Jakiej sceny zabrakło w filmie Rafała Wieczyńskiego "Popiełuszko"? Jednej w szczególności. To było 14 grudnia 1983 r. Dzień wcześniej ksiądz Popiełuszko wyszedł z milicyjnego aresztu, do którego trafił za rzekome przechowywanie w mieszkaniu granatów. Tego dnia sławny duchowny pobiegł do warszawskiej kurii do arcybiskupa Bronisława Dąbrowskiego, sekretarza episkopatu, dziękować mu za interwencję. Potem znalazł się w budynku seminarium duchownego, gdzie miał się zobaczyć z biskupem Kazimierzem Romaniukiem. Tam spotkał prymasa Józefa Glempa.

Reklama

Ich rozmowa nie była przyjemna. W prywatnych zapiskach Popiełuszko odnotował: "To, co usłyszałem, przeszło moje najgorsze oczekiwania. To prawda, że ksiądz prymas mógł być zdenerwowany, bo wiele go kosztował list do Jaruzelskiego w mojej sprawie. Ale zarzuty mi postawione zwaliły mnie z nóg. SB na przesłuchaniu szanowała mnie bardziej".

Popiełuszko robił szum

Dziś, gdy temat wrócił za sprawą filmu, prymas spróbował opisać raz jeszcze rozmowę w wywiadzie dla KAI: "Była dość szorstka. Powiedziałem księdzu Jerzemu, że nie może się uważać za wyjątkowego kapłana. Wydawało mi się, że popularność nieco uderza mu do głowy. Apelowałem o pokorę, jaka powinna cechować księdza".
Dalej kardynał żali się, że porównania tej wymiany zdań z przesłuchaniem przez SB są nie na miejscu. Ale nawet teraz nie umie z siebie wykrzesać jednoznacznie życzliwego tonu wobec ówczesnego rozmówcy. "Radziłem, aby się wyciszył i nie powodował tyle szumu wokół siebie" - stwierdza po prawie 26 latach.
Z pochodzącej z tamtych czasów opowieści ks. Adama Bonieckiego wynika, że ksiądz Jerzy i później reagował na ten pierwszy kontakt z hierarchą szokiem. "Ogromnie go boli, że ksiądz prymas od progu zaczął go upominać, że źle spełnia obowiązki duszpasterza pielęgniarek i że może mu odebrać facultates. Pytał mnie, co z kanonicznego punktu widzenia mu grozi, bo słowa księdza prymasa zrozumiał tak, że może zostać zredukowany do stanu świeckiego. Uspokoiłem go, że to wykluczone. Może co najwyżej otrzymać zakaz głoszenia kazań".

Zakazu nigdy nie wydano, niemniej choć kolejne rozmowy już w kurii były spokojniejsze, Popiełuszko i Glemp nie znaleźli wspólnego języka. Prymas rozważał wysłanie Popiełuszki z rozpolitykowanego żoliborskiego kościoła św. Stanisława Kostki na studia do Rzymu. Ostatecznie nie postawił sprawy wyjazdu na ostrzu noża, ale też nie wykonał cieplejszego gestu wobec duchownego. Akcję na rzecz jego odsunięcia można by tłumaczyć chęcią uchronienia go przed dalszymi represjami. Może jednak byłaby ona skuteczna, gdyby prymas umiał ją poprowadzić w sposób bardziej taktowny i zręczny.

W maju 2000 r. kardynał Glemp, wyznając grzechy polskiego Kościoła na placu Teatralnym, mówił z żalem, że nie uchronił księdza Jerzego od śmierci. Czy jednak jego komentarze, także te świeże, świadczą, że tak naprawdę pojął jego fenomen?

Oburzenie nie wystarczy

Reklama

Dziś, pomimo osobistego udziału w filmie, gdzie gra samego siebie, kardynał staje przed kłopotliwymi pytaniami. Nie podoba się to "Gazecie Wyborczej", która uważa, że wyznanie grzechów z 2000 r. zamknęło temat. Ale przecież powracanie do pewnych wątków jest naturalną cechą społeczeństwa otwartego. Sojusz kościelnego konserwatyzmu niechętnego grzebaniu w tajemnicach tej instytucji z konserwatyzmem środowisk antyrozliczeniowych źle znosi poszerzanie przestrzeni tej dyskusji. Tymczasem odpowiedzi na pewne pytania uzyskać nietrudno.

