Chwile grozy przeżył prezydent Lech Kaczyński w centrum Warszawy. Gdy tylko wysiadł z limuzyny, w jego kierunku ruszył agresywnie zachowujący się mężczyzna. Trzymał czerwoną różę i tajemnicze pudło opakowane w kolorowy papier. Na szczęście oficerowie BOR zareagowali błyskawicznie.
Ochroniarze prezydenta natychmiast zasłonili Lecha Kaczyńskiego swoimi ciałami - relacjonuje "Super Express". Odprowadzili też natręta na bezpieczną odległość.
Czy prezydentowi coś groziło? "Mogę uspokoić, że zagrożenia nie było. Zatrzymaliśmy mężczyznę, który, jak się później okazało, chciał tylko przedstawić prezydentowi swoje racje" - uspokaja Dariusz Aleksandrowicz, rzecznik BOR. "Na prośbę Lecha Kaczyńskiego został wysłuchany i wypuściliśmy go" - dodaje.
"Super Express" ochrzcił niedoszłego zamachowca z różą mianem "terrorysty-florysty".
Zobacz także: Galeria zdjęć z "ataku" mężczyzny na prezydenta
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl