Dziennik Gazeta Prawana logo

Jak szkolono polskich agentów? Tajemnice szkoły szpiegów na Mazurach

30 października 2014, 00:00
Ten tekst przeczytasz w 11 minut
Tablica nad Jeziorem Starokiejkuckim. Na drugim brzegu znajduje się słynna mazurska szkoła polskich szpiegów
Tablica nad Jeziorem Starokiejkuckim. Na drugim brzegu znajduje się słynna mazurska szkoła polskich szpiegów/Agencja Gazeta
Wysokie ogrodzenie, tablice odstraszające intruzów, wieżyczki strażnicze, patrole – położony w mazurskich lasach ośrodek, z którego wychodzą najlepsi polscy szpiedzy, od ponad 40 lat roni dostępu do swoich tajemnic. Piotr Pytlakowski w książce „Szkoła Szpiegów” pokazuje, kim byli absolwenci tajnej jednostki i jak szkolono ich na elitę wywiadu.

Czarno-biała fotografia w 1973 roku. Trzej mężczyźni w mundurach idą w kierunku obiektywu, między nimi niski cywil w garniturze, za nimi – bliżej nieokreślone budynki, na słupach latarnianych powiewają czerwone i biało-czerwone flagi. Mężczyzną w cywilu jest wiceminister spraw wewnętrznych generał Mirosław Milewski, mundurowi to oficerowie z kadry Jednostki Wojskowej 266, czyli Ośrodka Szkolenia Kadr Wywiadu. Tam też wykonano to zdjęcie, otwierające wydaną przez Czerwone i Czarne książkę „Szkoła Szpiegów”. Fotografia miała upamiętniać zakończenie pierwszego kursu.

6997673-piotr-pytlakowski-szkola-szpiegow.jpg
Piotr Pytlakowski, "Szkoła Szpiegów", Wydawnictwo Czerwone i Czarne

Szkoła w Starych Kiejkutach na Mazurach działa od ponad 40 lat, ale dopiero teraz doczekała się pierwszej porządnej publikacji na ten temat. Otoczona nimbem tajemniczości, nieistniejąca dla osób postronnych w czasach PRL i wielokrotnie nagłaśniana w III RP za sprawą licznych doniesień medialnych, choćby w sprawie tajnych więzień CIA, została właśnie opisana przez Piotra Pytlakowskiego, dziennikarza tygodnika „Polityka”.

Specjalizujący się w tematach związanych ze służbami mundurowymi i specjalnymi publicysta znany z mocnych tekstów o polskim świecie przestępczym tym razem wchodzi w świat szpiegów – pokazuje zasady rządzące tym środowiskiem, przypomina najważniejsze operacje i zadania i, co szczególnie interesujące, skupia się również na metodach szkolenia pracowników służb i pozyskiwania agentów.

Na pierwszy kurs w październiku 1972 roku wysłano 50 starannie wyselekcjonowanych kandydatów. 50 z ponad 1000 chętnych. Nie znali się, nie wiedzieli o sobie nic, zakaz zadawania pytań i prowadzenia rozmów dostali zanim jeszcze trafili do mazurskiego ośrodka. – – opowiada w książce „Szkoła Szpiegów” generał Gromosław Czempiński, absolwent pierwszego rocznika szkolenia w Starych Kiejkutach. – – dodaje.

6998401-budynki-osrodka-szkolenia-agencji.jpg
Budynki Ośrodka Szkolenia Agencji Wywiadu w Starych Kiejkutach widziane z drugiej strony jeziora

Wykładowcami były również kobiety, jak przyznaje generał Czempiński, budzące szczególny podziw. Szczególnie jedna, która prowadziła kurs języka francuskiego, oficer wywiadu, wycofana ze Szwajcarii z powodu czyjejś zdrady.

– wylicza.

Każdy, kto był kierowany do szkoły, powinien po pierwsze – mieć magisterium; po drugie – być kawalerem, ponieważ jednym z elementów asymilacji w czasie misji za granicą było małżeństwo z miejscową kobietą. Takich agentów nazywano nielegałami, od rodzaju ich misji, oraz śpiochami, bo często przez lata pozostawali w uśpieniu, prowadząc normalne życie rodzinne, zanim dostali sygnał do działania. W czasie zagranicznych zadań mieli odgrywać oficjalne „przykrywkowe” role – dyplomatów, handlowców. Po latach służby być może udałoby im się awansować na oficerów trzymających w garści nitki prowadzące do poszczególnych mniejszych siatek. Tak z grubsza wyglądała perspektywa ich karier.

– wspomina w rozmowie z Pytlakowskim anonimowy agent, absolwent Starych Kiejkut. Podkreśla, że uczyli ich najlepsi polscy agenci. –

6998430-lotnisko-w-szymanach-niedaleko.jpg
Lotnisko w Szymanach niedaleko Starych Kiejkut. Tutaj według amerykańskich mediów miały lądować samoloty CIA z więźniami, członkami Al-Kaidy
6998459-lotnisko-w-szymanach-niedaleko.jpg
Lotnisko w Szymanach niedaleko Starych Kiejkut. Tutaj według amerykańskich mediów miały lądować samoloty CIA z więźniami Al-Kaidy

Na co zwracają uwagę rozmówcy Pytlakowskiego, to fakt, że kursanci mieli łatwy dostęp do alkoholu. Szkolny barek wyposażony był w drogie trunki i choć można było z niego swobodnie korzystać, przyszli szpiedzy słusznie podejrzewali tu podstęp. Każdy z nich był uważnie obserwowany, kontrolowany, ile lubi pić, po jakie alkohole sięga, czy łatwo się upija i co wtedy mówi. Abstynent miał małe szanse sprawdzić się w tej służbie, ale człowiek z dużym zamiłowaniem do alkoholu także nie miał szans trafić do pracy operacyjnej.