Przykładowo gdy "Rzeczpospolita" przypisuje prymasowi opóźnianie procesu beatyfikacyjnego, podnosi się chór oburzonych głosów. A kardynał Glemp sam się do tego otwarcie przyznawał. Ewa Czaczkowska i Tomasz Wiścicki cytują w swoim fundamentalnym dziele "Ksiądz Jerzy Popiełuszko" jego wypowiedź uzasadniającą podjęcie pierwszych kroków zmierzających do beatyfikacji dopiero w 1994 r. "Nastąpiło uspokojenie sytuacji, utrwalenie osądów, >Solidarność< zaczęła słabnąć. Musiałem odczekać, aby ksiądz Popiełuszko nie był ogłoszony z inicjatywy >Solidarności<, ale z inicjatywy Kościoła" - stwierdzał Józef Glemp. Tę polityczną deklarację można zrozumieć. Ale nie powinno się udawać, że takich wypowiedzi nie było.

Tym bardziej nie powinno się udawać, że prymas i ksiądz Jerzy nie stanęli po dwóch stronach barykady istotnego sporu. "Trzeba być ostrożnym w opisywaniu relacji kardynała Glempa z księdzem Popiełuszką" - przestrzega Krzysztof Piesiewicz, w 1985 r. pełnomocnik rodziny księdza Jerzego w procesie jego morderców. I przypomina choćby o plotkach rozpuszczanych przez SB. Przyjmując tę uwagę, warto jednak spróbować te relacje zrozumieć. Były to wszak relacje kościelnej hierarchii ze sporą częścią polskiego społeczeństwa.

Wojna skromnych ludzi

Dzielił ich wiek (Józef Glemp - rocznik 1929, Jerzy Popiełuszko - 1947) i pozycja w Kościele. Ale i trochę łączyło. Obaj pochodzili z prostych rodzin, choć z różnych stron Polski - kardynał z Kujaw, ksiądz z Podlasia. Obaj byli zawsze ludźmi skromnymi. Glemp traktował Popiełuszkę trochę jak krnąbrnego gwiazdora. Ale relacje przyjaciół przedstawiają buntowniczego duchownego jako człowieka nie tylko nieśmiałego, ale i świadomego swoich ograniczeń. Z kolei Popiełuszko mógł widzieć w Glempie apodyktycznego hierarchę. Tymczasem, występując pod portretem swego poprzednika Stefana Wyszyńskiego, powtarzał on wiele razy: "To jest wielki prymas, a to - wskazując na siebie - mały prymas".

Obaj byli oddanymi synami Kościoła. Oczywiście można widzieć ich spór w taki oto sposób: Glemp pilnuje kościelnych reguł i interesów, Popiełuszko wychodzi poza te ramy, podporządkowując i jedno, i drugie polityce, zrywowi narodowemu. W takim ujęciu ich zderzenie przypominałoby sytuację z greckiej tragedii: z jednej strony oschły Kreon kierujący się nakazami instytucji, z drugiej - zbuntowana Antygona. Ale przecież i ksiądz Popiełuszko twardo napominający wiernych podczas mszy za ojczyznę, aby nie wznosili politycznych okrzyków, próbował stać na straży logiki tej instytucji. Tylko inaczej niż Józef Glemp widział pole jej działania.

Obaj byli wreszcie duchownymi konserwatywnymi. Ksiądz Jerzy miał wśród przyjaciół przedstawicieli liberalnej inteligencji (z profesorem Klemensem Szaniawskim na czele) i nie próbował ich nawracać. Ale w kazaniach głosił bezkompromisowo program katolickiego państwa: urzędów, sądów, szkoły, prawa. Kardynała trudno byłoby wpisać w którykolwiek nurt wewnątrzkościelnych podziałów - w III Rzeczpospolitej stronił od środowisk katolickich integrystów. Ale jego myśl pozostała nieskażona nowinkami. Można by rzec, że obaj reprezentowali "katolicyzm integralny", przesycony na dokładkę wątkami narodowymi, choć nie endeckimi. Czyli średnią polskiego Kościoła.
Obaj odegrali ogromną rolę w dziejach Polski, choć paradoksalnie więcej wiemy o Popiełuszce, także o prywatnych kontaktach, motywach. Prymas Glemp jako postać funkcjonująca w świecie hermetycznych kościelnych urzędów pozostaje aktorem zdarzeń cokolwiek tajemniczym.

