"Bóg dał dzieci, to da i na dzieci" - tak w skrócie brzmi naczelne hasło polityki prorodzinnej kolejnych rządów w wolnej Polsce. Różnica między rządem Kaczyńskiego a rządem Belki polegała przede wszystkim na ilościach zorganizowanych konferencji. Premier Kaczyński lubił je organizować i lubił obiecywać wszystko to, o co walczyła pani minister Kluzik-Rostkowska, ale nie zrobił nic.
Premier Belka nie lubił konferencji, nie był populistą, więc nie obiecywał tego, czego nie zamierzał dać. I rzeczywiście nie dawał. Jak będzie się zachowywał premier Tusk? Trudno powiedzieć, ale bardzo słaba obsada Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej wskazuje na to, że sprawy rodziny i dzieci z pewnością nie należą do priorytetów tego rządu.
A szkoda, bo pakiet ustaw przygotowanych przez panią minister Kluzik-Rostkowską jest wart realizacji i dobrze by było, aby w tej sprawie zapanowała zgoda ponad politycznymi podziałami.
Jest absolutnym skandalem, że polskie dzieci żyją na progu ubóstwa, że bywają niedożywione, gdy w tym samym czasie Polska staje się krajem na tyle bogatym, że zwiększa pomoc dla krajów rozwijających się i gdy rząd (Kaczyńskiego) z dnia na dzień potrafił wyłożyć ogromne pieniądze na utworzenie jakichś kuriozalnych instytucji w rodzaju CBA, czy wysyłanie kontyngentów wojsk do obcych krajów.
Brak realnej, systemowej troski o dzieci idzie w parze z pompatycznymi deklaracjami. Politycy prześcigają się w gorliwości deklarowania wielkiej wartości dziecka, ale tylko wtedy, gdy ma ono rozmiar zarodka. Największą troską otacza się bowiem w naszym kraju dzieci poczęte. Polityków nie interesują już dzieci urodzone. Również Kościół nie wychodzi w swoich zainteresowaniach poza uznanie świętości płodu. Nie słyszałam o żadnych akcjach mających na celu troskę o dzieci niedożywione, zaniedbane czy chociażby takie, które nie mają gdzie spędzać wolnego czasu. Choć Kościół może w tej sprawie dużo zrobić.
Instytucji rzecznika prawa dziecka, która mogłaby nagłaśniać problemy dzieci, interweniować i pomagać przy koordynowaniu polityki prorodzinnej - nie ma nawet co komentować, bo pani Sowińska jeśli się o coś troszcz, to raczej o zbawienie dzieci niż o ich żywot doczesny.
Kwestia dobrostanu dzieci nie może być jednak wyłącznie sprawą polityczną. Troska o sytuację materialną i starania o jej poprawę powinny być również przedmiotem działań samorządów. A te likwidują żłobki, likwidują przedszkola, świetlice, nie mają żadnej oferty na organizowanie wolnego czasu, a los dzieci interesuje je tylko w sytuacjach, gdy na prewencję jest za późno.
Inną sprawą jest kwestia osobistej odpowiedzialności rodziców. W krajach, gdzie państwo troszczy się o przyrost demograficzny, a rodzina wielodzietna ma wsparcie, ogromną ilość ulg, i bezpośrednią pomoc dostosowaną do jej potrzeb (bony edukacyjne, komunikacyjne, darmowy dostęp do obiektów sportowych etc.) rodzice mogą być mniej odpowiedzialni.
W Polsce, gdzie rodzice są karani za posiadanie dużej liczby dzieci przez system podatkowy, brak polityki socjalnej i wsparcia samorządów powinni w bardziej odpowiedzialny sposób planować swoją dzietność.
Tak się jednak dzieje, że ci odpowiedzialni mają mało dzieci, bo wiedzą, że mogą liczyć tylko na siebie, a ci kompletnie nieodpowiedzialni - dużo, stąd problem wielodzietności pokrywa się z problemem patologii, którym nikt się nie zajmuje. A tam, gdzie nieodpowiedzialność polityków i samorządowców spotyka się z nieodpowiedzialnością rodziców można już chyba tylko liczyć na interwencję samego Pana Boga.