Słowa wyroku, który wówczas zapadł, zapowiadały całkowitą zagładę: „każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców”. Jednym z najbardziej znanych aktów tej niemieckiej zbrodni była trwająca od 5 do 7 sierpnia rzeź Woli, za którą odpowiadała Kampfgruppe Reinefarth. W zbiorowej pamięci funkcjonuje także cierpienie mieszkańców pobliskiej Ochoty, którzy padli ofiarą mordów i gwałtów kolaboracyjnej SS Sturmbrigade „RONA”. Jednak miejsc kaźni było znacznie więcej.
Reklama

W pułapce

We wtorek, 1 sierpnia, 16-letni harcerz Antoni Czarkowski udał się ze swoim przyjacielem do centrum. Obaj nie mieli powstańczego przydziału i nie zostali powiadomieni o zbliżającej się Godzinie W. Jednak, jak wszyscy, od kilku dni obserwowali ewakuację okupacyjnych urzędów oraz wycofujące się na zachód znienawidzone wojska. Ta wyczuwalna atmosfera niemieckiej klęski wraz ze zbliżającymi się odgłosami frontu wschodniego dobitnie dowodziły, że w niepokornym mieście musi się niebawem coś wydarzyć.
Gdy znajdowali się na wysokości ul. Litewskiej, usłyszeli pierwsze strzały. Powstańcy nacierali na silnie umocnione posterunki niemieckiej dzielnicy. Aby schronić się przed kulami, Antoni z kolegą wbiegli do pobliskiego sklepu warzywnego. Miejsce okazało się pułapką, ponieważ nie było tylnego wyjścia, a Niemcy po odparciu ataku zaczęli zabijać wszystkich napotkanych na ulicy. Po kilku godzinach właściciel sklepu zdołał usunąć cegły z zamurowanych tylnych drzwi i uwięzieni dołączyli do reszty ukrywających się w kamienicy mieszkańców.
Reklama
Następnego dnia Niemcy zaczęli podpalać okoliczne budynki. Gdy 3 sierpnia ogień wdarł się do domu, w którym znajdował się Antoni, rozpoczęła się dramatyczna ewakuacja piwnicami. W gęstym dymie osoby w różnym wieku przedzierały się do kolejnych, bezpieczniejszych domów, stopniowo porzucając utrudniające ucieczkę bagaże. Po dotarciu piwnicami do ul. Polnej okazało się, że nie ma dalszego przejścia. Ten krytyczny moment Antoni opisał w spisanych w 1977 r. wspomnieniach: „Sytuacja stała się tragiczna. […] Dookoła Niemcy. Przez okna piwnic widać ich podkute buciory. Wrzaski niemieckie mieszają się z modlitwami odmawianymi na głos przez kobiety”. Niemcy zapowiedzieli ukrywającym się Polakom, że jeśli nie wyjdą, ich piwnica zostanie spalona.

Apteka Anca

Ludzie wyszli na ul. Oleandrów, na której rozpoczęło się rewidowanie i okradanie z kosztowności. Osoby stawiające opór ginęły na miejscu. Mężczyzn oddzielano. Musieli leżeć twarzą do ziemi przy ul. Litewskiej. W grupie tej znalazł się Antoni. Widział, że Niemcy wraz ze wspierającymi ich żołnierzami z jednostek kolaboracyjnych zabierają pojedynczo zatrzymanych w nieznane miejsce. Przyszedł czas i na niego. Został doprowadzony do budynku apteki Anca, na rogu Marszałkowskiej i Oleandrów, gdzie zobaczył stos ciał, a wśród nich swojego przyjaciela. Chwilę potem usłyszał, jak to opisał: „Lekki trzask. Szum w głowie. Słodko w ustach. Spokój – cisza. Po szalonym napięciu nerwów nastąpiło całkowite odprężenie. Nareszcie koniec”.
Ze stanu pozornej śmierci ocknął się po kilku godzinach, gdy jeden z oprawców zdejmował mu z nóg buty. Instynktownie wyrwał się i wskoczył do rozżarzonej piwnicy, gdzie palono ciała zamordowanych.

Miesiące w ukryciu

Od tej chwili wszystkimi jego działaniami kierowała myśl, aby jak najskuteczniej ukryć się przed oprawcami. Gdy w organizmie spadł poziom adrenaliny, odkrył, że ma przestrzeloną szyję i traci dużo krwi. W dodatku w piwnicy doznał rozległych poparzeń.
Uznał, że najbezpieczniejszym schronieniem będzie poddasze wypalonej kamienicy przy ul. Marszałkowskiej 21. Niebawem dołączyło do niego trzech kolejnych ocalonych z niemieckich pogromów. Pomogli Antoniemu opatrzyć rany. Wiele tygodni kryli się przed stacjonującymi dookoła Niemcami, nie wiedząc, co się dzieje w mieście. Nie mieli pojęcia, że 2 października upadło powstanie.
Wraz z zakończeniem walk Niemcy przystąpili do metodycznego wysadzania ocalałych zabudowań. W końcu, jak zanotował Antoni: „Pewnego dnia rozpoczęto przygotowywanie do wysadzania naszego domu. Sytuacja stała się rozpaczliwa. Odgłosy kucia dziur w murach piwnicy były nie do zniesienia. Gdzie uciekać, co robić? Zwyciężyła zimna krew. Nigdy nie liczyć na łaskę Niemców”. Kryjąc się w najsolidniejszych częściach budynku, wszyscy zdołali przeżyć aż dwukrotne jego wysadzanie. Dotrwali do listopadowych chłodów. Po prawie czterech miesiącach opuścili kryjówkę i wydostali się ze zrujnowanej Warszawy.
W pierwszych dniach sierpnia tylko przed apteką Anca Niemcy zamordowali ponad 100 mężczyzn. Badacze potwierdzili aż 934 miejsca niemieckich zbrodni popełnionych latem 1944 r. w stolicy.