Ten rząd zostawi wyjątkowo destrukcyjny stan rzeczy. Państwo znacząco popsute, z niesprawną administracją, w której kariery zrobili niekompetentni urzędnicy i politycy koalicji, ze skłóconym społeczeństwem ogarniętym lękiem przed represjami mogącymi spaść nawet na niewinnego. Dorobkiem tego rządu jest niezwykle negatywny obraz Polski w opinii świata oraz zakorzenienie języka brutalnej agresji w życiu publicznym. Debatę polityczną i społeczną zastąpiła wojna na słowa, ale także - co widzimy w wykonaniu ministrów tego rządu - na działania eliminujące przeciwników, w które angażuje się organa państwa. Język demokratycznej debaty jest ograniczony przez dopuszczenie do głosu języka endeckiej tradycji, która dzieli świat na "swoich" i "obcych" tak głęboko i ostro, że dyskusja może być tylko walką. Ten język został użyty do swoistej czystki społecznej, czyli chęci wyeliminowania z życia publicznego licznej i przystosowanej już do nowej rzeczywistości grupy określanej jako postkomuniści. A przecież gdyby to ujmować w kategoriach czysto demograficznych, to znacząca mniejszość społeczna, tak jak i inne naznaczane narodowo-katolickim językiem kategorie społeczne (choćby geje i lesbijki). Nie można ich po prostu "wykluczyć ze społeczeństwa"!
Wreszcie mamy podzielonych katolików i Kościół pogrążający się w skandalu w oczach świata, bo nie potrafi przez uczciwą debatę pozbyć się ohydy antysemityzmu, ksenofobii i bezmyślnego tradycjonalizmu.
Tak oto wielką destrukcją kończy się program, który miał być naprawą państwa i rozliczeniem komunistycznej przeszłości. Zamiast tego podjęto walkę z "układem III
RP" zdefiniowanym na podstawie paranoidalnych koncepcji specjalistów typu Andrzeja Zybertowicza traktujących Polskę minionych 17 lat jako dzieło dawnych służb i partyjnej nomenklatury.
Najpierw zlikwidowano WSI, a przy okazji rozmontowano w dużym stopniu układ bezpieczeństwa państwa. Do dziś nie słychać o jakiejkolwiek sprawie karnej wytoczonej tym, którzy dokonali
przestępstwa pod przykryciem służby. Potem uwaga rządzących, wraz z prezydentem, skupiła się na lustracji. Najpierw zniszczono istniejący system instytucjonalny, po czym sposób, w jaki
przystąpiono do "prawdziwej lustracji", doprowadził do całkowitej klęski i skompromitował znacząco ideę. Według czerwcowych badań CBOS ("O lustracji i sposobie
ujawniania materiałów zgromadzonych w IPN", CBOS, Warszawa, czerwiec 2007) i mimo że zdecydowana większość społeczeństwa uznaje konieczność lustracji (69 proc.) zwolenników
ujawnienia archiwów jest dokładnie tylu, ilu przeciwników (24 proc. i 25 proc.), tyle że liczba zwolenników znacznie spadła w porównaniu z 2005 r. (38 proc. zwolenników i 20 proc.
przeciwników). Nie ulega wątpliwości, że dominuje pogląd (35 proc. obecnie) ujawniania przeszłości współpracy z UB osób aspirujących do stanowisk publicznych czy politycznych. Najlepszym
rozwiązaniem, jak się wydaje, jest zatem powrót do poprzedniego stanu prawnego i instytucjonalnego przy - być może - jakimś jego usprawnieniu.
Destrukcja, z jaką mamy do czynienia, w dużym stopniu jest efektem owego przemożnego celu "rozliczenia przeszłości". Czy powinniśmy zatem uznać przeszłość za zamkniętą i
przestać się nią zajmować?
