"Dobrze wychodzi nam tylko lustracja dzika, bo to ona w największym stopniu odpowiada na emocjonalne potrzeby lustratorów" - pisze w "Fakcie" Tomasz Lis, dyrektor programowy Polsatu.
Lustracja, w swej istocie pożądana i naturalna, w Polsce nie wychodzi i nie wyjdzie, bo w zderzeniu z naszymi narodowymi cechami może być co najwyżej formą
instytucjonalizacji polskiego piekła.
Nie wyszła w Polsce rewolucja w wersji teczkowo-Macierewiczowej z 1992 roku. Średnio wychodzi lustracja w wersji uporządkowanej, biorąc pod uwagę, że proces byłego premiera Oleksego trwa chyba z dekadę, a może i więcej. Nie wyjdzie lustracja według nowej ustawy, chyba że zabiorą się za nią wymyślone przez ministra Ziobrę 24-godzinne sądy.
Dobrze wychodzi nam tylko lustracja dzika, bo to ona w największym stopniu odpowiada na emocjonalne potrzeby lustratorów - mamy dokument, a my jeszcze jeden, agent to filozof, teolog też agent, może Borowski, a może Iksiński, Niezabitowska nie była agentką, znaczy SB-ecy ją ocalili. Cóż za wypieki na twarzach lustratorów, jakie napięcie mięśniowe. Wygląda to na dość tanie igrzyska, które ani Polski, ani atmosfery w Polsce nie oczyszczają, raczej ją zatruwają.
Problem nie leży w tym, czy lustracja jest słuszna. Co do zasady oczywiście jest - skoro są w ojczyźnie rachunki krzywd warto namalować grubą linię oddzielającą donosicieli od porządnych ludzi. Problem polega na tym, że w polskiej praktyce realne są tylko dwa warianty lustracji - przeciekowa albo totalna - teczki na stół. Ta druga może mieć jakiś powab w zestawieniu z tą pierwszą wyłącznie w oczach ludzi pozbawionych wyobraźni. Zamiast standardowego polskiego piekła mielibyśmy bowiem pandemonium.
Nie jesteśmy w stanie porządnie przeprowadzić lustracji nie tylko ze względu na swe bałaganiarstwo, ale głównie ze względu na wykreowany wiele lat temu i świetnie na naszej glebie zadomowiony okołolustracyjny klimacik. Trudno nie odnieść wrażenia, że nie o prawdę tu idzie i nie o oczyszczenie, lecz o wynikającą z savonarolizmu lustratorów chęć wyrównania rachunków, zgnębienia i poniżenia wroga. Potężny entuzjazm lustratorów dla idei oczyszczenia państwa z agentów znika niestety, gdy oczyszczenie ma dotyczyć fragmentów rzeczywistości niemieszczących się w teczkach. A przecież czyszczenie państwa z agentów nie wydaje się dla jego przyszłości istotniejsze niż zczyszczanie z wszelkich instytucji choćby najlepszych fachowców, tylko dlatego że "nie nasi".
Ile warte jest zlustrowanie warszawskiego metropolity, gdy jednocześnie jedno z najważniejszych stanowisk w państwie, w najważniejszym z polskich banków, obejmuje człowiek, którego kandydatura nigdy nie powinna się pojawić. Może tak zrobić u nas także lustrację kompetencji ludzi, którymi obsadza się najważniejsze stanowiska? Nie, tego władza pewnie nie zrobi.
Ile warte jest oczyszczanie państwa z agentów, gdy w rządzie są zanieczyszczający atmosferę naszej polityki ludzie z Samoobrony? Czy o oczyszczenie państwa tu idzie, o wyższe standardy rządzenia, o przywrócenie moralności w życiu publicznym, czy też o brutalne egzekwowanie planów władzy wynikających z jej mentalności Kalego? Zresztą z owym dążeniem do moralnej czystości lepiej być ostrożnym, bo w jej imię popełniono w historii całkiem sporo całkiem dużych draństw.
