Opozycja na razie - podobnie zresztą jak prezydent - wciąż szuka swojej tożsamości w politycznym sporze z rządem. To może zresztą paradoksalnie stać się dla Platformy pewną niedogodnością: musi sama, bez zewnętrznych krytyków, potykać się z rzeczywistością.

Reklama

A rzeczywistość ta to w dużym stopniu problemy odziedziczone po poprzednikach. Po trwającym jeszcze powyborczym okresie miłości bliźniego w końcu dojdzie do konfrontacji ze społecznymi napięciami, których symptomy widzieliśmy już w roku ubiegłym. To przede wszystkim inflacja i idący za nią wzrost kosztów utrzymania, któremu Platforma ani nie jest winna, ani nie może mu zapobiec, bo działają tu zjawiska ogólnoświatowe.

Wzrost cen (m.in. żywności, energii) zintensyfikuje żądania płacowe poszczególnych grup zawodowych, od górników i lekarzy, po nauczycieli. Nie spodziewam się wielkiego społecznego kryzysu, bo podobne okresy przychodzą i odchodzą cyklicznie, ale niepewność i napięcie skutecznie przesłoni politykę powszechnej szczęśliwości Donalda Tuska.

Problem wzrostu cen tylko wzmocni znany już dobrze i dotąd nierozwiązany problem protestujących lekarzy. Platforma Obywatelska na razie nie dała najmniejszego sygnału, jak zamierza sobie z nim poradzić. Oczekiwać by można przynajmniej zarysu koniecznej do przeprowadzenia częściowej prywatyzacji usług medycznych i unowocześnienia systemu ubezpieczeń społecznych z udziałem ubezpieczycieli prywatnych. Tego procesu nie da się uniknąć i najwyższy czas, żebyśmy usłyszeli, jak rząd zamierza stawić mu czoła. Zapaść publicznej służby zdrowia osiągnęła bowiem groźny poziom. Coraz więcej obywateli korzysta z usług lekarzy prywatnie, jednocześnie płacąc ubezpieczenia. Platforma ma tak duży polityczny potencjał, że powinna i musi w tym roku zaproponować nareszcie rozwiązanie w tym zakresie.

Trzecim zasadniczym problemem narastającym w Polsce, z którym zmierzyć się trzeba jak najszybciej, jest wciąż obniżający się poziom szkolnictwa. Sam wykładam w kilku prywatnych uczelniach i obserwuję przerażający wręcz brak wykształcenia młodych ludzi z maturami w kieszeni. Punktowy system szkolnej motywacji został oparty na umiejętności rozwiązywania testów bez jakiegokolwiek pogłębienia i rozumienia wiedzy. Nie zdał też chyba egzaminu pomysł wydzielenia gimnazjów. Nauczyciele i akademicy są wciąż wynagradzani na nieprzyzwoicie niskim poziomie. I wreszcie, zaostrzają się i tak już gigantyczne różnice poziomu nauczania między dużymi aglomeracjami i mniejszymi miejscowościami. Problemów jest więc mnóstwo, jednak ze strony nowej minister edukacji nie słyszałem dotąd jakichkolwiek uwag na ten temat, a jedyne, czym się wykazała, to zapowiedź wprowadzenia religii na maturze. Podobnie zatrważająco niski udział nakładów na naukę nie znajduje żadnej - jak na razie - reakcji stosownych ministrów. O społeczeństwie informacyjnym i społeczeństwie opartym na wiedzy można sobie tylko przeczytać w pięknych broszurach propagandowych. (PO zresztą nie przedstawiła do dzisiaj konkretnego projektu ustrojowego czy politycznego, poza odbiciem KRRiT. Na razie więc pozostajemy w krainie ogólnych obietnic i szlachetnych postulatów z expose premiera).

Na publiczną debatę tego roku mogą istotnie wpłynąć kwestie światopoglądowe. W Polsce narasta bowiem konflikt aksjologiczny ujawniający się przy okazji dyskusji na temat matur z religią w tle i refundowania zabiegów in vitro. Rząd stanie przed koniecznością określenia, czym według niego jest państwo neutralne światopoglądowo. Jeśli gabinet Tuska, ulegając naciskom biskupów, odda sporne pola decyzji Kościołowi, wzmocni tym samym ugrupowania mieniące się lewicowymi. W naturalny sposób będą one chciały tu ugrać nieco poparcia, podkreślając potrzebę zmiany tej postawy uległości. Zadanie będą miały o tyle łatwiejsze, że wszystkie badania socjologiczne wykazują systematyczny spadek liczby osób zaangażowanych religijnie, chodzących do kościoła itp. Sądzę, że Tusk wybierze rozwiązanie pomocne w jego przyszłej walce o prezydenturę. Nie zaryzykuje - jak na razie - konfliktu z Kościołem.

Ogólny nastrój polityczny tego roku wyznaczy zaś to, czy niemrawa dotąd opozycja - zwłaszcza PiS - odnajdzie swoją tożsamość. Partia Jarosława Kaczyńskiego wciąż ma przed sobą długą drogę do przebycia. Jeśli nadal będzie chciała odwoływać się do prawicowego „betonu”, zyska niewiele. W inwazji prawicowego populizmu zamknie się na jakiekolwiek bardziej centrowe grupy elektoratu. PiS musi więc poszukać nowej formuły na istnienie w nowoczesnym świecie. Powinno się pokazać jako nowoczesna prawica stanowiąca silną alternatywę dla PO. Nie wydaje mi się jednak, by Jarosław Kaczyński już do tej konkluzji doszedł, zatem nowy rok prawdopodobnie żadnej znaczącej zmiany w wizerunku Prawa i Sprawiedliwości nie przyniesie.

Podobnie nie widzę szans na rozwój SLD pod wodzą obecnego przewodniczącego Wojciecha Olejniczaka.

Wobec niewyraźnej opozycji rządząca Platforma weźmie na siebie nieprawdopodobną odpowiedzialność za kształt państwa w tym roku i nadchodzących latach, z wszystkimi jego palącymi problemami: przebudową systemu energetycznego, przygotowaniami do Euro 2012 czy zbliżającą się katastrofą w systemie emerytalnym. Najbliższe miesiące pokażą, czy ten rząd jest w stanie podejmować decyzje w oparciu o dalekosiężną wizję, jasne projekty rządzenia, czy też pozostanie przy formule sprawnego politycznego PR, w której liczy się głównie stała walka o poparcie społeczne, jakby znów za chwilę miały się odbyć wybory.

Są publicyści, którzy twierdzą, że PO jest równie nieprzygotowana do rządzenia, jak była nieprzygotowana do trwania w opozycji. Inni pokładają wielkie nadzieje w nowoczesnej prawicy Tuska, ale to, jak będzie, zobaczymy niedługo.