Dziennik Gazeta Prawana logo

Niejasny cel edukacji

26 grudnia 2008, 22:06
Ten tekst przeczytasz w 28 minut
Wywiad z Antonim Liberą kończy nasz cykl rozmów poświęconych udziałowi polskiej inteligencji w wojnie na górze na początku lat 90. Jej ceną był rozpad środowisk i instytucji, radykalizacja stanowisk, w konsekwencji zniknięcie inteligencji jako krytycznego i bezstronnego arbitra polskiej polityki.

Antoni Libera skupia się na analizie motywacji i strategii "Gazety Wyborczej". Środowisko "Wyborczej" uważa on bowiem za sprawcę najpoważniejszych patologii wojny na górze, podczas gdy jej prawicowych przeciwników obwinia o reaktywność. Przy okazji opisuje zniszczenie inteligenckiego centrum, wypchnięcie na margines ludzi i instytucji, które nie pasowały do żadnego z obozów. Libera był na początku lat 90. jednym z redaktorów kwartalnika "Puls" próbującego krytykować niektóre zachowania solidarnościowej "lewicy", bez popadania jednak w prawicową przesadę. Ostrożność na nic się nie zdała. Wystarczył jeden numer "Pulsu" krytyczny wobec rytuału zaprzyjaźniania się z Wojciechem Jaruzelskim i odwracania sojuszy, aby pismo i skupione wokół niego środowisko zostało - jak wspomina Libera - "objęte anatemą".

Diagnoza Antoniego Libery różni się nieco od tej, jaką przed dwoma tygodniami zaprezentował w "Europie" Michał Głowiński. Głowiński przedstawił wojnę na górze jako konflikt pomiędzy inteligencją a środowiskami ożywianymi antyinteligenckim resentymentem. Libera rysuje pejzaż, w którym inteligenci są po obu stronach barykady albo też - jak Herling-Grudziński, Jakub Karpiński czy sam autor "Madame" - próbują ocalić centrum.

p


Obawiam się, że tak. Przy czym nie mam tu na myśli osławionych polskich atawizmów - skłonności do kłótni i anarchii w życiu publicznym, trudności z osiąganiem porozumienia i zgody narodowej - lecz znacznie bardziej wymierne przyczyny i uwarunkowania.


Przede wszystkim to, że społeczeństwo po blisko 50 latach niesuwerenności i zniewolenia było odzwyczajone od prowadzenia autentycznej debaty publicznej, musiało się więc wszystkiego uczyć od początku, a taka nauka nie sprzyja umiarkowaniu. Drugą nie mniej ważną (jeśli nie najważniejszą) przyczyną był szantaż i manipulacja ze strony postkomuny, która oddając władzę, zabezpieczyła starannie odpowiednie materiały, by trzymać wszystkich w szachu (nieformalnym rzecznikiem tej siły był między innymi Urban i jego prasowy organ "Nie"), oraz ze strony Rosji, która nigdy, ani przez chwilę, nie zrezygnowała z Polski jako swojej strefy wpływu i wzmogła działalność wywiadowczą i wywrotową na niespotykaną dotąd skalę. Moim zdaniem wiele konfliktów i awantur z początków III RP było inspirowanych, a w każdym razie rozgrywanych przez rosyjską agenturę wpływu. Trzeba pamiętać, że Rosja, mocarstwo niebywale wprost niewydolne gospodarczo i cywilizacyjnie, pod jednym względem jest najsprawniejsze na świecie: w dziedzinie szpiegostwa, prowokacji i prowadzonej na tym gruncie propagandy i dyplomacji. No i wreszcie były pewne grzechy związane z aktem założycielskim...


