Padamy dziś ofiarą ekologicznej politycznej poprawności. Walczący ekolodzy rozpętują histerię, lekceważąc fakty i naukowe badania. Niestety, ich tezy są bezmyślnie akceptowane przez polityków, którzy w następstwie zafundują nam za moment droższe paliwa, droższą energię i kto wie, co jeszcze. Czas powstrzymać to szaleństwo i powiedzieć jak najgłośniej: król jest nagi! Wizje ekologicznej zagłady naszej planety są fałszywe i służą interesom grupki ludzi, żyjących z ich propagowania. Naszym kosztem.
Co nas czeka w Polsce, i to całkiem niedługo? Eksperci zapowiadają, że do 2012 roku roczny koszt rachunków za prąd może wzrosnąć o 1000 złotych. To w ogromnej części skutek histerycznej walki UE o ograniczenie emisji dwutlenku węgla jako sposób na walkę z efektem cieplarnianym.
Kolejne zobowiązanie państw unijnych jest takie, że do 2020 roku 10 proc. paliw musi być produkowanych z roślin. Taka produkcja jest nieopłacalna i kosztowna, więc koncerny paliwowe odkują się w cenach standardowej benzyny, które mogą wzrosnąć tylko z tego powodu o kilkadziesiąt groszy na litrze. Na dodatek, paradoksalnie, uprawa roślin na biopaliwa może spowodować zwiększoną emisję dwutlenku węgla do atmosfery.
To tylko dwa przykłady ekologicznego szaleństwa, jakie odczujemy bezpośrednio na naszych kieszeniach. Tymczasem przesłanki, jakimi kierują się politycy, narzucając drakońskie normy ekologiczne, są mocno niepewne, a każda próba polemiki z nimi jest natychmiast wyciszana przez lobby zaangażowanych politycznie naukowców i radykalnych zawodowych ekologów. Nic dziwnego - jeśli ktoś zrobił karierę i zarabia pieniądze na walce z globalnym ociepleniem, będzie za wszelką cenę zwalczał tych, którzy próbują mu zabrać źródło dochodów i prestiżu. Dziś dziesiątki tysięcy ludzi - od ocierającego się o terroryzm Greenpeace’u po członków Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC) mają czysto osobisty interes w tym, żeby utwierdzać nas w kłamliwym przekonaniu, że nasza planeta umrze, jeśli nie podejmiemy radykalnych kroków.
Jeden z naczelnych amerykańskich walczących naukowców, klimatolog Stephen Schneider, ogłosił w 1989 credo swojego środowiska w magazynie "Discover", mówiąc bez ogródek, że walka o sprawę wymaga naginania faktów, tworzenia naciąganych, scenariuszy, pomijania wątpliwości. I tak właśnie wygląda argumentacja środowiska radykalnych ekologów.
W 2001 roku ukazała się książka duńskiego statystyka Bjorna Lomborga "Sceptyczny ekolog". Lomborg był kiedyś członkiem Greenpeace’u. Do czasu, gdy zaczął się bliżej przyglądać argumentom przytaczanym przez jego własną organizację. W swojej książce przestudiował źródła, na jakie powołują się ekolodzy, snując swoje czarne wizje ginących gatunków, wycinanych lasów tropikalnych, globalnego ocieplenia, itd. Wynik był zaskakujący: ekolodzy w swoich twierdzeniach wybierali tylko te dane, które były dla nich wygodne, pomijali szerszy kontekst lub ordynarnie kłamali.
Lomborg odkrył np., że przy dzisiejszym zużyciu rezerwy ropy, sprzedawane po rozsądnych cenach, wystarczą na kolejne 150 lat. Że wycięcie w XIX wieku 78 proc. brazylijskiego lasu równikowego nie spowodowało wyginięcia żadnego z żyjących tam zwierząt. Że, wbrew twierdzeniom ekologów, nie wytępiono dwóch trzecich, a jedną piątą takich lasów. Że kłamstwem jest, iż Kanada traci 200 tys. hektarów lasu rocznie, bo ich powierzchnia rośnie średnio o 174 tys. hektarów w roku, itd. Z argumentacji walczących ekologów pozostały żałosne strzępki.
Reakcja środowiska radykałów była łatwa do przewidzenia: Bjorn Lomborg został uznany za oszołoma, z którym nie warto rozmawiać, choć powoływał się jedynie na oficjalne źródła - te same, z których rzekomo korzystali jego oponenci!
Polaków dotkną najbardziej ceny prądu. Będą miały oczywiście wpływ na całą gospodarkę. Ich wzrost jest spowodowany walką z globalnym ociepleniem, które - choć jest faktem - ma według wielu znaczenie mniej niż marginalne.
Co więcej, nie jest jasne, czy emisja CO2 w większej ilości do atmosfery jest dla naszej planety w ogóle szkodliwa i czy jest czymś niezwykłym. W ostatniej "Polityce" ukazał się na ten temat bardzo ważny artykuł prof. Zbigniewa Jaworowskiego, członka Pozarządowego Międzynarodowego Zespołu ds. Zmian Klimatu - organizacji alternatywnej wobec naukowców, dyktujących swoje poglądy politykom, a skupionych w IPCC.
Tekst jest druzgocący dla zwolenników wizji klimatycznego Armagedonu. Protokół z Kioto jawi się w tym kontekście jako hucpa środowiska radykałów, bezmyślnie przyjęta przez polityków z całego świata. Prof. Jaworowski dowodzi m.in., że czeka nas raczej globalne ochłodzenie, że tezy zwolenników teorii o globalnym ociepleniu opierają się na fałszywych podstawach oraz że cały, niezwykle kosztowny program ograniczania emisji CO2, będzie miał dla klimatu znaczenie mniej niż marginalne.
Niestety, głos naukowców takich jak prof. Jaworowski jest wciąż zbyt słaby, ale już słyszalny. Powstaje pytanie, dlaczego także polscy przywódcy owczym pędem akceptują coraz bardziej szalone i coraz kosztowniejsze pomysły lobby "zawodowych ekologów". A wszystko naszym kosztem!
Jest wystarczająco wiele głosów odrębnych, ostrych sporów, a opinie ekologów są wystarczająco chwiejne i łatwe do podważenia, żeby zażądać od polskich polityków, aby w ochronie naszych portfeli przestali iść karnie w szeregu, ale zaczęli wyrażać wątpliwości, żądać dowodów i przeciwstawiać się głupiej i szkodliwej ekologicznej politycznej poprawności.
Do 2012 roku roczny koszt rachunków za prąd może wzrosnąć o 1000 złotych. To skutek histerycznej walki UE o ograniczenie emisji CO2 w celu walki z efektem cieplarnianym - pisze w "Fakcie", znany publicysta Łukasz Warzecha. I dodaje, że wizje ekologicznej zagłady naszej planety są fałszywe i służą interesom grupki ludzi, żyjących z ich propagowania. Naszym kosztem.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Powiązane
Reklama
Reklama
Reklama