Po eksperymencie rozliczeniowym w wykonaniu PiS pod przywództwem braci Kaczyńskich zarówno przeciwnicy, jak i zwolennicy konieczności rozliczenia przeszłości Polski są mądrzejsi. Przede wszystkim - jak się wydaje - przeciwnicy muszą uwzględnić, jak wciąż ważna dla większości społeczeństwa jest ta sprawa. Wspomniałem o wynikach najnowszego (czerwcowego) badania, ale wcześniej CBOS pytało o opinie na temat lustracji wśród księży ("Kościół wobec lustracji. Badanie »Aktualne problemy i wydarzenia«" [200], 12 - 15 stycznia 2007 roku, reprezentatywna próba losowa dorosłych mieszkańców Polski [N=922]. CBOS Warszawa, luty 2007). Wynik jest bardzo pouczający: 2/3 respondentów uznało, że lustracja w Kościele jest niezbędna, a księża piastujący wysokie urzędy, którzy współpracowali z UB i SB, powinni stanowiska utracić (tak sądziło w styczniu 2007 r. 69 proc.).
Zwolennicy rozliczenia przeszłości, do których sam się zaliczam, zyskali niezwykle ważną lekcję. Z jednej strony widać, jak ważny jest udział polityki w tym dziele, ale z drugiej można się było przekonać, jak może być destrukcyjny. Zresztą obecnie aż 69 proc. Polaków uważa - niezależnie od opinii o konieczności lustracji - że jest ona "tematem zastępczym, służącym rozgrywkom politycznym". Morał z tego płynie rzeczywiście jeden: rozliczanie przeszłości nie może być zarazem bronią w bieżącej grze politycznej, jak to się dzieje od pierwszych prób z udziałem Antoniego Macierewicza w czasie rządów Olszewskiego. Ta zmora zabiła, jak na razie, samą lustrację w Polsce.
Rozliczenie przeszłości powinno być przemyślane i skierowane nie ku III RP, ale w głąb peerelowskiej przeszłości, do czasów, w których kształtowały się nawyki nie tylko części obecnej elity politycznej (bynajmniej, jak to widać po dzisiejszym rządzie, nie tylko z SLD… ), ale caego społeczeństwa, włącznie z jej korupcyjną atmosferą. Myślę o regułach działania instytucji państwowych, o złożonej strukturze stosunków, wówczas uświęconych, które w dalszym ciągu trwają. Rozliczenie powinno dotyczyć przede wszystkim działania instytucji i reguł postępowania, a nie po prostu eliminowania dawnych partyjnych działaczy i urzędników. Chociaż rozliczenie ludzi wydaje mi się także konieczne, bo przecież nie hodując w sobie żadnej nienawiści, sądzę, że trzeba nazwać stan wojenny w Polsce przedsięwzięciem zbrodniczym, aczkolwiek nie była to wcale żadna krwawa akcja (jak to było np. w Chile). Nie chciałbym też zamykać w więzieniu ani generała Jaruzelskiego, ani Kiszczaka, ale chciałbym, aby odbył się jakiś symboliczny ich proces, który pokazałby, na czym polegała owa społeczno-kulturowa, polityczna zbrodnia na obudzonym, samoorganizującym się społeczeństwie. Wierzę też głęboko, że rozliczenie instytucji, publiczne, niemal oczywiste pokazanie, jak działały organa państwa, szczególnie represyjne, jak byli inwigilowani i prześladowani obywatele, jak na co dzień kontrolowane było przez administrację nasze życie - że odpowiedź na te pytania pozwoli na poważne i pozytywne zmiany w działalności instytucji państwowych. I na tym powinna się skupić uwaga rozliczeniowa, bo wtedy zobaczymy dokładnie, co wciąż działa w państwowym aparacie. Z tym że wobec dzieła upartyjnienia państwa, jakiego dokonało PiS i jego koalicjanci, znowu nie będzie to łatwe, a pokusa personalno-partyjnych rozliczeń wydaje się spora.