Tak, chociaż nie jako samą formą zawarcia ugody i zamknięcia wojny z peerelowską władzą. Nie uważałem, jak wielu ludzi w Polsce, że Okrągły Stół był zdradą popełnioną przez pewną frakcję solidarnościowych elit. Choć od początku zastanawiałem się, jak elity te wybrną z szantażu, o którym mówiłem przed chwilą - szantażu, którego były świadome i który musiały na sobie odczuwać. Wątpliwości wzmogły się, gdy padło hasło "grubej kreski", a zwłaszcza pacta sunt servanda. Pamiętam, że odbyłem w tym czasie kilka ostrych rozmów z ludźmi wyznającymi i popierającymi te hasła. Pytałem wtedy, dlaczego niby należy dotrzymywać umów podpisywanych z gangsterami, pod presją, w sytuacji, gdy nie było innej możliwości. Padały na to odpowiedzi w rodzaju: "bo takie są nasze obyczaje", "bo tak postępują ludzie honoru", "bo właśnie nie chcemy być tacy jak oni, którzy z reguły umów nie dotrzymywali - bo my jesteśmy inni". Było dla mnie jasne, że nie jest to prawdziwy powód, tylko wzniosły szyld maskujący niezbyt wzniosłą prawdę: że umów tych złamać po prostu nie można. Bo złamanie spotka się z piekielnym odwetem strony przeciwnej - odwetem polegającym na systematycznym kompromitowaniu ludzi obozu "Solidarności" i wywołaniu wojny wszystkich ze wszystkimi. Trzeba przyznać, że był to poważny dylemat: podjąć walkę z niedobitą, ale wciąż silną i przemyślnie otorbioną komuną, to znaczy rozliczyć ją za PRL i przynajmniej częściowo wyeliminować z dalszej gry, ale narazić się przez to na cios odwetowy, dość ryzykowny w skutkach, czy też dla świętego spokoju - który bynajmniej święty nie był - zaniechać wszelkich prób w tym kierunku.


Tak, ale źródła późniejszego zbiorowego kaca, a zwłaszcza wyniszczających waśni, upatruję nie w samym braku twardego rozliczenia komunistów. Bo nie potrafię ocenić, co naprawdę stałoby się, gdyby w latach 1990 - 1992 "Solidarność", trzymająca już w pełni władzę, podjęła próbę rzeczywistego rozliczenia peerelowskiego aparatu władzy i przemocy - co z punktu widzenia zdrowia społeczeństwa było niewątpliwie potrzebne. To jest jednak scenariusz niezrealizowany, a więc trudno rozstrzygać, czy przyniósłby więcej dobra, czy więcej zła. Nie na tym się więc skupię. Ja źródła zła upatruję raczej w świadomym zakłamywaniu rzeczywistości, w narzucaniu fałszywej interpretacji bieżącej historii i w presji propagandowej. Czym innym jest samo zaniechanie walki z niedawnym wrogiem - powiedzmy, z ostrożności - a czym innym uzasadnianie tego postępowania w złej wierze, a przy tym z myślą o własnych korzyściach.


Władzę. Wpływ na rozwój wypadków. Rząd dusz.


Tak.


A jednak to, co pan nazywa "programem modernizacyjnym", nie było szczere - i to w dwojakim sensie. Po pierwsze, jak już mówiłem, zasadniczy powód obrony przyjętej linii był inny. Po drugie chodziło o niedopuszczenie do władzy innych opcji politycznych określanych niemal bez wyjątku i niezbędnych rozróżnień jako prawicowe, narodowe, a nawet czarnosecinne. A jednocześnie styl walki i retoryki służącej osiąganiu własnych celów wprost idealnie wpisywał się w stereotyp polskiego sporu ideowego jako sporu na śmierć i życie. Inaczej mówiąc, "Gazeta" piętnując i zwalczając polską kłótliwość, zacietrzewienie, prywatę i samolubność sama kultywowała te właśnie cechy i tendencje i to w stopniu dość znacznym. Radykalizowała poglądy i podziały, stosowała zasadę "kto nie z nami, ten przeciw nam". A "przeciw nam" był właściwie każdy, kto inaczej interpretował zachodzące przemiany lub miał odmienne priorytety. Ktoś taki z miejsca był klasyfikowany jako przedstawiciel ciemnogrodu, spadkobierca falangi, antysemita… Nieustannie wszczynano histeryczne alarmy, że grozi nam wojna domowa, że do skoku na władzę szykuje się najgorszy element, że demokracja jest w poważnym niebezpieczeństwie. Słowem, że tylko siła reprezentowana medialnie przez "Gazetę", a w szczególności ona sama - "my, ludzie Wyborczej", jak nieraz definiowano się na tych łamach - jest w stanie uratować nas od polskiego piekła. Wielokrotnie przybierało to formy karykaturalne i groteskowe, jednak trzeba przyznać, że strategia była skuteczna. Zdumiewa, że tak niewielka grupa ludzi czy wręcz jedna osoba potrafiła narzucić społeczeństwu swoje standardy. To zresztą dalej funkcjonuje.


