Polska Agencja Prasowa: Jakie było największe wyzwanie stojące przed zespołem badającym straty, jakie poniosła Polska podczas niemieckiej okupacji?

Reklama

Prof. Mieczysław Prystupa: Największym wyzwaniem było przyjęcie pewnych wstępnych, wspólnych założeń. Na początku wypracowaliśmy podstawowe założenia, że szacujemy straty tylko na obszarze ziem dawnych. To obszar, który zarówno przed wojną, jak i dziś leży w granicach Rzeczypospolitej - ok. 208 447 kilometrów kwadratowych, czyli ok. 53,5 proc. obszaru Polski w granicach sprzed 1 września 1939 r. Musieliśmy obliczyć ten obszar specjalną techniką. Drugim istotnym założeniem, które trzeba było wypracować, to założenie, że określamy tylko wartość odtworzeniową zniszczonego mienia. To oznacza wartość np. nieruchomości, budynku według stanu z okresu okupacji, przed zniszczeniem i według aktualnych wówczas cen. Nie prowadziliśmy obliczeń według wartości rynkowej, lecz właśnie według wartości odtworzeniowej. To oczywiście dawało nieco mniejsze wartości, ale zależało nam na tym, by nasze szacunki były maksymalnie wiarygodne.

Następna kwestia to prawidłowa interpretacja wszystkich danych z Biura Odszkodowań Wojennych (BOW) z lat 1945-1947. Przez dwa lata zespoły spisowe inwentaryzowały straty, a w 1947 r. biuro zostało rozwiązane. Dalszą działalność inwentaryzacyjną przejęły ministerstwa, np. komunikacji, budownictwa, leśnictwa. Powstawały różne, niezbyt spójne dane. Jako rzeczoznawcy musieliśmy się z tym uporać i ocenić, które informacje są bardziej wiarygodne. Kolejną trudnością było odniesienie się do wcześniejszych opracowań. Pierwsze szacowanie strat wykonano na zlecenie Rządu Londyńskiego jeszcze we wrześniu 1944 r., a więc przed całkowitym zniszczeniem Warszawy przez Niemców. Musieliśmy się odnieść do tamtych pomysłów i koncepcji obliczania strat. Innym źródłem było opracowanie Głównego Urzędu Statystycznego z 1967 r. Korzystaliśmy także z bogatej literatury tematu.

Czy wojenne straty na terenie okupowanej Polski różnią się swoją specyfiką od strat w innych krajach Europy, np. w porównaniu z Belgią, Holandią, Danią, lub Czechosłowacją, czyli ówczesnym Protektoratem Czech i Moraw?

Reklama

Straty, które szacowaliśmy, wzbudziły w nas refleksję, dlaczego skala zniszczeń była tak wysoka. W całej sumie polskie straty na skutek działań militarnych stanowiły stosunkowo niewielki procent. Niemcy realizowali swoje założenia. Wbrew Konwencji Haskiej podbite kraje miały pracować dla Niemców na rzecz kolejnych podbojów. Polski rolnik musiał dostarczać kontyngenty dla niemieckiego Wehrmachtu, który podbijał Związek Sowiecki. Polski przemysł produkował głównie na potrzeby okupanta. Hans Frank powiedział nawet kiedyś, że 1/3 amunicji użytej przez Niemców podczas wojny została wyprodukowana właśnie na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Chcę podkreślić, że w 1939 r. Niemcy celowo nie bombardowali zakładów zbrojeniowych, np. huty w Stalowej Woli, lecz cywilną zabudowę. Mieli obłędną koncepcję, by zmienić krajobraz polskich miast, zniszczyć zabytki, założenia urbanistyczne, po to, by polskie miasta upodobniły się do miast niemieckich.

Gdyby Niemcy wygrali wojnę na Wschodzie, rozpoczęliby wyburzanie polskich miast, np. w Kraju Warty, czyli Wielkopolsce, po to by Polska straciła nie tylko ludność, elity, ale także swój wygląd, tożsamość. To drugi powód, dla którego straty były tak wysokie. Polski przemysł był niszczony w kilku fazach. Już przed wojną przygotowano plan. Nie było to chaotyczne niszczenie i przypadkowy rabunek, lecz realizowany konsekwentnie i z premedytacją projekt. Jeszcze w latach trzydziestych analizowano potencjał przemysłowy Polski.

Co ważniejsze, w związkach taktycznych Wehrmachtu były wyodrębnione grupy, który natychmiast po zdobyciu terenów Rzeczypospolitej zajmowały główne zakłady przemysłowe, a te, które nie kwalifikowały się do produkcji na rzecz III Rzeszy, były niszczone. W pierwszych miesiącach wojny następowała grabież majątku produkcyjnego. Już we wrześniu 1939 r. działał sztab gen. Otto Biermanna, który zajmował się wywozem dóbr z Polski do Rzeszy. W pierwszym miesiącu wojny rozgrabiono i wywieziono do Niemiec produkty i dobra w 10 tysiącach wagonów kolejowych.

W innych okupowanych krajach przemysł też pracował dla Niemców, ale tam nie próbowali oni zmieniać krajobrazu. Dlatego straty na ziemiach polskich były nieporównywalnie większe niż w innych podbitych krajach Europy. Inaczej również traktowano robotników. Np. w Protektoracie Czech i Moraw stawki czeskich robotników przemysłowych były znacznie wyższe niż w Generalnym Gubernatorstwie. Polska była szczególnie brutalnie niszczona, a Polacy mieli stać się niemieckimi niewolnikami.

Co pana profesora szczególnie zaskoczyło w trakcie szacowania strat?

Najbardziej przerażające dla mnie były rozporządzenia ówczesnego premiera Rzeszy Hermanna Göringa o konfiskacie właściwie całej Polski: monopoli państwowych, zakładów przemysłowych itd., wszelkiego dobra, które było w posiadaniu prywatnych spółek i skarbu państwa. Rozporządzenia Göringa przerażają. Niemcy wcześniej to przygotowali. Do maksimum zwiększyli wydobycie węgla, rabunkowy wyręb lasów czy produkcję w polskich zakładach przemysłowych. Już na początku wojny, w 1939 i 1940 r., włączono je do przemysłu zbrojeniowego III Rzeszy i eksploatowano do granic możliwości przez następnych kilka lat.

Państwa szacunki są raczej "in minus" niż "in plus". Nie można mówić o ich przeszacowaniu. Czy był to celowy zabieg zespołu pracującego nad raportem o polskich stratach wojennych?

To był nasz celowy wybór. Zgodnie z kodeksem cywilnym straty materialne wylicza się według stanu z okresu powstania szkody i według cen wówczas aktualnych. To jest ogólna zasada przy wycenie strat, stosowana także w relacjach międzynarodowych. Oczywiście Instytut Strat Wojennych im. Jana Karskiego będzie wykonywał dalsze analizy i wyceny. To początek badań. Trzeba podejść indywidualnie do strat w poszczególnych regionach, miastach, miasteczkach, we wsiach. W powiatach są zachowane dokumenty dotyczące strat. Ze względu na fakt, że szacowanie dotyczyło reparacji wojennych, nie chcieliśmy przeszacować, robić szacunków niezgodnych z prawdą.

Rozmawiał Maciej Replewicz