Lustracja w założeniu powinna nam wszystkim dać jasny obraz przeszłości. Obawiam się jednak, że jeśli coś można dostrzec w lustracyjnym lustrze, to raczej obraz naszej teraźniejszości niż przeszłości. Nasza lustracja w większym stopniu niż korektą przeszłości, jest formą deformowania teraźniejszości i zaciemniania przeszłości. Czy Polska naprawdę jest dzięki niej lepsza? Czy jej przeprowadzanie choć o centymetr przybliżyło nas do znalezienia odpowiedzi na prawdziwe wyzwania stojące przed Polską? Czy służy ona likwidacji realnych zagrożeń? Moja odpowiedź brzmi "3 razy NIE".
Trudno nie odnieść wrażenia, że lustracja w jej obecnym wydaniu jest głównie sposobem na zajęcie myśli obywateli, by nie myśleli oni o drobiazgach, typu autostrady i mieszkania, te z obiecanych trzech milionów. Na dodatek służy mobilizacji elektoratu rządzącej partii. Ponieważ niespecjalnie realizuje się ona w rządzeniu, skupia się na przejmowaniu kolejnych fragmentów władzy, zamiast rządzenia oferując obywatelom głównie zarządzanie ich frustracjami i zawiścią, które sama napędza. Potrzebny jest wróg. Otwieramy teczki i wrogów ci u nas dostatek. A ponieważ temat lustracyjny jest dość prosty - dziś dokument, jutro news - zamierzenia władzy są podchwytywane przez głodne nowości media.
Ten tekst nie jest apelem o powstrzymanie lustracji, czy tym bardziej o spalenie wszelkich akt. Nie jest, i to nie tylko ze względu na to, że papierów spalić się nie da, a lustracja w swej takiej czy innej, ale zawsze pokracznej wersji, będzie postępować. Jest on raczej smutną konstatacją, że najwyraźniej jesteśmy za mało dojrzali, by lustracyjny problem rozwiązać rzetelnie, systematycznie i godnie. Lustracja, mająca być drogą do lepszej przyszłości, robiona jest u nas mniej więcej tak jak robione są drogi. Nawet jak wyleją asfalt, to i tak wiadomo, że za chwilę będą same dziury i wyboje. Ale, jak śpiewał satyryk - "nic, że droga wyboista, ważne, że kierunek słuszny".
Nie wyszła w Polsce rewolucja w wersji teczkowo-Macierewiczowej z 1992 roku. Średnio wychodzi lustracja w wersji uporządkowanej, biorąc pod uwagę, że proces byłego premiera Oleksego trwa chyba z dekadę, a może i więcej. Nie wyjdzie lustracja według nowej ustawy, chyba że zabiorą się za nią wymyślone przez ministra Ziobrę 24-godzinne sądy.
Dobrze wychodzi nam tylko lustracja dzika, bo to ona w największym stopniu odpowiada na emocjonalne potrzeby lustratorów - mamy dokument, a my jeszcze jeden, agent to filozof, teolog też agent, może Borowski, a może Iksiński, Niezabitowska nie była agentką, znaczy SB-ecy ją ocalili. Cóż za wypieki na twarzach lustratorów, jakie napięcie mięśniowe. Wygląda to na dość tanie igrzyska, które ani Polski, ani atmosfery w Polsce nie oczyszczają, raczej ją zatruwają.
Problem nie leży w tym, czy lustracja jest słuszna. Co do zasady oczywiście jest - skoro są w ojczyźnie rachunki krzywd warto namalować grubą linię oddzielającą donosicieli od porządnych ludzi. Problem polega na tym, że w polskiej praktyce realne są tylko dwa warianty lustracji - przeciekowa albo totalna - teczki na stół. Ta druga może mieć jakiś powab w zestawieniu z tą pierwszą wyłącznie w oczach ludzi pozbawionych wyobraźni. Zamiast standardowego polskiego piekła mielibyśmy bowiem pandemonium.
