PAP: W czasie I wojny światowej przeciwko sobie walczyli zaborcy, a sam konflikt przyniósł dla zniewolonej Polski możliwość odzyskania niepodległości. Jednak podczas działań wojennych przeciwko sobie stanęli również Polacy będący żołnierzami w zaborczych armiach…

Prof. Andrzej Chwalba: Było to zrozumiałe, ponieważ Polacy zamieszkiwali trzy zaborcze państwa. Zatem kiedy nastąpiła mobilizacja, stawili się do trzech armii. W bitwach Polacy stawali w walce przeciwko sobie, gdyż w obozie państw centralnych były Niemcy i Austro-Węgry, a w obozie aliantów Rosja.

W kolejnych latach również odbywały się mobilizacje, ale już na mniejszą skalę. Jednak jeszcze w 1915 i 1916 r., gdy były prowadzone walki na froncie wschodnim, Polacy ginęli, walcząc po jednej strony frontu w armiach austro-węgierskiej i niemieckiej, a po drugiej stronie – w armii rosyjskiej. Warto jednak pamiętać, że liczba Polaków, która w roku 1916 walczyła w armii rosyjskiej, była już znacznie mniejsza niż dwa lata wcześniej. Wynikało to z tego, że wojska przeciwne zmusiły Rosjan do opuszczenia Królestwa Polskiego wczesną jesienią 1915 r.

Jaka była świadomość tej sytuacji wśród żołnierzy na froncie?

W początkowych tygodniach wojny prości żołnierze nie zdawali sobie z tego sprawy. Nie wszyscy też czuli się świadomymi Polakami. Wśród żołnierzy całkiem liczni byli analfabeci. Z czasem zorientowali się, że po przeciwnych stronach barykady, bywa, że żołnierze podobnie się modlą i używają zbliżonych polskich gwar, ale to jeszcze nie znaczyło, że natychmiast poczują się polską wspólnotą narodową. Zdarzało się, że żołnierze poznawali się oraz rozmawiali ze względu nieraz na bliskość okopów przeciwnika, a także w szpitalach podczas rozmów z rannymi, z jeńcami w obozach. Niektórzy wówczas zaczęli zdawać sobie sprawę z tego, że są częścią większej społeczności, tylko że służą w różnych armiach.

W 1914 r. w czasie Bożego Narodzenia podczas walk w Karpatach oraz w Królestwie Polskim Polacy w rosyjskich mundurach oraz Polacy w austro-węgierskich mundurach, świętowali razem Wigilię, dzieląc się chlebem czy opłatkiem. Z kolei wiosną 1915 r. możemy wskazać przypadki, kiedy w czasie świąt Wielkiej Nocy polscy żołnierze – z jednej strony Polacy walczący w armii rosyjskiej, a z drugiej Polacy w armii austriackiej – organizowali wspólne święcone. Te doświadczenia mogły prowadzić do wytworzenia się przekonania, że nie są Galicjanami, Prusakami czy Moskalami polskojęzycznymi, jak to wmawiali zaborcy, ale stanowią jedność polityczną. Dlatego też dowództwa trzech armii zdecydowanie zakazały wspólnego świętowania.

Jak elity narodowe odnosiły się do tego, że Polacy walczą przeciwko sobie?

Elity to rozumiały, jednak to zupełnie nie było od nich zależne. Było oczywiste, że zmobilizowani muszą iść do wojska, i jest to poza dyskusją, niemniej temat, że Polacy walczyli przeciwko sobie, wzajemnie się zabijając, był obecny w rozmowach w czasie wojny. Niektórzy polscy intelektualiści zwracali na to uwagę, a szczególnie wrażliwe na tę sytuację były osoby związane z obozem legionowym. Legioniści, stanowiący najbardziej ideową i patriotyczną część aktywnych polskich wojskowych sił politycznych, odnotowywali przypadki spotkania polskojęzycznych oficerów czy żołnierzy z armii rosyjskiej, z którymi wymieniali uwagi na temat dramatu wojny bratobójczej.

Jaki odsetek wśród jeńców wojennych stanowili Polacy?

Polacy walczący w armii niemieckiej znaleźli się w obozach jenieckich we Francji. Pod koniec wojny szacowano, że było ich ok. 20 tys. Wśród nich podjęto później działania propagandowe, żeby nakłonić ich do wstąpienia do Armii Hallera, do której część z nich dołączyła w 1918 r. Z kolei polskich żołnierzy walczących w armii austriackiej, a którzy znaleźli się w niewoli na terenie Włoch, szacowano na 80– 90 tys.