Zausznik Wyszyńskiego

"Niełatwo zrekonstruować jego sposób myślenia" - zauważa Antoni Dudek, współautor podręcznikowego opracowania "Komuniści i Kościół w Polsce (1945-1989)". "Trzeba ich szukać w rozmaitych źródłach, od protokołów Rady Głównej Episkopatu poprzez wzmianki w oficjalnych rozmowach między przedstawicielami Kościoła i rządu, po raporty agentów SB w Kościele. Ale wszystko to jest niekompletne, niepewne" - podsumowuje historyk.
Coś jednak wiemy. Życzliwy racjom polskiego episkopatu historyk Peter Raina, opisując stan świadomości księdza Popiełuszki, wspomniał, że duchowny był zafascynowany postacią zmarłego wiosną 1981 r. prymasa Stefana Wyszyńskiego jako księcia Kościoła walczącego z kolejnymi komunistycznymi ekipami.
Na tym tle nowy prymas musiał mu się jawić jako postać mało imponująca. "Wieloletni sekretarz prymasa Wyszyńskiego, typ zausznika, a nie przywódcy" - mówi o nim ksiądz z warszawskiej archidiecezji.
Rzecz charakterystyczna - jednym z niewielu tematów, które stanowiły przedmiot kontrowersji między prymasem Glempem i innymi hierarchami na posiedzeniach Rady Głównej Episkopatu, były jego wypowiedzi dla mediów. Gdy kardynał pojawiał się na lotnisku, lecąc do Rzymu, dopadali go funkcjonariusze kontrolowanej przez władzę telewizji. Chętnie się wypowiadał, potwierdzając podsuwane mu tezy o spokoju i normalizacji. "Wyszyński nigdy by się na coś takiego nie zgodził. Samym wzrokiem przepędzał reżymowych dziennikarzy" - ocenia nasz kościelny rozmówca.
To była jednak tylko kwestia formy. Bo co do treści prymas Glemp próbował kontynuować politykę swojego poprzednika. "A nawet wcześniejszą, bo np. prymas Hlond nakłaniał księży do odcinania się od związków z podziemiem. Zasadą, nigdy niezadekretowaną, było powstrzymywanie księży od politycznych zaangażowań. Równocześnie próbowano bronić duchownych pomawianych o przekraczanie granic między religią a polityką. Ale te granice bywały płynne" - tłumaczy historyk Jan Żaryn, autor opracowania "Dzieje Kościoła katolickiego w Polsce".



Józef Glemp przejął po Stefanie Wyszyńskim także inne założenia. Prymas Tysiąclecia wadził się z władzami o granice kościelnych swobód, w okresie stalinowskim kosztowało go to trzy lata internowania. Ale kierował się zasadą "ekonomii krwi", pomagając utrzymać spokój w sytuacjach, które według jego rozeznania groziły wojną domową. To w imię tej wartości poparł w latach 1956 - 1957 Gomułkę, a 26 sierpnia 1980 r. wygłosił kazanie na Jasnej Górze, które władze interpretowały jako wezwanie do przerwania strajku w Stoczni Gdańskiej. "Równocześnie jednak jeszcze tego dnia namawiał pierwszego sekretarza Gierka, aby pojechał do stoczni i porozumiał się z Wałęsą" - relacjonuje Żaryn.

Ani śmierć, ani kupienie

Józef Glemp pozostał wierny tej linii. Gdy zaraz po wprowadzeniu stanu wojennego usłyszał od kierownika urzędu ds. wyznań Jerzego Kuberskiego, że Kościół będzie winien każdej kropli przelanej polskiej krwi, wstrzymał na jakiś czas odczytywanie w kościołach krytycznego wobec władz stanowiska Rady Głównej Episkopatu - aby "nie podburzać".