Nie jestem tego pewien. Nie postrzegam gry prowadzonej przez tę, powiedzmy, orientację jako klasycznej walki politycznej. Klasyczna walka polityczna toczy się między formacjami będącymi wyrazicielami czy przedstawicielstwami zasadniczych w danym społeczeństwie grup czy sił społecznych. A jaką siłę społeczną reprezentują "ludzie <Wyborczej>"? Czy działają w imieniu tak zwanych mas pracujących, wielkoprzemysłowej klasy robotniczej?


Może więc reprezentują polską wieś?


Z pewnością więc interes Kościoła katolickiego leży im na sercu... Albo emerytów, zwłaszcza kombatantów AK...


Oczywiście, ale pytając - stawiając pytania samemu sobie. I dochodzę do wniosku, że ci ludzie nie reprezentują nawet technokratów ani biznesu (choć sami go skutecznie uprawiają), a to choćby dlatego, że definiują się jako lewica.


Ba, doskonałe pytanie, jak uskrzydlił te słowa Lesław Maleszka. Według mnie reprezentują dość wąską grupę inteligencji, w pewnej mierze pięknoduchowskiej, w pewnej mierze peerelowskiej, trawionej rozmaitymi urazami, kompleksami i ambicjami. Inteligencja ta odegrała niewątpliwie ważną rolę w organizowaniu oporu przeciw komunie, a potem w tak zwanej samoograniczającej się rewolucji "Solidarności". Jakkolwiek zawsze miała nieco protekcjonalny czy mentorski stosunek do mas, którym doradzała i przewodziła. W tym wyższościowym stosunku pokutowały dwie, na pozór sprzeczne ze sobą, tradycje. Z jednej strony arcypolska, opisywana po wielekroć w literaturze, wyrażająca się w głębokiej nieufności, a nawet niechęci warstw oświeconych wobec ludu - że ciemny, gnuśny, niezborny, a przy tym niewdzięczny wobec swych dobrodziei - a z drugiej marksistowska, wychodząca z założenia, że sam lud, bez inteligenckiej elity, bez "kadr zawodowych rewolucjonistów" nie osiąga właściwej świadomości klasowej i niczego nie uzyska. Paradoks polega na tym, że środowisko, o którym mówię, nominalnie walcząc z oboma tymi grzechami - z pychą a la polacca i pychą "totalitarną" - samo je popełniało, i to w sposób daleki od umiaru. Co więcej, pociągało za sobą znacznie szersze kręgi inteligencji, wykorzystując jej kompleksy i grając na jej ambicjach.


W taki, że podsuwało jej następujący, nazwijmy to, "katechizm postępowca". Aspirujesz do Zachodu? Nie chcesz czuć się tam zacukanym prowincjuszem z rubieży Europy? Chcesz, by zapraszano cię na stypendia, konferencje, festiwale? Należeć do "towarzystwa" i korzystać z rozmaitych przywilejów? A nade wszystko wyzbyć się niskiej samooceny narodowej? Przystań do nas i włącz się w nurt "jedynie słusznej" oświeconej krytyki naszego zacofanego, obskuranckiego i ksenofobicznego społeczeństwa, którego przecież się wstydzisz i z którego pragniesz się wyrwać. Tylko w ten sposób uzyskasz kartę wstępu do cywilizowanego świata i poczujesz się lepiej. Pamiętaj, Zachód nas wcale nie lubi, jak dyplomatycznie nas o tym zapewnia. Lekceważy nas, a nawet nami pogardza. A jeśli jednak gotów jest coś w nas uznać i na coś postawić, to tylko na "postępową samokrytykę", której właśnie my, "ludzie <Wyborczej>", jesteśmy wyrazicielami.


