Przez wiele miesięcy snuto ambitne plany przełamania kryzysu. Miał być zakrojony na szeroką skalę program inwestycji publicznych. Projektowano zalążki instytucji państwa federalnego – już nie tylko ze wspólną dyplomacją, ale także ministrem finansów i rządem gospodarczym. Zastanawiano się nad stworzeniem europejskiego budżetu.

Reklama

Dwa dni rokowań obróciło w pył wszystkie te zamierzenia. Okazało się, że gdy przychodzi do dzielenia pieniędzy, piękne idee znikają. A jedyne, co się liczy, to pojęty w kategoriach księgowych interes narodowy. – Prawdziwą ofiarą szczytu nie jest ten czy inny kraj, tylko Europa – trafnie zauważa konserwatywny dziennik „Le Figaro”.

Aby pogodzić rozbieżne stanowiska Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji czy Polski, szef Rady Europejskiej, Herman Van Rompuy zaczął ciąć to, co miało być nadzieją na ekonomiczne odrodzenie Europy: wydatki na nowe technologie, badania i rozwój, infrastrukturę transportową, politykę zagraniczną. Niemożliwe okazały się natomiast do ruszenia te pozycje, które sprawią, że główni unijni gracze księgowo wychodzą na swoje. Tyle że to właśnie korzystna dla Francji wspólna polityka rolna i brytyjski rabat zamrażają obecną strukturę gospodarczą Unii. Bez szwanku wyszły ponadto wydatki na unijną administrację, inną świętą krowę w Brukseli.

Nie koniec na tym. Wiadomo już, że jeśli dojdzie w styczniu do porozumienia w sprawie wydatków Brukseli do 2020 roku, to za cenę ograniczenia całego budżetu. I nie chodzi tylko o skrajne stanowisko Londynu. Także Niemcy domagają się, aby nie przekraczał on 1 proc. dochodu narodowego Unii, proporcjonalnie trzydzieści razy mniej niż w USA. To także o blisko 1/3 mniej, niż były warte wydatki Unii w latach 80. i 90.

Francuskie media ostrzegają, że oto otwiera się „Europa minimum”. Taka, której jedyną ambicją jest uniknięcie zbiorowego samobójstwa 27 bardzo od siebie zależnych gospodarek. Potwierdzenia tej oceny będziemy zapewne świadkami w grudniu. Wtedy przywódcy Unii mają się ponownie spotkać, aby zbudować podwaliny „prawdziwej unii walutowej”. W menu spotkania jest m.in. powstanie unii bankowej i unii fiskalnej.

Tyle że od kiedy koszmar rozpadu strefy euro się oddalił, rentowność obligacji państw południa Europy spadła, a rynki finansowe ograniczyły presję, zapał do budowy wspólnego nadzoru nad instytucjami finansowymi zupełnie się ulotnił. Pozostały tylko wielkie słowa o stworzeniu wspólnej Europy, na których deficyt w Brukseli nigdy nie cierpiano.