Oczywiście "ekonomia krwi" to nie wszystko. Kościół bronił własnego interesu, tyle że w latach 50. 60. czy 70. stawką był pobór kleryków do wojska czy pozwolenia na budowę kościołów, a w latach 80. - utrzymanie mszy świętej w radio czy kolejna papieska pielgrzymka. Nie oznacza to, że prymas, który uchodził raczej za żyranta kompromisowej dyplomacji arcybiskupa Dąbrowskiego niż samodzielnego stratega, kierował się wyłącznie podobnymi względami. 13 maja 1984 r. w rocznicę zamachu na papieża, na pół roku przed śmiercią księdza Popiełuszki, w krakowskim kazaniu próbował sformułować własne cele. Odrzucał dwie skrajności: Kościoła zabijanego i Kościoła kupowanego przez władzę, deklarując, że istnieje trzecia droga: Kościoła niezależnego i robiącego swoje.

Jednak owo "swoje" prymasa było inne niż "swoje" księdza Popiełuszki, na tyle zaangażowanego we wspieranie "Solidarności", że potrafił ukrywać fundusze związku, ryzykując aresztowanie. Według zgodnych relacji historyków i ludzi pamiętających tamte czasy Józef Glemp nie wierzył w "Solidarność". "Odczuwaliśmy z jego strony brak życzliwości" - relacjonuje ukrywający się wtedy dawny działacz KOR Jan Lityński. Zbigniew Romaszewski przypomina, że w pierwszych tygodniach po wprowadzeniu stanu wojennego przykościelne ośrodki charytatywne ograniczały się do pomocy internowanym. "Aresztowani za łamanie stanowojennego prawa byli traktowani gorzej jako zagrażający normalizacji. Trzeba przyznać, że szybko to się zmieniło" - opowiada Romaszewski.

Zmieniło dzięki oddolnemu naciskowi, m.in. takich ludzi jak ksiądz Popiełuszko. A na górze toczyła się polityka. "Solidarność", a zwłaszcza jej historyczni przywódcy, miała zejść ze sceny przy pomocy Kościoła.
Zbigniew Romaszewski opisuje dramatyczną scenę, gdy w sam Wielki Piątek 1984 r. został wraz z innymi aresztowanymi przywódcami "Solidarności" i KOR zabrany z więzienia na Rakowieckiej i wieziony nocą przez ciemny las. "W wyobraźni kopaliśmy już własne groby" - opowiada obecny senator. Zamiast egzekucji doczekali się przywiezienia do wygodnego ośrodka, gdzie próbowano ich nakłonić do podpisania oświadczenia wyrzekającego się politycznej działalności na dwa lata. Gwarantami tego zobowiązania mieli być prymas i szef MSW generał Kiszczak. Inicjatywa rozbiła się o odmowę Adama Michnika.

Nie jest to historia jednoznaczna - jako pośrednicy w tej akcji występowali Jan Józef Lipski czy Bronisław Geremek, co pokazuje, że i im rodziły się w głowach pomysły daleko idących kompromisów z władzami. Ale to na posiedzeniach Rady Głównej Episkopatu prymas wiele razy przestrzegał przed "dwoma ekstremizmami" - partyjnym i solidarnościowym.

Bez wiary w "Solidarność"

Zdaniem Jana Żaryna prymas miał nadzieję na powstanie za zgodą komunistycznych władz chadeckiej partii - pod przywództwem posła na sejm PRL Janusza Zabłockiego, lidera koncesjonowanej organizacji, Polskiego Związku Katolicko-Społecznego. I to się nie powiodło, bo niedoszły organizator nowej formacji został wyrzucony z PZKS z inspiracji władz. Gdy z kolei w drugiej połowie lat 80. władzom zaczęło zależeć na pozyskaniu działaczy katolickich i wprowadzeniu ich do parlamentu, nie zgodził się Kościół. Ale z zachowanych opisów negocjacji między biskupami Dąbrowskim i Orszulikiem a władzami trudno odnieść wrażenie, jakoby prymas był tym pomysłom przeciwny. "Wydaje się, że zdecydował opór Stolicy Apostolskiej" - ocenia Antoni Dudek. "To prawda, między papieżem i prymasem występowały różnice: ten pierwszy nie zrezygnował z popierania "Solidarności", ten drugi w nią nie wierzył. Ale papież na każdym kroku wychwalał kardynała Glempa i słał mu z Rzymu słowa poparcia" - opisuje Jan Żaryn.