No pewnie, że nie. Byłoby to nieskuteczne, a nawet samobójcze. Zasadnicze przesłanie zostało wpisane w zakrojony na szeroką skalę program wychowawczy, pozornie nawiązujący do najszczytniejszych polskich tradycji postępu i reformy społecznej, od Frycza-Modrzewskiego poczynając, przez myśl oświecenia, po Brzozowskiego i Gombrowicza z jednej strony, a Żeromskiego z drugiej. Narracja ta kreśliła następujący obraz: historia Polski to historia zmagań wąskiej światłej, postępowej elity z potężnymi siłami zachowawczymi. Konserwa zawsze prowadziła do anarchii i ciągnęła Polskę w dół, oświecona elita, piętnując przywary i wzywając do opamiętania, jednoczyła naród i ciągnęła Polskę w górę. Dawniej elitą były gremia prokrólewskie i propaństwowe zwalczające liberum veto, ograniczające wpływy Kościoła i propagujące oświatę, dzisiaj jest nią "obóz postępu" skupiony w okopach przemądrej Agory i jej koalicjantów.


To było określane doraźnie, w zależności od danej sytuacji. W istocie konserwą był każdy, kto nie podzielał aktualnej linii "Gazety", kto proponował inne rozwiązania, miał inną wizję świata. Gdybyż ta gra była przynajmniej skuteczna! To znaczy, gdyby rzeczywiście owa permanentna krytyka "reakcji" i "obskurantyzmu" przynosiła jakieś rezultaty: osłabiała ośrodki ciasnego nacjonalizmu i nieufności wobec Zachodu, to ostatecznie można by przymknąć oko na arogancję i niezbyt czyste metody walki. Rzecz jednak w tym, że była ona nie tylko nieskuteczna, lecz przeciwskuteczna. Efektem większości propagandowych batalii "Gazety" było wzmacnianie przeciwnika, nie jego osłabianie. Takie indywidua jak Rydzyk, Giertych czy Lepper oraz środowiska skupione wokół nich więcej na atakach tych zyskiwały, niż traciły...


Na to wygląda, choć udowodnić tego, zwłaszcza sądownie, się nie da. Oceniać można tylko fakty.


Niemniej w dalszym ciągu ma się bardzo dobrze. I Zachód z jej głosem wciąż się liczy. Kto wie, czy nie najbardziej. Większość korespondentów zachodnich czerpie swą wiedzę o wydarzeniach w Polsce z "Gazety" i jej środowiska. Wizja Polski w zachodnich gazetach od "Le Monde" przez "Frankfurter Allgemeine" po "New York Times" jest wizją całkowicie jednostronną. I to jest szkodliwe. A i w kraju nie jest chyba aż tak źle. Taki na przykład redaktor Lis wobec większości swoich rozmówców na ogół dosyć surowy i twardy przed Michnikiem jednak się płaszczył jak zastraszony uczeń; nawet siedział jakoś inaczej. Nawiasem mówiąc, płaszczył się też przed butnym Gorbaczowem przerywającym mu co chwila i klepiącym swą wielkoruską mantrę, co było jeszcze bardziej żenujące.


Ja nikomu nic nie zarzucam. Twierdzę tylko, że postawa bezkompromisowego narodowego samokrytycyzmu i rozdrapywania ran a` la Żeromski przedstawiana pod hasłem "nam nie jest wszystko jedno" i w aureoli "trudnej prawdy" została sfetyszyzowana, stała się instrumentalnym negatywizmem służącym do prowadzenia nieustannej batalii z widmem kołtuna zagrażającego demokracji. I zamiast do postulowanej zgody doprowadziła do zantagonizowania środowiska inteligenckiego. Z jednej strony nie dopuściła do głosu i uformowania się umiarkowanej opcji konserwatywnej, która ma w tym kraju naturalny grunt, a z drugiej skompromitowała mimowolnie, przez swój radykalizm, opcję modernistyczną. Pomieszano ludziom języki.


Tak, zachowania te w dużej mierze są reakcją - kto wie czy nie wliczoną w ową strategię rozbijania centrum wpychania rozsądnych ludzi w radykalne schematy i wydobywania z nich cech, które by potwierdzały propagowaną wizję.


