suwerenności PRL.

Archiwalia są kluczowe, ale niestety nie są w stanie wyjaśnić każdego aspektu historii tego okresu. Tak jest m.in. w wypadku morderstw duchownych. Być może nie posiadamy dokumentów pozwalających na ich opisanie, ponieważ zostały zniszczone lub decyzja o zbrodni mogła być podejmowana bez wydawania pisemnych rozkazów. Taki dokument byłby zbyt obciążający. W innych kwestiach, m.in. przy sprawie zamordowania Grzegorza Przemyka, archiwa SB były kluczowe dla wyjaśnienia wielu okoliczności tej zbrodni, odnalezienia winnych, procesu oraz opisania tej historii przez badaczy.

PAP: Jedną z najbardziej tajemniczych struktur bezpieki jest Biuro Studiów SB. Brak wiedzy o jego działalności wynika m.in. z gigantycznej skali zniszczenia dotyczących go akt. Czym zajmowała się ta struktura i jakimi metodami się posługiwała?

Biuro Studiów zdołało zniszczyć zdecydowaną większość wytworzonych przez siebie dokumentów. Nawet jak na realia MSW historycy bazują na bardzo znikomym materiale źródłowym.

Decyzja o utworzeniu Biura Studiów zapadła jeszcze przed stanem wojennym, w listopadzie 1981 r. W założeniu miała to być jednostka elitarna i taka rzeczywiście była. W MSW zdawano sobie sprawę, że po wprowadzeniu stanu wojennego natychmiast powstaną struktury konspiracyjne. Trudno było zakładać, kim będą ich przywódcy i jakie będą formy ich działania, ale w MSW dążono do przeciwdziałania im, m.in. przez stworzenie fikcyjnych organizacji konspiracyjnych. W MSW w pierwszych miesiącach stanu wojennego podjęto wielką grę konspiracyjną, podobną do słynnej V Komendy WiN na początku lat pięćdziesiątych. Miała to być struktura quasi-opozycyjna, której członkami byliby również prawdziwi opozycjoniści, ale byłaby ona pod pełną kontrolą służb. Miała to być Międzyregionalna Komisja Obrony Solidarności (MKO), która „wydawała” drukowane na Rakowieckiej pismo „Bez dyktatu”. Ta organizacja była opanowana przez tajnych współpracowników SB, ale jej członkami byli też autentyczni działacze „Solidarności”. Na szczęście dla opozycji ta kombinacja operacyjna zakończyła się niepowodzeniem, gdyż MKO nie uzyskała szerokiego zaufania działaczy podziemia. Powstała w kwietniu 1982 r. Tymczasowa Komisja Koordynacyjna wywarła większy wpływ na kształt podziemia solidarnościowego.

Z dzisiejszej perspektywy trudno powiedzieć, jakie jeszcze operacje podejmowali esbecy z Biura Studiów. Nie posiadamy odpowiednich dokumentów. Ponadto musimy pamiętać, że ich uprawnienia były bardzo duże. Mogli dowolnie „podbierać” agenturę innym pionom SB, bez ich zgody, i przeprowadzać operacje, które były zabronione w ramach innych struktur Służby Bezpieczeństwa. W Biurze Studiów byli także najlepsi funkcjonariusze, których rekrutowano z innych struktur SB. Do końca lat osiemdziesiątych prowadzili bardzo skomplikowane działania. Byli autorami m.in. prowokacji, która miała na celu nieprzyznanie Lechowi Wałęsie Pokojowej Nagrody Nobla, czy raczej „Solidarności”, której był wówczas symbolem. Wiele wskazuje na to, że to właśnie z ich winy Nobel był opóźniony w czasie, bo Wałęsa zamiast w 1982 r. otrzymał go rok później. Sukces był więc częściowy.