Historycy, ale i duchowni, jak ks. Boniecki, upatrują przyczyn tej rozbieżności w odmiennych perspektywach: krajowej i rzymskiej. Ale czy tylko? Już w latach 70. Wyszyński i Dąbrowski, inaczej niż kardynał Wojtyła, zachowywali rezerwę wobec opozycji demokratycznej, patrząc na nią przez pryzmat KOR, który postrzegali jako wrogi ideowo. To Jacek Kuroń opowiadał, jak Michnikowi nie udało się oczarować jednej jedynej osoby - właśnie prymasa. W 1980 r. szef biura prasowego episkopatu, ks. Alojzy Orszulik, nie powstrzymał się przed krytykowaniem wobec zagranicznych dziennikarzy działaczy KOR. Kardynał Glemp odziedziczył te uprzedzenia i przeniósł je na "Solidarność". W słynnym wywiadzie dla brazylijskiej gazety "O Estado de Sau Paulo" z 1984 r. powątpiewał w katolicki charakter "Solidarności".

Ale przecież warszawska kuria starała się też pozbyć z parafii św. Stanisława Kostki narodowo-katolickiego działacza "Solidarności" Seweryna Jaworskiego. Przeważała nie ideologia, a argumenty pragmatyczne. Dziś można zrozumieć przeciwdziałanie rozlewowi krwi wobec szantażu ministra Kuberskiego. Ale czy rozładowywanie wszelkiego oporu wobec komunistycznej władzy jawi się jako racjonalne? Zresztą relatywna siła Kościoła, obrastającego właśnie nowymi inicjatywami i ludźmi, zasadzała się na przekonaniu, że reprezentuje on w jakiejś mierze "Solidarność".

Czy tylko lapsusy?

Inny ciekawy aspekt sprzeczności w ówczesnej kościelnej teorii i praktyce wychwycił w swoim wywiadzie rzece Jarosław Kaczyński: "Można opisać Kościół jako swoistą Galicję pozwalającą przetrwać opozycji, >Solidarności<, środowiskom twórczym, za cenę stosunkowo niewielkich ustępstw. W tym ujęciu lapsusy prymasa nie miały większego znaczenia, a jego wezwania do nieprzelewania krwi jawią się jako rozsądne. I można powiedzieć inaczej. To prawda, ale też rola Kościoła w negocjacjach z władzą, zwłaszcza pod koniec lat 80., wpłynęła na jego odbiór w społeczeństwie. Bo niektórzy zaczęli później odbierać Kościół jako część establishmentu".

W zbiorach IPN zachował się rachunek za dżin, który późniejszy biskup Orszulik wypił w warszawskim hotelu Victoria z wysokim przedstawicielem MSW jeszcze w latach 70. Można i trzeba tłumaczyć, że Kościół nie mógł się obyć bez tego typu kontaktów. Ale gdy czyta się wypowiedzi p Glempa czy Orszulika już z czasów wolnej Polski, można chwilami odnieść wrażenie, że ludzie ekipy Jaruzelskiego budzą w nich cieplejsze uczucia niż liderzy "S". W tym kontekście trudno podważać ujawnione ostatnio przez Sławomira Cenckiewicza materiały peerelowskiego wywiadu, według których prymas wyrażał w Rzymie przekonanie o dobrych intencjach obu generałów: Jaruzelskiego i Kiszczaka.

A były i sławne lapsusy przywołane przez Kaczyńskiego. Prymas w mszy transmitowanej przez radio wyraża przyzwolenie dla Obywatelskich Komitetów Odrodzenia Narodowego tworzonych przez zwolenników stanu wojennego, które przekształcą się potem w prorządową fasadę - PRON. Po co to mówił? Kogo tym uspokajał? Jego ówczesne wystąpienia nacechowane są krytycyzmem wobec solidarnościowych manifestantów, a dużą wyrozumiałością wobec władzy. Odpowiedzią była gorycz i nieliczne, ale jednak ataki na łamach pism podziemnych ("Tygodnik Wojenny" nazwie go Misiem Kolabo), a także popularne w narodzie dowcipy (np. o Glempie sczepiającym się uszami z Urbanem).

