Z upodobaniem toczą je politycy oraz menedżerowie. Są dużo bardziej zacięte i wykrwawiające niż zmagania z rywalami z zewnątrz. Takie są właśnie wojny pałacowe w partiach oraz firmach, bo ich stawką są bezpośrednia władza, wpływy i pieniądze. Na naszych oczach trwa próba sił między Donaldem Tuskiem a Grzegorzem Schetyną. Finał przesilenia w PO przed nami, ale – przywołując przykłady innych pałacowych wojen ze świata biznesu oraz polityki – można pokazać, co przesądza o ich rozpoczęciu i jak się kończą.

Zmęczenie przywódcą

Gdy lider rządzi długo, nieuchronnie zaczyna słabnąć. I nie ma na to wpływu. Na dodatek proces się pogłębia, gdy – tak jak w przypadku rządzącej Platformy Obywatelskiej – pojawiają się problemy gospodarcze. Klasycznym przykładem upadku przez zmęczenie jest los Margaret Thatcher.

Brytyjska premier zawsze budziła kontrowersje, ale z każdym kolejnym rokiem jej rządów (a była u władzy przez ponad dekadę) niezadowolenie z jej stylu rządzenia narastało. Zarówno wśród wyborców, bo od połowy 1989 r. w sondażach prowadziła Partia Pracy, jak i wśród samych torysów, którym coraz bardziej uwierał fakt, iż nie pozostawiała ona miejsca na żadną dyskusję. Tymczasem nawet w rządzie nie było zgody co do stopnia integracji Wielkiej Brytanii z resztą Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej (została ona przekształcona w Unię Europejską).

Punktem krytycznym, który wyzwolił wybuch pałacowej wojny, stała się gospodarcza recesja, której towarzyszył ostry sprzeciw w społeczeństwie wobec nowego podatku gminnego. Na dodatek badania opinii publicznej pokazywały, że Thatcher osłabia notowania Partii Konserwatywnej. W takiej sytuacji wyzwanie „Żelaznej Damie” rzucił w listopadzie 1990 r. Michael Heseltine, były minister środowiska, a później obrony w jej rządach, choć wówczas niepełniący żadnej istotnej funkcji. Zgodnie z partyjnym regulaminem lider nie tylko musi uzyskać poparcie bezwzględnej większości deputowanych do Izby Gmin, lecz także 15-proc. przewagę nad pretendentem. Thatcher dostała 204 głosy wobec 152 dla Heseltine’a, ale do wymaganych 15 proc. zabrakło jej czterech głosów. Po konsultacjach z ministrami i ocenie sił przed drugą turą, w której jej przeciwnikiem byłby zapewne ktoś bardziej znaczący, zdecydowała się sama ustąpić.

Taki model wymiany lidera może być groźny dla organizacji, bo silna osobowość ustępującego przywódcy powoduje, że trudno znaleźć następcę dorównującego mu klasą. Akurat torysom odejście Thatcher wyszło na dobre. Nowym szefem partii został John Major, który pokonał Heseltine’a oraz szefa dyplomacji Douglasa Hurda. Wiosną 1992 r. Major poprowadził konserwatystów do czwartego kolejnego zwycięstwa w wyborach, co nie zmienia faktu, iż ocena jego rządów jest co najwyżej przeciętna.

Samce alfa

Często w firmie czy partii jest kilka osobowości z bardzo dużymi ambicjami, z których żadna nie chce dobrowolnie zrezygnować. W takim przypadku pojedynek jest wyjątkowo zaciekły i potrafi trwać latami. By zobrazować ten przypadek, warto się posłużyć dwoma różnymi przykładami. W polskiej polityce od kilkunastu lat jesteśmy świadkami ostrej walki o przywództwo na lewicy między Aleksandrem Kwaśniewskim a Leszkiem Millerem. Z kolei w biznesie niemal równie długi spór toczyli o Apple’a Steve Jobs i John Sculley.

W pierwszym przypadku rywalizacja zaczęła się wkrótce po tym, gdy się okazało, że SLD ma szansę na przejęcie władzy po AWS. Kwaśniewski, wówczas prezydent, optował za tworzeniem bloku centrolewicy: stąd jego gesty pod adresem Unii Demokratycznej czy Unii Wolności. Z kolei Miller, ówczesny szef Sojuszu, wolał budować potęgę swojej partii (udało mu się zjednoczyć dotychczasową koalicję ugrupowań lewicowych właśnie w Sojusz Lewicy Demokratycznej). Od początku różniły się też popierające ich środowiska: za Kwaśniewskim stali dawni działacze Zrzeszenia Studentów Polskich, za Millerem – Związku Młodzieży Socjalistycznej.

SLD przejął władzę w 2001 r. – Jednak poczucie bycia liderem nigdy u Kwaśniewskiego nie zgasło, zaś Miller nie chciał być zredukowany do roli jego pomocnika. Doszło do słynnej szorstkiej przyjaźni, która zaowocowała upadkiem rządu Millera – mówi inny z liderów ówczesnej lewicy Józef Oleksy.

Przez dwa lata panowało wyczekiwanie na potknięcie rywala. Gdy w 2002 r. ujawniono aferę Rywina, Miller osłabł, stracił koalicjanta z PSL i znalazł się na łasce Kwaśniewskiego. Ten wymienił go na stanowisku premiera na Marka Belkę. Wydawało się, że Miller odejdzie w polityczny niebyt. Powrócił jednak po latach na stanowisko szefa SLD i ponownie rzucił wyzwanie Kwaśniewskiemu. Próbuje utrącić jego polityczną inicjatywę – Europę Plus – plan utworzenia szerokiego wyborczego lewicowego bloku, w którym Sojusz Lewicy Demokratycznej byłby tylko jednym z podmiotów.

Takie starcie samców alfa omal nie przypieczętowało końca dzisiejszej gwiazdy świata biznesu – Apple’a. Był 1983 r., gdy Steve Jobs zaoferował stanowisko prezesa firmy (i on, i drugi współzałożyciel Steve Wozniak uważali się za zbyt mało doświadczonych w zarządzaniu) ówczesnemu prezydentowi PepsiCo Johnowi Sculleyowi, który był uznawany za świetnego marketingowca.

Jobs zajmował się produktami, a Sculley ich sprzedażą i finansami. Sielanka nie trwała długo i skończyła się wraz z premierą w 1984 r. pierwszego Macintosha, który zbierał dobre recenzje i dobrze się sprzedawał, ale nie na tyle, by wygryźć z rynku IBM, wówczas największego producenta pecetów, czego chciał Sculley. Stopniowo więc zaczął ograniczać autonomię Jobsa i jego ludzi, których rozliczano nie tylko z innowacyjności pomysłów, lecz także sprzedawalności. Gdy rada nadzorcza poleciła Sculleyowi utemperować Jobsa, ten próbował go odsunąć od władzy. Jednak Sculley okazał się skuteczniejszy, usuwając w 1985 r. rywala ze stanowiska. Jobs zabrał swoje zabawki i odszedł z firmy, zakładając nową – NeXT.

Ten przewrót znalazł swój epilog w następnej dekadzie. Z powodu słabych wyników finansowych Sculley został w 1993 r. – już bez żadnych zakulisowych rozgrywek – odwołany ze stanowiska, zaś trzy lata później Apple przejęło NeXT, dostając w pakiecie z powrotem Jobsa. I w następnym roku on sam dokonał pałacowego przewrotu numer dwa. Latem 1997 r. dołujące od dawna akcje Apple'a spadły do najniższego poziomu od 12 lat, po części z powodu tego, że jeden z akcjonariuszy jednorazowo sprzedał ich 1,5 mln. Akcjonariuszem owym był Steve Jobs, który kilka dni później przekonał radę nadzorczą do odwołania prezesa Gila Amelio.

Tym razem efekty przewrotu okazały się znacznie lepsze – mając już pełnię władzy, Jobs w ciągu kilku lat wyciągnął niemal bankrutującą firmę na sam szczyt, co jest uznawane za jedną z najbardziej udanych transformacji w historii biznesu.

Inspiracja z zewnątrz

Trzeci model wojen pałacowych jest odbiciem konfliktów toczonych równolegle na kilku płaszczyznach. Najczęściej do takiego starcia dochodzi w korporacjach, często w tle jest polityka. Całkiem niedawno do takiej próby przewrotu doszło w PKN Orlen.

W pierwszych miesiącach 2011 r. zarządowi naftowego koncernu kończyła się kadencja. Wśród polityków zaczęła się wojna podjazdowa o wpływy w spółce. Wielu ekspertów wróżyło, że prezes Jacek Krawiec nie zostanie wybrany na drugą kadencję. Spekulowano, że zastąpi go Grażyna Piotrowska-Oliwa, mająca poparcie polityków PSL, w tym wicepremiera Waldemara Pawlaka, ale również wiceministra skarbu Mikołaja Budzanowskiego. Jednak Krawiec nie był na straconej pozycji. Mógł liczyć na wsparcie najbardziej wpływowych polityków PO. „Ma dobre relacje zarówno z Radosławem Sikorskim, Sławomirem Nowakiem, Jackiem Cichockim, jak i Grzegorzem Schetyną. Wieczór wyborczy wraz z żoną spędził w warszawskiej restauracji, gdzie świętował zwycięstwo PO, razem z całym kierownictwem partii (byli tam wszyscy najważniejsi politycy PO z wyjątkiem Tuska)” – pisał tygodnik „Wprost”.

