"Szczęść Boże na nowej drodze politycznej" - stwierdził Andrzej Lepper na wiadomość o decyzji grupy swoich najbliższych do niedawna współpracowników, którzy na czele z Krzysztofem Filipkiem i Danutą Hojarską postanowili odejść z Samoobrony i stworzyć nowe ugrupowanie o nazwie Partia Regionów.
Zaraz jednak dodał, że "oni się wstydzą Samoobrony. Kiedy mieli apanaże, to Samoobrona miała piękny zapach, a teraz im cuchnie".
Sprowadzając problem do utraconych apanaży i udając, że secesja pokaźnej części działaczy nie ma dla niego większego znaczenia, Lepper konsekwentnie kontynuuje strategię bagatelizowania największej klęski w kilkunastoletniej historii swej partii.
W rzeczywistości jednak Samoobrona znajduje się dziś o krok od ostatecznego unicestwienia, a jej los spoczywa w rękach sędziów, którzy będą rozpatrywali rolę jej lidera w aferze gruntowej oraz seksaferze.
Przez długie lata Lepper kpił sobie z polskiego wymiaru sprawiedliwości, ale też zarzuty, jakie wówczas padały pod jego adresem, miały inny niż dziś charakter.
Dlatego jeśli trafi on (nawet na krótko) do więzienia, to nie uda mu się już raczej nikogo przekonać, że stało się tak za sprawą politycznych przeciwników. Jeśli jednak Lepper znów zdoła wymigać się od odpowiedzialności karnej, a trzeba przyznać, że w tej dziedzinie był onegdaj mistrzem, wówczas uznawanie go za politycznego nieboszczyka byłoby krokiem przedwczesnym.
Niewielu polskich polityków może się bowiem z nim równać w zdolności przetrwania w skrajnie niekorzystnych warunkach, czego dowiodła blisko dziesięcioletnia historia Samoobrony przed 2001 r., kiedy po raz pierwszy dostała się do Sejmu. Kluczem do tego przetrwania, oprócz determinacji lidera, była nieudolność wymiaru sprawiedliwości oraz pieniądze na działalność, które Lepper zawsze jakoś znajdował.
Dziś Samoobrona pozbawiona państwowej subwencji wydaje się bankrutem, ale tylko sam jej przewodniczący wie, co stało się z dziesiątkami milionów złotych, którymi ta partia obracała na przestrzeni kilku ostatnich lat. Być może nie wszystko zostało wydane, a ostatnie korowody Leppera z brakiem 50 tys. na poręczenie, które w końcu jakoś się znalazły, mogą być tylko rodzajem zasłony dymnej mającej nas przekonać, że byłemu wicepremierowi zostało już tylko kilka ciągników i garniturów od Ermenegildo Zegny.
O ile jednak prawdziwy stan finansów Leppera pozostaje zagadką, to jest niemal pewne, że kasa Partii Regionów będzie świeciła pustką wprost proporcjonalną do popularności jej założyciela Krzysztofa Filipka.
Podzieli on los poprzednich buntowników w rodzaju Henryka Dzido czy Zbigniewa Witaszka, którzy znikli ze sceny politycznej z chwilą rozstania z Lepperem, a jeśli pojawiali się później w mediach, to tylko jako krytycy jego osoby.
Jak bowiem trafnie zauważył sam Lepper, nie ma takiego środka chemicznego, za pomocą którego Filipek i jego poprzednicy byliby w stanie zmyć ze swoich twarzy napis Samoobrona. A po co komu marne kopie Leppera, skoro on sam wciąż jeszcze nie wypadł ostatecznie z gry?
Za pytaniem o perspektywy Partii Regionów i Samoobrony kryje się zasadniczy problem przyszłości polskiego populizmu, który po ostatniej klęsce wyborczej LPR i partii Leppera znalazł się w wyraźnej defensywie.
Jednak to nie błędy Leppera i Giertycha miały tu decydujące znaczenie, ale dobra koniunktura gospodarcza oraz taktyka PiS, które z pomocą Radia Maryja oskubało LPR z wyborców, a na wsi (pospołu z PSL) podkopało pozycję Samoobrony rękami Wojciecha Mojzesowicza - jedynego z dawnych współpracowników Leppera, który po rozstaniu z nim odegrał znaczącą rolę polityczną. Wydaje się, że od tych dwóch czynników będzie też zależeć ewentualne odrodzenie formacji populistycznych.
Jeśli - jak twierdzi wielu ekonomistów - przyszły rok będzie ostatnim rokiem znaczącego wzrostu gospodarczego, a równocześnie PiS nie zdoła utrzymać przy sobie najbardziej roszczeniowo nastawionych wyborców, wówczas powstanie klimat sprzyjający powrotowi na scenę polityczną Leppera i Giertycha oraz ich bardziej udanych niż Filipek czy Wierzejski naśladowców.