Reakcja oficjalna była całkowicie do przewidzenia. Po zacytowaniu przemówienia generała Jaruzelskiego, w którym uzasadniał owo represyjne posunięcie, wieczorne wiadomości telewizyjne poinformowały, że otrzymały wcześniej setki listów, których autorzy pytali "kiedy polscy komuniści rozprawią się z przemocą uprawianą przez elementy antyradzieckie”. Stan wojenny redaktorzy powitali jako krok idący w tym kierunku. Jednak nasze doświadczenia były inne. W tym roku wraz żoną Krysią, która wychowała się w Polsce, przeprowadziliśmy się do Moskwy. Spotkaliśmy się z licznymi dowodami na to, że przynajmniej niektórzy obywatele Związku Radzieckiego mają na temat Solidarności i jej przesłania odmienne zdanie.

Przez cały ten ponury dzień wielu naszych radzieckich przyjaciół podjęło ryzykowną decyzję i do nas zadzwoniło, choć wiedzieli, że telefon jest na podsłuchu. Nie przedstawiali się, lecz zbolałym, tłumionym głosem mówili o swoim żalu. Był to żal wyrażający poczucie straty, którą ponieśliśmy my i oni, a ponadto poczucie, że każdy, kto reprezentuje nawet umiarkowanie niezależny światopogląd, znalazł się w wyjątkowo niebezpiecznej sytuacji.

Z krótką wizytą wpadł do mnie jeden z łotewskich dysydentów i oświadczył: "Jeżeli oni są w stanie zniszczyć taką organizację, jak Solidarność, do której należy 10 milionów ludzi, to przecież z ludźmi takimi jak ja mogą zrobić wszystko, bez żadnych konsekwencji”.

Rzecz jasna, wiele osób wierzyło w radziecką propagandę opowiadającą o "ekstremistach” z Solidarności. Reżimowe media utrzymywały, że na skutek niepokojów w Polsce gorzej się żyje wszystkim jej sąsiadom. Zgodnie z tymi relacjami, winę za załamanie polskiej gospodarki ponosiła Solidarność, a cenę za to płaciły wszystkie kraje ościenne. Komunikat był jasny: Polacy są leniwi i nieodpowiedzialni, podobnie jak kontrrewolucjoniści finansowani przez CIA.

Ta wygodna teza służyła podwójnemu celowi - potępić Polaków, a jednocześnie przerzucić na nich część winy za problemy gospodarcze, na przykład braki w zaopatrzeniu w żywność, które wówczas w Związku Radzieckim były zjawiskiem powszechnym. Oto jeden z oficjalnie puszczonych w obieg dowcipów: W pracy spotyka się dwóch Polaków. Koniec dowcipu. Miał umacniać przekonanie, że Polacy znajdą każdą wymówkę, aby zastrajkować i nie pracować.

Na dyplomatycznej kolacji, wydanej krótko po wprowadzeniu stanu wojennego i wyemitowaniu przez telewizję dokumentu "demaskującego” siły zła stojące za Solidarnością, Krysię posadzono obok redaktora jednego z czołowych radzieckich czasopism. Nie wytrzymała i powiedziała, jak bardzo oburzył ją ten program i wszystkie zawarte w nim kłamstwa na temat Solidarności. "Właśnie pani nie powinno to irytować; pani wie, jaka jest prawda” - padła spokojna odpowiedź. "Ten program nie był przeznaczony dla cudzoziemców, takich jak pani. To był program dla naszych ludzi, którzy za dużo słyszeli o Solidarności i być może mają jakieś pomysły, żeby tutaj zorganizować własną Solidarność”.

Faktem jest, że nawet ci obywatele ZSRR, którzy w sposób naturalny sympatyzowali z Solidarnością i pomimo propagandy wiedzieli, jak jest naprawdę, mieli mieszane uczucia. Przed wprowadzeniem stanu wojennego pewien rosyjski pisarz, który cierpiał z powodu ograniczeń nałożonych na jego twórczość, tłumaczył: "Wielu z nas czuje gniewną zazdrość, bo Polska to taki mały kraj, a jednak robi to, co taki duży kraj jak nasz powinien był zrobić o wiele wcześniej. Życzymy Polakom szczęścia i sukcesów, lecz jednocześnie mamy poczucie niższości”.

Starców z sowieckiego politbiura pod przywództwem niedomagającego Leonida Breżniewa przerażały apele kierowane przez Solidarność do obywateli innych krajów sowieckiego bloku, aby przezwyciężyli poczucie bezsilności i przyłączyli się do walki o wolność.

Kreml straszył wcześniej Polskę manewrami wojskowymi i krzykliwą retoryką. Radzieccy przywódcy byli jednak zachwyceni, że wprowadzając stan wojenny, Jaruzelski wykonał za nich brudną robotę. Właśnie tego od dawna chcieli: żeby polscy komuniści rozwiązali za nich problem Solidarności.

Obserwując to wszystko z Moskwy, byłem przekonany, że Kreml jest Jaruzelskiemu tak bardzo wdzięczny za wprowadzenie stanu wojennego, iż pozostawiono mu potem pewną swobodę działania. Miał więc możliwość porozumienia z Solidarnością, proponując jej do odegrania skromną rolę, pod warunkiem że zobowiąże się ograniczyć swoją aktywność polityczną. Jaruzelski był jednak zdecydowany wyeliminować Solidarność, a Moskwa z wielką radością przyklaskiwała jego staraniom. Doprowadziło to do jeszcze większych problemów gospodarczych i jedynie oddaliło w czasie kryzys polityczny, który w końcu zmusił Jaruzelskiego do zajęcia miejsca przy negocjacyjnym stole.

Władze radzieckie instynktownie czuły, że to walka, która wzmocni lub złamie komunizm. Kiedy latem 1981 Krysia wracała z wizyty u rodziny w Polsce, celniczka na moskiewskim lotnisku Szeremietiewo, początkowo uśmiechająca się do naszych dzieci, nagle spurpurowiała ze złości - zauważyła breloczek do kluczy z fotografią Lecha Wałęsy i papieża Jana Pawła II. Przeszukała resztę rzeczy Krysi, konfiskując nie tylko ten breloczek, lecz także kilka znaczków Solidarności. Solidarność była wówczas nadal organizacją legalną, uznaną na mocy porozumień sierpniowych, jednak dla radzieckiej celniczki była w każdym calu organizacją podżegaczy.

W owym czasie takie zdarzenia wydawały się nam absurdalne, dowodzące kremlowskiej paranoi. Jednak patrząc na to z perspektywy czasu, widzę, że celniczka miała rację. Solidarność szerzyła zaraźliwą ideę, a zdjęcia Wałęsy i papieża, podobnie jak związkowe znaczki, stanowiły bardzo realne zagrożenie dla systemu. Starał się on bowiem przekonać poddanych, że nie mogą zrobić niczego, aby odmienić swój los. Zarówno Jaruzelski, jak i Breżniew sądzili, że stan wojenny na zawsze uwolni Polskę od Solidarności. Zamiast tego spowodowany tą sytuacją żal i gniew wyzwolił później reakcję łańcuchową. Obaliła ona komunizm w całym bloku sowieckim.