Politycznie postanowiono pożenić ogień z wodą. W marcu 2011 r. minister skarbu Aleksander Grad mianował Grażynę Piotrowską-Oliwę członkiem zarządu PKN Orlen, a Jacek Krawiec utrzymał stanowisko szefa spółki. Nie był to jednak dobry pomysł. Między prezesem, a nową zastępczynią wybuchł konflikt. Podczas konferencji, na które nie zapraszano Piotrowskiej-Oliwy, Krawiec strofował dziennikarzy nazywających ją wiceprezesem (faktycznie była tylko członkiem zarządu). Żartował z jej wywiadów, w których się chwaliła, że nosi szpilki o wysokości 13 cm, a piękne buty to jej hobby. Nieoficjalnie mówiło się, że Piotrowska-Oliwa została całkowicie odsunięta od najważniejszych spraw spółki. Starcie wygrał ostatecznie Krawiec. Nie zmienił tego nawet fakt, że w 2011 r. nowym ministrem skarbu został dobry znajomy Piotrowskiej-Oliwy – Budzanowski. Musiała opuścić paliwowego giganta, ale nie z opuszczoną głowa. W marcu 2012 r. wybrana została na prezesa PGNiG.

Grunwald PO

Teraz jesteśmy świadkami próby przewrotu w Platformie Obywatelskiej. W tym przypadku mamy do czynienie i ze zmęczeniem lidera, i z samcami alfa. Czy toczy się skryta wojna między Donaldem Tuskiem a Grzegorzem Schetyną – pytamy jednego z liczących się polityków PO. – Wojna tak, tylko nie powiedziałbym, że skryta – odpowiada.

Rękawicę rzucił Tusk, gdy ogłosił, że ponownie będzie ubiegał się o fotel szefa PO. Gdy występował z tą propozycją, było to świadectwem jego siły. Ale po kilku tygodniach sytuacja się zmieniła. Od tego czasu premier wymienił ministrów skarbu i sprawiedliwości, za każdym razem stało się to po ich krytyce w mediach. Dodatkowo nieustannie spadają notowania rządu i samego Donalda Tuska, a PO dała się wyprzedzić w sondażach PiS. Do tego Grzegorz Schetyna i związani z nim politycy zaczęli publicznie wytykać błędy szefom resortów sportu i transportu: Joanny Muchy oraz Sławomira Nowaka. – Poprzednio, gdy zdarzały się wpadki ministrów, ludzie Grzegorza lojalnie milczeli, zaś teraz otwarcie krytykują naszych. To wypowiedzenie wojny – mówi jeden z polityków PO. Dodatkowo osoby z frakcji premiera zaczęły rozsiewać informacje, że to stronnicy Grzegorza Schetyny są medialnymi źródłami przecieków.

W ciągu kilku dni w tym kontekście z obu stron sporu usłyszeliśmy odwołanie do tej samej metafory: bitwy pod Grunwaldem. – Siedzimy w lesie jak Litwini, a oni wołają: wyjdźcie, wyjdźcie. Tylko nam w tym lesie dobrze – mówi polityk związany z Grzegorzem Schetyną. – Stoimy jak Krzyżacy w pełnym słońcu i słabniemy, a oni siedzą w lesie i czekają, aż się ugotujemy – powiedziała jedna z osób ze stronnictwa premiera.

Spory liderów szybko zeszły w dół. Lokalni politycy Platformy sami zaczęli toczyć dziesiątki lokalnych wojenek, bo gdy góra jest zajęta swoimi sporami, mogą spokojnie wyrównać zadawnione urazy, usunąć faktycznych i wyimaginowanych przeciwników. W Łodzi prezydent Hanna Zdanowska postawiła przed partyjnym sądem kilku radnych za sprawę sprzed roku. Część z nich wyrzucono z ugrupowania, część zawieszono – w efekcie PO straciła większość w radzie miasta. W przypadku Rybnika wewnętrzne tarcia w PO sprawiły, że w uzupełniających wyborach do Senatu wygrał kandydat PiS.

Tusk zapowiedział, że będzie chciał uspokoić sytuację w partii. Problem polega na tym, że zostały już uruchomione procesy, nad którymi bardzo trudno zapanować i – nawet rozstrzygające przesilenie na górze – może nie zakończyć pałacowego przewrotu w PO. A wówczas może się zacząć wojna wszystkich ze wszystkimi.

Siedzimy w lesie jak Litwini, a oni wołają: wyjdźcie, wyjdźcie. Tylko nam w tym lesie dobrze – mówi polityk związany z Grzegorzem Schetyną. – Stoimy jak Krzyżacy w pełnym słońcu i słabniemy, a oni siedzą w lesie i czekają, aż się ugotujemy – powiedziała jedna z osób ze stronnictwa premiera