Telewizyjne debaty między przywódcami głównych partii niezwykle ożywiły kampanię, a nawet - rzekłbym - uczłowieczyły ją na chwilę. Wyborcy mieli z tego jeszcze jeden zysk: spotkania Kaczyńskiego, Tuska i Kwaśniewskiego wniosły pewne merytoryczne elementy do dyskusji. W trzech debatach szczególnym antagonistą był Aleksander Kwaśniewski, którego styl polityczny ukazał się oczom Polaków w całej krasie. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że jest to krasa wątpliwa. Zwłaszcza w ostatniej debacie z Donaldem Tuskiem.

Mimo że udało mu się zadać przeciwnikowi z PO kilka celnych ciosów, pokazał się jako zawodnik, który doprawdy powinien odejść na polityczną emeryturę. Twarz LiD, wcześniej przez nas poznana w pijackich grymasach, ukazała całą swą nieadekwatność do współczesnej, polskiej sytuacji. Nie chcę odmawiać byłemu prezydentowi tych czy innych zasług, ale w obecnych debatach pokazał to, co tak naprawdę zjednywało mu sympatię w trudnych czasach budowania demokracji: potok górnolotnych ogólników, mogących brzmieć miło i dla inteligenta, i dla wiejskiej gospodyni, a tworzących wypowiedź klajstrującą wszelkie problemy, wątpliwości, znaki zapytania. Wartki potok komunałów, z którymi trudno się nie zgodzić, połączony z ugodową postawą, gotowość do wysłuchania przeciwnika i do podzielenia swoich i jego opinii na mniejsze cząstki, żeby wreszcie - zwłaszcza z nim wypiwszy - dojść do zgody. Jest to dyskurs niewiążący, niezobowiązujący do niczego i tak naprawdę wcale niedochodzący do prawdziwego, choćby cząstkowego porozumienia. Chyba że wspólny kieliszek jest tym porozumieniem...

Pisałem kilkakrotnie o Kwaśniewskim przy okazji jego powrotu na polityczną scenę. Pisałem także o tym, że odgrywał ważną rolę jako prezydent, bo z całą pewnością łagodził apetyty postkomunistów, postpezetpeerowców spuszczonych z łańcucha przez Leszka Millera. Niewątpliwie starał się również, zwłaszcza w drugiej kadencji, być "prezydentem wszystkich Polaków" - ale i tak, na sam koniec, dał wyraz swemu jednoznacznemu przywiązaniu do kolegów z dawnej PZPR.

Program realizowany przez Kwaśniewskiego nie był w żaden sposób oryginalny: zarówno proces przystępowania do NATO, jak i Unii Europejskiej wpisany był niejako w samą zasadniczą logikę wielkich, polskich przemian. Kwaśniewski nigdy nie był jakimś - choćby na lokalną skalę - mężem stanu, mimo że wyglądał znacznie, znacznie lepiej niż obecni przedstawiciele Polski. Z całą pewnością trzeba zapisać na jego plus udaną akcję wsparcia pomarańczowej rewolucji na Ukrainie, ale pełniąc dwukrotnie funkcję prezydenta i mając rzeczywiście dużą wprawę i dostatecznie dużo politycznego wdzięku, mógł stworzyć jakąś poważną wizję udziału Polski w Europie i w świecie. Tak się jednak nie stało. Dlatego też przed wielu miesiącami mówiłem, że Kwaśniewski jako reprezentant tzw. lewicy - oczywiście postkomunistycznej - to ostateczna jej klęska. I dobrze.

W Polsce dojrzewa już, albo i dojrzało, pokolenie ludzi, którzy myślą w zupełnie innych kategoriach niż całkowicie przestarzałe i banalne ogólniki Kwaśniewskiego. Cała generacja młodych ludzi: i młodej lewicy, i młodych konserwatystów, i - mam taką nadzieję, że najliczniejszych - młodych liberałów. Wszystko wskazuje na to, że nowa formacja polskiej debaty politycznej już całkiem nieźle wyrosła, chociaż obecny stan struktury partyjnej w kraju uniemożliwia im wypełnienie sceny politycznej. Wydaje mi się także, że właśnie lewica - które to hasło tak często Kwaśniewski powtarzał w ostatniej debacie i którą chciał dumnie reprezentować - znalazła się w wyjątkowo fatalnej sytuacji. Bo to podkreślanie przez Aleksandra Kwaśniewskiego, iż lewicę reprezentuje, pokazywało, że tak naprawdę mamy do czynienia z formacją, której należy się odejście do historii. Autentyczna współczesna lewica w Polsce to na pewno nie odświeżona lewica postkomunistyczna. Zresztą to młoda lewica szczególnie bucha energią i doprawdy trudno sobie wyobrazić, aby mogła się chwalić twarzą Kwaśniewskiego.

Debaty były tak ważne, bo sądzić można, że od nich zależy naprawdę los Polski - ale przez to los nas wszystkich, także tych, którym się wydaje, że mogą sobie żyć jakimś "życiem na boczku" i jakoś umknąć państwu, rządom, administracji... W tych debatach bardzo wyraźnie zarysowała się perspektywa albo kontynuacji dzieła destrukcji społeczeństwa obywatelskiego, albo - miejmy nadzieję - umocnienia się tego co najlepsze i w europejskiej, i w polskiej, solidarnościowej tradycji. W tej debacie stanowisko i pozycja Aleksandra Kwaśniewskiego wydają się raczej mało znaczące: były prezydent nie niesie ze sobą żadnej obietnicy, choć wciąż wygląda nie najgorzej, mówi wartko i umie być dobrym dyplomatą. Ale to za mało, aby wnieść prawdziwe wartości do debaty, która przybrała bardzo ostrą formę i od której zależy przyszłość. Kwaśniewski przypomina dobrze zakonserwowanego starszego pana, po którym żadnych nowych, interesujących pomysłów na pewno nie da się usłyszeć. Niech więc uczy młodych o tym, co mu dobrze kiedyś wyszło i dobrze mówi w świecie o Polsce, jak to robi Lech Wałęsa.