MICHAŁ KARNOWSKI: Nie doczekaliśmy się przełomu, wątpliwości pozostały. Spodziewał się pan jaśniejszego obrazu po niedzielnym spotkaniu Samoobrony?
BRONISŁAW KOMOROWSKI (PO): Przecięciem wątpliwości byłaby jednoznaczna decyzja o zakończeniu koalicji i odcięciu się od rządu. Tego nie ma, bo stwierdzenie, że koalicji nie ma, ale ministrowie zostają, w niczym nie rozświetla sytuacji. Spodziewałem się większej stanowczości. Stało się inaczej, proces gnilny będzie trwał.
Był pan w kilku rządach. Jak rozumie pan formułę oddania się ministrów do dyspozycji premiera?
Nie spotkałem się wcześniej z czymś takim, to rzeczywiście nowa konstrukcja zwiększająca jeszcze obszar niejednoznaczności. Rozumiem to jako kolejny akt w rywalizacji o to, kto zostanie obarczony odpowiedzialnością za zerwanie koalicji, rozbicie własnego rządu. Ta deklaracja pokazuje też wyjątkową czułość Samoobrony na stanowiska i przywileje. Kierownictwo chyba czuje, że lepiej nie żądać zbyt wiele, bo część urzędników, a może i ministrów, i tak zostałaby na stanowiskach.
Nie przekonuje mnie do końca argument, iż to gra o to, kto zostanie obarczony odpowiedzialnością. Polacy w wyborach będą kierowali się całościową oceną poszczególnych partii, a nie wynikiem tego przetargu.
Zgadzam się, że Polacy i tak będą mieli swoją ocenę, będą się kierowali analizą dokonań tej władzy. Ale gołym okiem widać, że i Roman Giertych, i Andrzej Lepper, i Jarosław Kaczyński cały czas próbują przerzucić na siebie nawzajem odpowiedzialność za upadek rządu. Widocznie sądzą, że ich sympatycy, członkowie ich ugrupowań, przyzwyczaili się do myśli, że ta koalicja realizowała jakiś wielki program polityczny. A i premier uznał się za stratega budującego wielki obóz i nie chce być postrzegany jako polityk sam demontujący swój obóz.
To może inaczej. Czy z pana punktu widzenia Samoobrona jest dzisiaj partią opozycyjną czy rządową?
Równie dobrze można zadać pytanie czy to PiS, uruchamiając akcję polityczno-policyjną nie przeszedł do opozycji w stosunku do własnego wicepremiera i szefa partii koalicyjnej, czyli Andrzeja Leppera. Ta koalicja od początku była sojuszem słabego zaufania, przecież nie tak dawno Lepper był wyrzucany, a potem przywrócony. Teraz sytuacja jest szczególna z jeszcze jednego powodu. Samoobrona znalazła się na rozdrożu. Są tam bardzo silne środowiska pragnące utrzymania władzy. I jest grupa przywódców, która wie, że jak za parę stołków zgodzi się na dyktat PiS, to straci partię. Ten spór trwa, a więc efekt niedzielnego konwentu Samoobrony poznamy po tym, jak klub zachowa się podczas głosowań w Sejmie.
Czy to właśnie nie jest istota całego zamieszania? Nie tyle chodzi o odpowiedzialność za kryzys, ale o większość. Bój idzie o rozbicie Samoobrony, o to, ilu posłów pójdzie za Lepperem, a ilu zostanie przy rządzie.
Widzę to podobnie. Myślę, że Jarosław Kaczyński realizuje dwie podstawowe, równolegle koncepcje. Jedna to rozbicie i przejęcie Samoobrony, a potem rządzenie w oparciu o polityczne bagno. I druga wersja - wcześniejsze wybory z możliwością oskarżenia Leppera o wszystkie zbrodnie tej koalicji. Jedna z nich się zrealizuje, bo innych możliwości nie ma.
A wierzy pan, że PiS spodziewało się decyzji Państwowej Komisji Wyborczej kwestionującej sprawozdanie finansowe tej partii i że to jest jeden z motywów dążenia do przedterminowych wyborów?
Nie wydaje mi się. Myślę, że to było zaskoczenie i dla PiS, i dla SLD. Sądzę, że w Prawie i Sprawiedliwości panuje przekonanie, że sprawa nie jest przegrana. Liczą na Sąd Najwyższy.
Jeden z polityków PiS mówił nam, że oni się tym nie martwią: albo będą wybory i werdykt PKW nie będzie miał znaczenia, albo jak zdobędą większość, to przegłosują ustawę abolicyjną. To możliwe?
Sądzę, że tak. Widzimy przecież, że coraz trudniej mówić o jakości zasad i reguł. Są zmieniane w zależności od potrzeb politycznych. Myślę więc, że rozmówca DZIENNIKA powiedział coś bardzo szczerze. Nie wiem, czy im się to uda zrobić, bo taka byle jaka większość potrafi być nieprzewidywalna.
A co ta decyzja, nie-decyzja Samoobrony oznacza dla Platformy?
Dla PO to przede wszystkim oznacza zmniejszenie szans na to, o co staramy się od dwóch lat, na bycie alternatywą dla tej koalicji, na nowe wybory. Im dłużej to trwa, tym mocniej chcemy zakończyć te złe rządy, ten stan agonalny.
Powtórzę pytanie - czy liczycie na Leppera?
Na pewno liczymy na to, że niektórzy zniecierpliwieni politycy z koalicji rządowej, nie tylko z Samoobrony, ale także z PiS, mogą zagłosować za przyspieszeniem wyborów. Myśląc także o własnym interesie, im szybciej się to skończy, tym mniejsze poniosą straty.
A co z ewentualnym wnioskiem o konstruktywne wotum nieufności? PO liczy na głosy lepperowców? Grzegorz Schetyna mówił, że to ostateczność, ale że jeśli wyborów nie będzie - to taki wariant rozważycie.
Najgorszym wariantem dla Polski jest rozwalenie koalicji większościowej, wyznaczenie dalekiego terminu wyborów, na przykład na wiosnę, i równocześnie pozostawienie PiS wszystkich elementów władzy w państwie. Bo mogę iść o zakład, że PiS użyje w takiej sytuacji, czysto przedwyborczo, służb specjalnych, prokuratury, mediów publicznych. Należy więc szukać każdego sposobu skrócenia okresu korzystania przez PiS z tych narzędzi w sytuacji przedwyborczej. Gdyby okazało się, że pomimo braku większości PiS i prezydent będą dążyli do przedłużenia okresu rządzenia, należy rozważyć wszystkie możliwości.
Niedzielna deklaracja Samoobrony pokazuje, jak ta partia jest czuła na stanowiska i przywileje - mówi w rozmowie z DZIENNIKIEM Bronisław Komorowski, poseł PO, wicemarszałek Sejmu.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Reklama
Reklama
Reklama