Natomiast najtrudniej oszacować liczbę żołnierzy polskojęzycznych, którzy trafili do niewoli rosyjskiej. Było ich kilkaset tysięcy. To jednak bardzo trudne do oszacowania ze względu na to, że rosyjskie statystyki są dalece niepełne i niewiarygodne. Co więcej, z rosyjskich obozów były bardzo liczne ucieczki, ponieważ Rosjanie niejednokrotnie w ogóle ich nie pilnowali. Trudności z szacunkiem wynikają także z tego, że w armiach nie stosowano kryterium narodowego, tylko językowe i religijne, siłą rzeczy zawodne w przypadku ustalenia przynależności narodowej. Z pewnością pełnej odpowiedzi na to pytanie nigdy nie uzyskamy.

Kiedy doszło do podpisana traktatu pokojowego, zawartego w Brześciu 3 marca 1918 r. między państwami centralnymi a Rosją, na jego mocy nastąpiła wymiana jeńców. Stopniowo jeńcy austro-węgierscy i niemieccy wracali z Rosji. W tym gronie znaleźli się również Polacy. To samo stało się w drugą stronę – jeńcy-Polacy, którzy byli w obozach na terenie Niemiec i Austrii, wrócili z kolei do Rosji. Działo się to jeszcze przed zakończeniem działań wojennych na zachodzie Europy. Warto pamiętać, że na Wschodzie wojna skończyła się wcześniej.

Czy dysponujemy zatem liczbami, ilu Polaków zginęło na frontach I wojny światowej?

W dalszym ciągu nie wiemy i prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy, ilu żołnierzy w ogóle zginęło w czasie Wielkiej Wojny w skali Europy i świata . Cały czas pozostajemy w sferze szacunków. W skali całej wojny zginęło między 9 a 10 mln żołnierzy. Ta różnica miliona wynika z tego, że nie wszystko można było ustalić.

Skoro nie wiemy, ilu żołnierzy zginęło w czasie wojny w skali świata, to tym bardziej trudno nam oszacować, ilu zginęło Polaków. Takie próby były jednak podejmowane i można obecnie przyjąć, że Polaków zginęło na polach walk oraz zmarło z wyniku otrzymanych ran między 350 a 400 tys. Do tej liczby musimy dodać tych, którzy zmarli z powodu chorób, takich jak tyfus, cholera, a w 1918 r. pojawiła się niezwykle groźna grypa zwana hiszpanką, która zabijała dosłownie całe plutony i kompanie żołnierzy.

Czy rozpoczynając działania wojenne, brano pod uwagę to, że wojna może przynieść taką skalę ofiar?

Planiści wojenni nie tylko państw zaborczych, ale w ogóle europejskich, generalnie przewidywali, że wojna potrwa dwa–trzy miesiące, niektórzy nawet twierdzili, że żołnierze zdążą jeszcze wrócić na jesienne wykopki ziemniaków. Obiecywano, że na pewno Boże Narodzenie 1914 r. spędzą już w domu. Było to powszechne przekonanie wynikające z doświadczenia krótkich wojen z XIX wieku, które ograniczały się do jednej–dwóch, a już maksymalnie trzech, bitew. Na początku wojny w 1914 r. również uważano, że dojdzie do kilku bitew na poszczególnych frontach i to one wskażą zwycięzcę.

O tym, że zakładano, iż wojna będzie krótka, świadczyło również to, że nie przewidywano zabezpieczenia żołnierzy w postaci ciepłej, zimowej odzieży. Dopiero jesienią, kiedy okazało się, że wojna jednak potrwa dłużej, nakazano szycia ciepłej żołnierskiej odzieży, a do społeczeństw kierowano wezwania, aby ludzie oddawali ciepłą odzież na potrzeby wojska, a często wręcz przeprowadzano rekwizycje – po prostu zabierano cywilom kożuchy, ciepłe ubrania czy bieliznę.

W momencie wybuchu wojny nie brano też pod uwagę tego, że tysiące ludzi będą uciekały z terenów objętych działaniami wojennymi. Z Galicji uciekło lub zostało do tego zmuszonych ok. 900 tys. cywilnych osób. Natomiast z Królestwa Polskiego i zaboru rosyjskiego 3,5 mln ludzi zostało zmuszonych do wyjazdu w głąb Rosji. Około 1/3 stanowili Polacy.

Czy ludność cywilna zdawała sobie sprawę ze skali ofiar, jakie przynosiła ta wojna?