Abyśmy wiedzieli więcej, funkcjonariusze Biura Studiów musieliby zacząć mówić i pisać wspomnienia, ale nawet wówczas ich twierdzenia musiałaby być weryfikowane. Zeznając przed prokuratorami IPN, niektórzy z nich podkreślali, że w MSW podstawą werbunku agentury były zapisy w kartotekach dotyczące tego kto, jest rozpracowywany lub kto jest TW. Natomiast funkcjonariusze Biura Studiów w celu krycia własnej agentury nie musieli umieszczać w kartotekach informacji o charakterze zainteresowania daną osobą. Wystarczała informacja, że jest „zabezpieczony operacyjnie” przez tę jednostkę. Nikt poza funkcjonariuszami Biura Studiów nie wiedział, czy jest to agent, czy ofiara działań SB. Chociażby z powodu stosowania takich metod łatwo o spiskową interpretację działalności Biura. Z zachowanych raportów wynika, że była to jednostka odnosząca sukcesy, ale nie przeceniałbym jej wpływu na podziemie solidarnościowe. Zapisy narad dyrektorów departamentów MSW z lat 1988–1989 pokazują, że władze wiedziały, iż stan wojenny nie doprowadził do spacyfikowania „Solidarności”. W miejsce rozbijanych grup i aresztowanych działaczy pojawiały się nowe struktury.

W kolejnych latach Biuro Studiów i całe SB nie rezygnowały z tworzenia kolejnych fikcyjnych organizacji, aby kontrolować ruch, którego nie dało się zniszczyć. W początkowej fazie transformacji w MSW wymieniano organizacje, o których bezpieka posiadała dużą wiedzę, i w pewnych okolicznościach, np. podjęcia strajku, była w stanie je spacyfikować. Funkcjonariusze przestrzegali jednak, że ich kontrola nad innymi grupami opozycyjnymi jest bardzo ograniczona, a ponadto w wielu wypadkach nie mają jakiejkolwiek wiedzy na temat ich składu, zasad funkcjonowania, nie mówiąc już o wpływie. Autorami dwóch fal strajków w 1988 r., które poprzedzały negocjacje z opozycją, byli działacze nowego pokolenia, o których SB nie miała żadnej wiedzy. Część funkcjonariuszy stwierdzała, że nie ma wiedzy o 250–300 czołowych opozycjonistach końca lat osiemdziesiątych. Takie głosy pokazują, że dekada działań operacyjnych MSW nie była sukcesem, szczególnie gdy weźmie się pod uwagę wielkość zaangażowanych środków i liczbę funkcjonariuszy. Musimy pamiętać, że nawet śledzenie działań pojedynczej drukarni angażowało co najmniej kilkunastu funkcjonariuszy, którzy pracowali w systemie zmianowym, czasami przez wiele tygodni.

Dyskusje o tym, kto wygrał w grze między SB a opozycją, będą trwały. Myślę, że nie znajdziemy jednoznacznej odpowiedzi. Dzięki otwarciu archiwów MSW wiemy jednak zdecydowanie więcej, m.in. to, że nie możemy sprowadzać rozmowy do zero-jedynkowych wniosków, takich jak m.in. opinie Kiszczaka po 1989 r., który twierdził, że w pełni „kontrolował sytuację”. Jeśli przyjrzymy się poszczególnym grom operacyjnym, zauważymy, że takie opinie nie znajdują potwierdzenia. Jednocześnie stopień wiedzy SB w niektórych momentach był dość duży, znacznie większy, niż myśleli działacze opozycji. W zbiorczych raportach Biura Studiów opracowywanych co pół roku liczono organizacje opozycyjne oraz ich działaczy, a także określano stopień ich rozpracowywania. Ta wiedza oparta była na konkretnych akcjach skierowanych wobec podziemia.

Można powiedzieć, że sytuacja w latach osiemdziesiątych w dużej mierze przypominała grę wywiadów polegającą na próbach przechytrzenia przeciwnika. To fascynujący temat, chociaż zainteresowanie stanem wojennym jest coraz mniejsze. Okres ten jest coraz bardziej odległy. Młode pokolenia patrzą na stan wojenny z dużo mniejszymi emocjami, ale negatywna ocena tego wydarzenia jest coraz powszechniejsza. Być może to jeden z najbardziej pozytywnych efektów działalności IPN.

Więcej do przeczytania – w serwisie historycznym Dzieje.pl

Rozmawiał Michał Szukała