Ale to nie jedyna tradycja, z którą trzeba się rozliczyć. Polską rzeczywistość zaludniły nie tylko zmory komunizmu, ale starsze, czarne moce przeszłości. To, że spadkobierca narodowo-katolickiej tradycji, o której trudno było sądzić, że może się tak skutecznie odrodzić, przez ponad rok pełnił stanowisko ministra edukacji w otoczeniu ludzi - ideowych i umysłowych kreatur, jest doświadczeniem wstrząsającym, sądzę, że nie tylko dla mnie. Przez politykę i kościelne Radio Maryja ożywiono w Polsce najgorszą tradycję, acz mającą narodową, patriotyczną pieczątkę. Nie można tego pozostawić bez poważnej i głębokiej debaty. Działanie moralnego potępienia i oburzenia na tę tradycję - jak się okazało - nie doprowadziło także do dobrych skutków, bo polityczno-moralne potępienie w czambuł tej tradycji sprzyjało jej reaktywacji. Stoimy zatem wobec złożonego zadania: trudno wymazać narodowo-demokratyczną tradycję, a nie można jej przecież tolerować - jedyne, co można i należy zrobić, to głęboko się z nią rozprawić, dopuszczając niestety do głosu także jej zwolenników.
Mam przeświadczenie, że publiczna konfrontacja endeckich argumentów znajdzie taką możliwość jasnego, szczerego odparcia, że trudno będzie trwać przy zrębach tamtej ideologii. Żywi się ona na co dzień niedomówieniami, aluzjami, idiotyzmem antysemickich matryc (owo przekonanie ponad 30 proc. Polaków, że w polityce jest bardzo wielu Żydów… ) - publiczna debata, która też nazwie po prosto zło tamtego myślenia i tamtych postaw, może przynieść wielki pożytek na przyszłość. Bo przecież debata na ten temat niesie ze sobą konieczność zmierzenia się z różnymi stereotypami, nie tylko antyżydowskimi, czy quasi-antysemickimi, ale też antyniemieckimi i antyeuropejskimi. Obraz Niemców i symbolicznego Niemca za sprawą polityki znowu powrócił jako groźba dla Polski i Polaków, i zdążył zagnieździć się w świadomości pewnej kategorii ludzi. A chociaż to mniejszość, to taka, która - zwłaszcza pod ochroną instytucji religijnych - może w istotny sposób zaciemniać polską przyszłość.
Wreszcie sądzę, że doświadczenie obecnego rządu i sposób, w jaki użyto hasła "rozliczenia przeszłości", bardzo wyraźnie dowodzi, że mimo wszystko zepchnięcie debaty i publicznej dyskusji o przeszłości gdzieś na bok grozi stworzeniem niebezpiecznego potencjału przeciwnego prawdziwej, zdrowej modernizacji kraju. Ale też tej debaty nie można zostawić w rękach polityków, choć bez udziału instytucji politycznych nie będzie efektywna. Nie potrafię powiedzieć, co i jak powinniśmy zrobić, chociaż mamy pewne dawniejsze i nowsze doświadczenia innych. Nie wiem, czy nie warto byłoby pomyśleć o jakiejś instytucji innej niż IPN, podobnej może trochę do owej komisji pojednania, jaką powołano w Republice Południowej Afryki. Być może wystarczy wielka debata publiczna niejako kontrolowana przez publiczne media, ale w sposób niesłużący bieżącej polityce. Sądzę, że przyszłość Polski wymaga także wspomnienia pozytywnego o najświatlejszym polskim doświadczeniu, czyli "Solidarności", choć nie wiem, czy sposób, w jaki Prawo i Sprawiedliwość użyło tego odniesienia, nie skompromitowało tego symbolu na długo.
Jedno jest pewne: konieczne jest takie rozliczenie z przeszłością, które pokaże siłę społeczeństwa i narodu, jego dobre cechy, i będzie w stanie wpisać ludzi w nową symbolikę prawdziwie naszego państwa, ale państwa zarazem zjednoczonego z naszą Europą.