Generalnie ze względu na cenzurę ludzie nie uświadamiali sobie tego i jednak w pośredni sposób domyślali się, co mogło się dziać na frontach. Pewną informacją były zamieszczane w gazetach nekrologi. W drugiej fazie wojny gazety były już ich pełne – nie można było przecież zabronić ludziom opublikowania nazwiska osoby, która zmarła. Co prawda nie podawano, w jakich okolicznościach nastąpiła śmierć, bo tego zakazywał zapis cenzury, natomiast fakt, że nagle tylu młodych mężczyzn zaczynało umierać, stanowił już pewien znak.

Ponadto pewne wiadomości przywozili też żołnierze, którzy przyjeżdżali na urlopy lub wracali po pobycie w szpitalach, kiedy okazało się, że są inwalidami lub są tak ciężko chorzy, że nie mogą już wrócić na front. To oni opowiadali, jak straszna była to wojna. Dysponujemy dziennikami i pamiętnikami żołnierzy pochodzenia plebejskiego – chłopskiego, rzemieślniczego, drobno kupieckiego, robotniczego – którzy opisywali dramat i koszmar wojny oraz to, że przerastało to ich wyobrażenia. To z tego wynikały tak liczne przypadki chorób psychicznych i zaburzeń emocjonalnych.

To, co ludzie widzieli: szczątki rozkładających się ciał, te najgorsze z możliwych obrazy wojny, które nawet dzisiaj trudno opisywać – powodowało, że rodził się wewnętrzny sprzeciw wobec wojny, co skutkowało buntami żołnierzy w 1917 i 1918 r., a pod koniec wojny rewolucjami.

Co zatem spowodowało, że w powszechnej opinii ten koszmar Wielkiej Wojny został przysłonięty przez dramat, jaki przyniosła II wojna światowa?

Po pierwsze, wynika to z tego, że w przypadku II wojny światowej nadal żyją świadkowie tych wydarzeń. II wojna jest również przedmiotem nieustających targów w zakresie polityki historycznej i polityki pamięci, nadal są spory i wynikające z nich waśnie między poszczególnymi państwami i nacjami. Natomiast nie ma już tych, którzy uczestniczyli w Wielkiej Wojnie – kilka lat temu zmarli ostatni jej uczestnicy. W związku z tym pamięć kulturowa gaśnie.

Po drugie, wynika to z obszaru działań wojennych. II wojna objęła większą część terytorium Europy niż Wielka Wojna. Działania w latach 1914–1918 objęły zachodnie rubieże Francji, Belgię, ziemie polskie, Ukrainę i Bałkany. Natomiast pozostała część kontynentu z uwagi na charakter wojny nie była nimi objęta.

Proszę zwrócić uwagę, że na zachodzie front przebiegał na północ i wschód od Paryża. Reszta Francji była poza bezpośrednimi skutkami wojny. Ale w rejonie działań wojennych zniszczenia były potworne – niektóre wioski zniknęły z powierzchni ziemi, w miasteczkach zostały kikuty budynków i kominy, ewentualnie wieże kościelne. Jednak największe straty były w dwóch regionach – na Bałkanach oraz na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej. Wynikało to z rodzaju wojny – na tych dwóch obszarach nie było wojny pozycyjnej, tak jak na Zachodzie, tylko wojska przesuwały się parokrotnie na wschód i na zachód. Taki walec niszczył dosłownie wszystko. To dlatego straty Polski i Serbii były największe w skali całej Europy.

W 1919 r. na zaproszenie Ignacego J. Paderewskiego do Polski przyjechał Herbert Hoover, przyszły prezydent Stanów Zjednoczonych. Zobaczył, jak to wszystko wygląda – że tysiące dzieci nie mają co jeść i w co się ubrać, a tysiące rodzin nie ma gdzie mieszkać. Wówczas wezwał Amerykanów do intensywnej i szybkiej pomocy, która rzeczywiście pozwoliła na uratowanie tysięcy ludzi przed śmiercią głodową. Dopiero te interwencje powojenne, głównie Amerykanów, zwróciły uwagę świata na to, że najbardziej zniszczonym regionem Europy jest odrodzona Polska, gdyż na blisko 90 proc. jej obszaru toczyły się działania wojenne.

Historię w wydaniu światowym piszą głównie historycy zachodni z perspektywy doświadczeń własnych państw i narodów, dlatego cierpienia mieszkańców Polski i jej zniszczenia, podobnie jak Serbii, są tematem odległym, rzadko obecnym w narracji historycznej czy publicystyce. Niemniej w ostatnich latach dzięki wysiłkowi polskich historyków i publikacjom zagranicznym badaczy zagranicznych zajmujących się dziejami naszego państwa i społeczeństwa świadomość dramatu mieszkańców Polski lat 1914–1918 stopniowo dociera do historyków zachodnich i publicystów, a także polityków.

Rozmawiała Anna Kruszyńska