"Ależ równocześnie prymas sygnował mocne oświadczenia Rady Głównej Episkopatu" - zauważa, broniąc Józefa Glempa, Jan Żaryn. I to także prawda. Czemu jednak miały służyć te jego wystąpienia? I czy nie okazywały się przeciwskuteczne, także z punktu widzenia jego strategii - uspokajania nastrojów. Zupełnie tak samo przemawiając z góry do księdza Popiełuszki, nie zdołał nakłonić go do wyjazdu, a więc uratować.

Czy Józef Glemp, będący człowiekiem nieszukającym poklasku, nie zapatrzył się jednak na swojego poprzednika, o którym wszystko można było powiedzieć, ale nie to, że uwzględniał społeczne nastroje? I czy nie zabrakło mu w ostatecznym rozrachunku intuicji, społecznej empatii?

"W oczach prymasa Popiełuszko zbytnio poddał się manipulacji politycznej" - oceniał w wypowiedzi cytowanej przez Czaczkowską i Wiścickiego ks. Bronisław Piasecki, kapelan kardynała. Można się zastanawiać nad pytaniem o możliwość łączenia misji kapłana z misją orędownika sprawy narodowej czy społecznej. Ale gdzie w mszach za ojczyznę manipulacja? Po prostu starły się dwie wizje polityki: tej, która nie rezygnowała z "Solidarności", i tej, która stawiała na niej krzyżyk. Rzecz w tym, że w kościele hierarchicznym możliwa jest tylko jedna polityka, a wyznaczają ją biskupi. Glemp wyegzekwował tę zasadę wobec sympatyzującego z "Solidarnością" księdza Mieczysława Nowaka z Ursusa, którego jeszcze w 1983 r. zesłał wbrew protestom parafian na głęboką wieś. Nie umiał sobie poradzić z problemem Popiełuszki jako człowieka zbyt znanego i popularnego. Ale też nie potrafił kierować się wobec niego inną logiką - nawet w formie. Prymas Wyszyński byłby prawdopodobnie jeszcze bardziej bezceremonialny.

O czym przypomnieć biskupom?

Zwłaszcza że było coś jeszcze. Księdzu Jerzemu przyszło żyć w Kościele takim, jakim on był. "Z donosów wynika, że wielu duchownych nie było w stanie go zaakceptować, był dla nich chodzącym wyrzutem sumienia" - opisuje Żaryn, którego praca o agenturalnym rozpracowaniu niepokornego duchownego ukaże się na dniach. Agentem był jeden z księży mieszkający z nim w tej samej parafii św. Stanisława Kostki - Jerzy Czarnota. Widać go w filmie - to ten kapłan z brodą, który wpuszcza wiernych do świątyni po porwaniu Popiełuszki.

Z biskupami problem był inny. Jak mówi ksiądz Adam Boniecki, "pojawienie się charyzmatycznego kapłana drażniło hierarchów". "Nie chcę mówić o zazdrości, ale coś z tego uczucia się pojawiało. Popiełuszko gromadzi takie tłumy? On jest na ustach wszystkich? Co się właściwie dzieje?" - tak opisuje stan umysłów ówczesnych zwierzchników. I trudno mu nie wierzyć. To przecież ludzkie.

Boniecki zapewnia, że wyznanie grzechów przez prymasa zamyka sprawę. "Przecież jemu to trudniej było zrobić niż zwykłemu człowiekowi" - przekonuje. I rzeczywiście dramatyczny obraz hierarchy, który łamiącym się głosem na silnym wietrze przepraszał Boga, przed dziewięciu laty przemawiał mocno do wyobraźni. Ale już po tym fakcie prymas Glemp nazwał księdza Isakowicza-Zaleskiego za wewnątrzkościelne obrachunki "nadubowcem". Więc może jednak scenę konfliktu prymasa z księdzem Popiełuszką warto było pokazać? Może o czymś ważnym by przypomniała - także biskupom.