Nie jesteśmy w stanie porządnie przeprowadzić lustracji nie tylko ze względu na swe bałaganiarstwo, ale głównie ze względu na wykreowany wiele lat temu i świetnie na naszej glebie zadomowiony okołolustracyjny klimacik. Trudno nie odnieść wrażenia, że nie o prawdę tu idzie i nie o oczyszczenie, lecz o wynikającą z savonarolizmu lustratorów chęć wyrównania rachunków, zgnębienia i poniżenia wroga. Potężny entuzjazm lustratorów dla idei oczyszczenia państwa z agentów znika niestety, gdy oczyszczenie ma dotyczyć fragmentów rzeczywistości niemieszczących się w teczkach. A przecież czyszczenie państwa z agentów nie wydaje się dla jego przyszłości istotniejsze niż zczyszczanie z wszelkich instytucji choćby najlepszych fachowców, tylko dlatego że "nie nasi".
Ile warte jest zlustrowanie warszawskiego metropolity, gdy jednocześnie jedno z najważniejszych stanowisk w państwie, w najważniejszym z polskich banków, obejmuje człowiek, którego kandydatura nigdy nie powinna się pojawić. Może tak zrobić u nas także lustrację kompetencji ludzi, którymi obsadza się najważniejsze stanowiska? Nie, tego władza pewnie nie zrobi.
Ile warte jest oczyszczanie państwa z agentów, gdy w rządzie są zanieczyszczający atmosferę naszej polityki ludzie z Samoobrony? Czy o oczyszczenie państwa tu idzie, o wyższe standardy rządzenia, o przywrócenie moralności w życiu publicznym, czy też o brutalne egzekwowanie planów władzy wynikających z jej mentalności Kalego? Zresztą z owym dążeniem do moralnej czystości lepiej być ostrożnym, bo w jej imię popełniono w historii całkiem sporo całkiem dużych draństw.
Lustracja w założeniu powinna nam wszystkim dać jasny obraz przeszłości. Obawiam się jednak, że jeśli coś można dostrzec w lustracyjnym lustrze, to raczej obraz naszej teraźniejszości niż przeszłości. Nasza lustracja w większym stopniu niż korektą przeszłości, jest formą deformowania teraźniejszości i zaciemniania przeszłości. Czy Polska naprawdę jest dzięki niej lepsza? Czy jej przeprowadzanie choć o centymetr przybliżyło nas do znalezienia odpowiedzi na prawdziwe wyzwania stojące przed Polską? Czy służy ona likwidacji realnych zagrożeń? Moja odpowiedź brzmi "3 razy NIE".
Trudno nie odnieść wrażenia, że lustracja w jej obecnym wydaniu jest głównie sposobem na zajęcie myśli obywateli, by nie myśleli oni o drobiazgach, typu autostrady i mieszkania, te z obiecanych trzech milionów. Na dodatek służy mobilizacji elektoratu rządzącej partii. Ponieważ niespecjalnie realizuje się ona w rządzeniu, skupia się na przejmowaniu kolejnych fragmentów władzy, zamiast rządzenia oferując obywatelom głównie zarządzanie ich frustracjami i zawiścią, które sama napędza. Potrzebny jest wróg. Otwieramy teczki i wrogów ci u nas dostatek. A ponieważ temat lustracyjny jest dość prosty - dziś dokument, jutro news - zamierzenia władzy są podchwytywane przez głodne nowości media.
Ten tekst nie jest apelem o powstrzymanie lustracji, czy tym bardziej o spalenie wszelkich akt. Nie jest, i to nie tylko ze względu na to, że papierów spalić się nie da, a lustracja w swej takiej czy innej, ale zawsze pokracznej wersji, będzie postępować. Jest on raczej smutną konstatacją, że najwyraźniej jesteśmy za mało dojrzali, by lustracyjny problem rozwiązać rzetelnie, systematycznie i godnie. Lustracja, mająca być drogą do lepszej przyszłości, robiona jest u nas mniej więcej tak jak robione są drogi. Nawet jak wyleją asfalt, to i tak wiadomo, że za chwilę będą same dziury i wyboje. Ale, jak śpiewał satyryk - "nic, że droga wyboista, ważne, że kierunek słuszny".
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl