Jeśli jest się politykiem, który ma wizję zmiany kraju i dla jej realizacji prowadzi - jak czyni to Jarosław Kaczyński - konkretne działania oczyszczające, to gdy okazuje się, że któryś z przeciwników lub pozornych sojuszników ma coś na sumieniu, zawsze pojawią się elementy politycznej gry. Nie ma w tym nic dziwnego - i nic rażącego. Rozumna polityka to i misja, i gra.
Dlatego w sekwencji zdarzeń wokół afery gruntowej trudno oddzielać działania naprawcze od elementów politycznej rozgrywki. Istota rzeczy leży w proporcjach między nimi. Na razie brak danych, by stwierdzić, że odpowiednie proporcje nie zostały zachowane.
Odwołanie ministra Kaczmarka, dymisje komendanta policji i szefa CBŚ (wcześniej odwołanie ministrów Lipca i Leppera) opozycja komentuje jako oznaki chaosu w działaniu rządu. Ma on prowadzić konwulsyjną politykę, zaś odwoływanie przez premiera kolejnych wysokich urzędników świadczyć ma o nieudolności premiera. Zdaniem najostrzejszych krytyków partii rządzącej ostatnie dymisje są także dowodem na ścieranie się wewnątrz PiS jakichś nie do końca określonych grup interesów. Dzisiejszy list Janusza Kaczmarka do Zbigniewa Ziobry ma ich zdaniem tę tezę potwierdzać.
Dla tego rodzaju teorii podstawowym punktem odniesienia są rządy III RP. Opozycja i jej medialni sojusznicy podkreślają "ład, porządek i estetykę" wcześniejszych koalicji. Rządy III RP miały zachowywać się bardziej "elegancko" i "dyskretnie". I na pierwszy rzut oka tak to może wyglądać. W obliczu presji korupcyjnej, w obliczu rozgałęzionych afer, patologicznych prywatyzacji dawni premierzy chowali głowę w piasek i udawali, że nic się nie dzieje. Jedne afery tuszowali, innych w ogóle nie przyjmowali do wiadomości. Obecny premier postępuje inaczej.
Skąd bierze się różnica między tymi dwoma stylami? Socjolog, jeśli użyje kolokwialnego języka, powie: "każdy ma swoich kolegów". Ci "koledzy" tworzą nasze zobowiązania. W wypadku rządów III RP to właśnie różne zobowiązania, w które uwikłani byli ówcześni premierzy, sprawiały, że na sytuacje kryzysowe albo nie reagowano, albo też - jeśli już koniecznie trzeba było coś robić z patologiami - problemy unieważniano, spychając brudy pod dywan, albo też konflikty rozwiązywano w tajemnicy. Współgrała z tym, co najmniej do czasu ujawnienia afery Rywina, płytka bardzo dociekliwość mediów.
Tymczasem Jarosław Kaczyński takich "kolegów" nie ma. Dlatego jest w stanie ostro reagować na nieprawidłowości w swoim rządzie. Na nieprawidłowości, z których część najprawdopodobniej nie odbiega szczególnie od typowych praktyk III RP.
Wszak ktoś obejmujący wpływowe stanowisko w rządzie i administracji w ogóle bywa przez różnych dawnych znajomych z czasów studiów czy miejsc pracy proszony o rozmaite przysługi. Czasem niewinne, czasem zaś związane ze skomplikowanymi operacjami biznesowymi. Im silniejsze zobowiązania wobec znajomych z przeszłości, tym trudniej odmówić...
Bracia Kaczyńscy różnią się pod tym względem od klasy politycznej III RP, że najwyraźniej tego rodzaju zobowiązań nie mają. Wielokrotnie podnoszono - jako wadę obecnego rządu - jego wątłe kontakty ze środowiskami gospodarczymi. To jest bez wątpienia jakaś słabość tej ekipy. Ale ta minusowa sytuacja ma także plusy. Jarosław Kaczyński jest silnym premierem, bo - w odróżnieniu od swoich poprzedników - nie ma związanych rąk. Może szybko i ostro reagować na wyzwania.
Czy polska polityka może być uprawiana w lepszym stylu, bez przepychanek, które media tak ochoczo nagłaśniają? Tak - wystarczy, że odpuścimy sobie walkę z układami, które podcinają skrzydła tysiącom przedsiębiorców, które pracownikom administracji odbierają wiarę w sens działania według czytelnych reguł gry. Wystarczy premierem uczynić Wojciecha Olejniczka albo, jeszcze lepiej, Aleksandra Kwaśniewskiego i zaraz Polska zmieni się w elegancki kraj na europejskim poziomie.
Na razie jednak Kaczyński daje kolejny sygnał, że na pobłażanie nie mogą liczyć nawet osoby z kluczowych resortów. Być może Janusz Kaczmarek nie miał nic wspólnego z przeciekiem w sprawie operacji CBA - premier jednak uznał, iż zataił przed nim jakieś istotne fakty. Minister utracił zaufanie szefa. I został odwołany. Jarosław Kaczyński nie wahał się go zdymisjonować - może dlatego właśnie, że nie miał rąk związanych przez dawne i nowe zobowiązania?
Czasem dobrze nie mieć zbyt wielu kolegów.