Tusk wiezie dla szefa Komisji Europejskiej Jose Manuela Barroso niespodziankę. Polecił, aby w kancelarii premiera obok polskiej zawisła też europejska flaga. "Pierwszy na ten pomysł wpadł szef gabinetu politycznego premiera Sławomir Nowak. Przekonywał, że Polska chce być identyfikowana z Unią, bo czuje się silnym członkiem Wspólnoty" - tłumaczy DZIENNIKOWI Tomasz Arabski. Zdaniem szefa kancelarii premiera za rządów Jarosława Kaczyńskiego królowała tu jedynie polska flaga.

To jednak tylko gadżet. Znacznie ważniejsza jest decyzja o przyznaniu kluczowej roli w rządzie szefowi Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej. Teraz będzie on podporządkowany premierowi, a nie jak do tej pory szefowi MSZ. Jednym z kandydatów na to stanowisko jest Jarosław Pietras, który przed przejęciem władzy przez PiS kierował już UKIE.

Uzbrojony w większe uprawnienia minister ds. europejskich ma pomóc w ciągu kilku miesięcy rozwiązać wszystkie problemy, które zatruwały stosunki na linii Bruksela - Warszawa.

Na pierwszy ogień ma pójść nowy traktat UE. Tusk dziś wytłumaczy Barroso, dlaczego podtrzymał stanowisko rządu PiS i nie zgodził się na obowiązywanie w Polsce Karty Praw Podstawowych. Nie chodzi o to, aby na podobieństwo Wielkiej Brytanii nasz kraj zaliczał się do najbardziej eurosceptycznych państw Unii. Rzecz idzie o zdobycie dla traktatu poparcia PiS i Lecha Kaczyńskiego, bez czego ratyfikacja dokumentu jest niemożliwa.

Dopiero w środę premier spotka się z prezydentem i ostatecznie ustali, kto będzie reprezentował Polskę na unijnych szczytach. Ale w otoczeniu Tuska sygnały są jasne: szef rządu nie da się odsunąć od udziału w najważniejszych spotkaniach UE. "Tam zapadają kluczowe zobowiązania polityczne. Tylko premier, a nie prezydent, może te zobowiązania później wypełnić" - twierdzą rozmówcy DZIENNIKA.

Kolejna sprawa to obwodnica Rospudy. Źródła w UKIE przyznają, że szanse na wygranie przez Polskę w Europejskim Trybunale Sprawiedliwości procesu z Brukselą są niewielkie. Co równie ważne, wyrok zapadnie najwcześniej za półtora roku. A to oznacza zamrożenie prac przy budowie całej Via Baltica, autostrady mającej połączyć zachód Europy z republikami bałtyckimi.

Aby nie dopuścić do wstrzymania tak kluczowego projektu, rząd rozważa podjęcie rozmów z Komisją o zmianie przebiegu obwodnicy Augustowa przez Rospudę lub nawet całkowitej rezygnacji z obwodnicy i przeprowadzenie trasy kilkadziesiąt kilometrów na zachód od tej miejscowości. W zamian za to ustępstwo Komisja sygnalizuje, że ustali szybko zasięg obszarów chronionych w Polsce (program Natura 2000), i to w taki sposób, aby ułatwić nam inwestycje drogowe.

Rząd podjął też rozmowy z Brukselą o limitach połowów dorsza. Tu też procesujemy się w unijnym trybunale. I szanse na wygraną także mamy niewielkie. Unia już jednak wyszła Polsce na przeciw: w przyszłym roku limity połowów zostały zmniejszone zaledwie o 5 proc., choć zdaniem KE w tym roku nasi rybacy trzykrotnie przekroczyli przyznane kwoty. W zamian rząd Tuska polecił surowo karać rybaków, którzy nadal wychodzą w morze. Teraz obie strony będą rozmawiać o tym, jak liczyć zasoby Bałtyku i ilość ryb, którą nasi rybacy będą mogli łowić. To powinno zakończyć konflikt.

Tusk chce uniknąć wejścia w kolejny spór z Unią: o uprawy roślin genetycznie zmodyfikowanych. Poprzedni rząd uznał, że nasz kraj jest "obszarem wolnym od GMO”, co w świetle prawa europejskiego jest nielegalne. Stąd do 23 grudnia Bruksela domaga się odpowiedzi, czy Polska zmieni ustawy o paszach i nasionach, dopuszczając inne niż naturalne zasiewy. Unijni eksperci podpowiadają rozwiązanie, które zadowoli Polaków. Od lat Austria narzuca tak uciążliwe warunki chętnym do upraw GMO, że de facto nikt się ich nie podejmuje, choć w teorii są legalne. Wiele wskazuje na to, że śladem Wiednia pójdzie także polski rząd.

Tusk nie zamierza natomiast składać deklaracji o odblokowaniu rozmów nad nową umową między Unią i Rosją. Po serii gestów wobec Moskwy, Polska czeka teraz na zniesienie przez Kreml embarga na polską żywność zanim pójdzie na kolejne ustępstwa - mówią DZIENNIKOWI źródła w MSZ.

Za te gesty Barroso będzie miał okazję już dziś się odwdzięczyć. Wkrótce Bruksela rozpocznie przegląd siedmioletniego programu wydatków na fundusze strukturalne, których Polska jest największym beneficjentem. Jego efektem mogą być cięcia idące w miliardy euro. Ale Tusk ma potężny argument przeciw.

"Już wykorzystaliśmy 60 proc. z 13 mld euro przyznanych na lata 2004 - 2006. Mamy jeszcze rok na ich spożytkowanie. Jeśli w ogóle coś stracimy, to nie więcej niż kilka procent funduszy. W Unii jest to przeciętnie 1/4" - tłumaczą polscy dyplomaci.