My jako środowisko polityczne nie liczyliśmy się. Nie mieliśmy zresztą takich ambicji. A jednak mimo to numer "Pulsu" poświęcony książce Jaruzelskiego i roli, jaką naczelny "Wyborczej" odgrywał w jej promowaniu, został uznany za akt skrajnej wrogości. Natychmiast objęto nas anatemą. A warto przypomnieć, jakie postaci wzięły udział w tamtej ankiecie. Byli to między innymi Giedroyc, Herling-Grudziński, Jakub Karpiński, Burek, Bielecki, Szpotański, Orłoś, Walc…


Niestety. Ale, według mnie to było co najmniej założone, jeśli nie zamierzone. Tego rodzaju ataki były "Gazecie" na rękę. Bo potwierdzały aprioryczny scenariusz. W każdym razie można je było propagandowo ogrywać: "Patrzcie, na kogo i jak ci ludzie się rzucają! Na naszą chlubę i dumę: na noblistę, zdobywcę Oscara, na jednego z najwybitniejszych żyjących filozofów". A jednocześnie przekaz był taki: "Najlepsi, ludzie o światowym rozgłosie, są po naszej stronie. Bogowie są z nami". Było w tym sporo manipulacji stosowanej zresztą również wobec tych wybrańców - bo wiadomo skądinąd, że te sztandarowe nazwiska wcale się we wszystkim z "Wyborczą" nie identyfikowały. W pewnej chwili próbowano do tej gry pozyskać też Polańskiego - że niby jego film "Śmierć i dziewczyna" to protest przeciw rozliczeniom i lustracji, również u nas - ale ten na szczęście się nie dał. Za co zresztą został potem, przy okazji "Pianisty", skarcony - że za mało wyeksponował w tym filmie polski antysemityzm, a także że Żydzi wracający z robót do getta, zmuszeni przez pijanych Niemców do śpiewu, śpiewają piłsudczykowską piosenkę "Hej, strzelcy wraz…".


Nie wiem, czy konflikty te ujawniłyby się samoistnie, a jeśli tak, jak by wtedy wyglądały. Wciąż skłaniam się ku temu, że są one skutkiem socjotechniki i - nie waham się użyć tego słowa - prowokacji.


Doceniam, doceniam, niech się pan nie obawia. I właśnie dlatego tak się rozwodzę na temat strony przeciwnej, która chce pełnić rolę wychowawcy. Wychowawca elementu, który uważa za wyjątkowo trudny i niewdzięczny, musi przede wszystkim sam być wolny od urazów i lęku. Nie może gardzić przeciwnikiem, a już szczególnie ludźmi, których chciałby do swojej sprawy przekonać. A w każdym razie nie wolno mu okazywać pogardy. Inaczej nie tylko niczego nie osiągnie, ale wręcz ugruntuje złe cechy i nawyki. Prawdziwe oświecanie i wyzwalanie ciemnogrodu nie polega na ciągłym wytykaniu mu niższości i ograniczeń, na nieustannym oburzaniu się i piętnowaniu, lecz na rzeczowym przekonywaniu do proponowanych idei i wartości, na dawaniu przykładu. Na pewno nie na obrażaniu się czy wypominaniu niewdzięczności. Skuteczna pedagogika społeczna, a już szczególnie taka, która pretenduje do miana inteligenckiej, musi być oparta na służeniu, a nie pouczaniu. Na cierpliwej pracy u podstaw, jak to miało miejsce w końcu XIX wieku, a później w tradycji pepeesowskiej (nie zaś kapepeowskiej). Oczywiście, wszystko to pod warunkiem że wychowawcy naprawdę zależy na wychowaniu i poprawie, a nie na samouwielbieniu i udowadnianiu sobie, że podopieczny jest niereformowalny.

p

, ur. 1949, pisarz, dramaturg, reżyser teatralny, tłumacz. Znawca twórczości Samuela Becketta - przetłumaczył wszystkie jego sztuki, wystawiał je w Polsce i za granicą. Przekładał także m.in. dramaty Szekspira oraz poezje Hölderlina. Jest autorem bestsellerowej powieści "Madame" (1998) przetłumaczonej na 20 języków, nominowanej do Nagrody Nike oraz prestiżowej IMPAC Dublin Literary Award. W latach 1996 - 2001 był kierownikiem literackim Teatru Dramatycznego w Warszawie.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj