Julia Pitera ze szczegółami opowiada, jak wyglądał cały niedzielny wieczór. Razem z mężem Pawłem siedziała przed telewizorem i spoglądała jednocześnie w gazetę. Była 22.20.

"Za chwilę mieliśmy szykować się do snu. Ale w pewnym momencie usłyszeliśmy dzwonek do drzwi mieszkania" - zdradza "Faktowi" minister w Kancelarii Premiera.

Pierwszy z fotela poderwał się mąż Paweł. W tym czasie przed kamienicą na ulicy płonął już samochód. Ale Piterowie nie mogli widzieć łuny ognia, bo ich okna wychodzą na podwórze. Drzwi otworzył pan Paweł. Do pokoju dochodziły jakieś słowa, ale minister niewiele słyszała.

"Mąż wbiegł do pokoju. Przypuszczałam już wtedy, że coś się stało. W końcu powiedział, że nasz samochód się pali. Dodał, że straż pożarną wezwali już sąsiedzi. Chwycił kluczyki do auta i popędził na dół" - wspomina Pitera.

Wkoło zbierało się coraz więcej gapiów. "Nie pamiętam, co wtedy myślałam. Czy czegoś się bałam? Nie mam pojęcia. Po 10 minutach wróciłam do domu" - zwierza się minister.

Po kilku minutach do jej mieszkania zapukali policjanci. Odbyło się krótkie przesłuchanie. "Nie wiem, czy to było zastraszenie. Nie mam pojęcia, kto mógłby to zrobić. Gdyby okazało się, że to zwykły wybryk chuligański, to byłby to straszny totolotek. Ale i takie się zdarzają" - twierdzi Pitera.

Tej nocy Julia Pitera zasnęła dopiero około godziny 3 nad ranem.