Jak wspomina jeden z bohaterów książki, o wiele lepiej było wymknąć się z ośrodka i spokojnie napić z kolegami w lokalnej knajpce.

– wyjaśnia Vincent Severski, również absolwent szkoły szpiegów, a dziś pisarz i publicysta zajmujący się tematyką służb specjalnych. Poziom pierwszy – szkolenie operacyjne, czyli nauka werbowania i prowadzenia rozmów z kandydatami na agentów. Poziom drugi – języki obce, techniki operacyjne, w tym kryptologia, mikrofotografia i wiele technik już dawno zapomnianych i wypartych ze służb przez nowoczesne technologie.

Po pewnym czasie przyszli szpiedzy dostawali pierwsze zadania. To był poziom trzeci szkolenia. Jednym z najprostszym było zgubienie tak zwanej obserwacji, czyli innych pracowników służb śledzących kursanta. Innym razem adepci musieli na przykład zebrać jak najwięcej informacji o nieznanym im człowieku, o którym wiedzieli jedynie, gdzie mieszka. Innym zadaniem było uczenie się, jak bezpiecznie wejść do lokalu kontaktowego, jak ustalić, czy jest się śledzonym. I najważniejsze, jak nauczyć się wybiegania dwa kroki przed wszystko, co chce się zrobić.

– wyjaśnia Severski w rozmowie z Pytlakowskim. –

„Filmowe” zadania czekały go za granicą. Między innymi werbowanie agentów i związane z tym zagrożenia. – (błyskawiczne przekazanie materiałów) – opowiada. – – dodaje.

Przy werbowaniu kobiety na agenta wszystko zależy od sytuacji, jak daleko można się posunąć. Każde przekroczenie zasad natychmiast niesie emocje. Jeżeli kobieta się zakocha, miewa różne pomysły, na przykład że zostanie żoną szpiega. Oficer wywiadu musi pamiętać, że najgorsza rzecz to zawiedziona miłość agentki – ona staje się wówczas nieobliczalna.
– Piotr Pytlakowski, „Szkoła Szpiegów”

Inną kwestią było wynagradzanie zwerbowanych i pozyskanych współpracowników. – – odpowiada enigmatycznie Severski. –

Nierzadko okazywało się, że wiedza i umiejętności wyniesione z kursów w Starych Kiejkutach nie przystawały do realiów pracy agenta na Zachodzie. Interesujące spostrzeżenia na ten temat przekazał w rozmowie z Piotrem Pytlakowskim generał Marian Zacharski, który w 1981 roku został schwytany w USA i skazany za szpiegostwo na dożywocie, a potem wymieniony na 25 złapanych w Europie Wschodniej współpracowników amerykańskiego wywiadu. Opowiadał, jak szef jego wydziału w Warszawie instruował go, jak uniknąć obserwacji pieszej, podczas gdy w wielu miejscach w Los Angeles, gdzie działał Zacharski, nie było nawet chodników, bo wszyscy poruszali się samochodami. Pojawił się również problem, gdy polski agent musiał sfotografować jednorazowo po kilka tysięcy dokumentów dostarczanych przez jego amerykańskiego współpracownika. Gdyby używał standardowych klisz, za każdym razem zostawałaby mu walizka filmów do wywołania. A to by znacznie podniosło ryzyko wpadki.

– wyjaśnia Pytlakowski. – – wyjaśnia autor.

Oprócz rozmów z byłymi pracownikami wywiadu, które stanowią pierwszą część książki, w „Szkole Szpiegów” znajdziemy interesujący zabieg. Jej drugą częścią jest opowieść o agencie nazwiskiem Janowicz, postaci fikcyjnej, będącą – jak przyznaje Piotr Pytlakowski – kompilacją kilku polskich nielegałów i ich oficerów operacyjnych. Taka konwencja nie dość, że ułatwia autorowi zadanie, pozwalając mu zachować w sekrecie informacje i okoliczności pozwalające na identyfikację prawdziwych bohaterów, to przy tym dobrze podsumowuje historię PRL-owskiego Ośrodka Szkolenia Kadr Wywiadu. Historię, która mocno zakorzeniona jest w poprzedniej epoce i która jeszcze długo nie dobiegnie końca. Tym ostrzej prezentuje się szpila, jaką dziennikarz wbija służbom wywiadowczym na sam koniec:

Nie mogę jedynie podziękować Agencji Wywiadu, która dzisiaj zawiaduje Szkołą Szpiegów w Kiejkutach. Napisałem do centrali e-maila na adres podany na jej stronie internetowej z prośbą, abym mógł pod opieką oficera zwiedzić ośrodek szkolenia. Wyłuszczyłem, kim jestem i że zbieram materiał do książki. Gdyby odpowiedzieli, że to niemożliwe, nie byłoby sprawy, zrozumiałbym i nie miał pretensji. Chodzi o to, że nie odpowiedzieli nic, ani słowa. Zignorowali moją prośbę. Jak mawiał były prezydent: ani me, ani be, ani kukuryku. Zachowali się, delikatnie mówiąc, nieelegancko. Głupio mi trochę, że muszę im wytknąć, że skoro działają wyłącznie na mój koszt i innych podatników, powinni nauczyć się trochę kultury. Na listy się odpowiada, nawet kiedy wydaje ci się, że jesteś elitą elit.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj