- Konstytucja daje marszałkowi Sejmu czas na rozpisanie wyborów w ciągu 60 dni, a jednocześnie kodeks wyborczy usztywnia te terminy. To ewidentna sprzeczność z ustawą zasadniczą i jej rozstrzygnięcie przydałoby się także na przyszłość. Dlatego rozważamy złożenie takiego wniosku - mówi nam Przemysław Czarnek, poseł PiS.

Reklama

Terminy zapisane w kodeksie są sztywne, to np. 55 dni przed dniem głosowania na zgłoszenie komitetów czy 45 dni na rejestrację kandydatów. Dotyczą zarówno wyborów prezydenckich - rozpisanych z powodu końca kadencji prezydenta, jak i przyspieszonego trybu, np. z powodu opóźnienia urzędu czy jak w tym przypadku nieudanych wyborów. W efekcie kalendarz wyborczy w tym pierwszym przypadku wynosi 95 dni, a w drugim tylko 60. Natomiast terminy kodeksowe są takie same. Różnice są duże. W kampanii do wyborów 10 maja, której początek marszałek Sejmu ogłosiła 5 lutego, kandydaci mieli na zebranie podpisów czas do 26 marca, czyli 26 dni. A jak wynika z kodeksu wyborczego, w przypadku kampanii 60-dniowej ten czas to najwyżej 15 dni.

- PiS straszy nas, że jeśli Senat szybko przeproceduje ustawę o wyborach mieszanych, kalendarz skróci się na tyle, że na zbieranie podpisów pod nowymi kandydatami będzie jeszcze trochę czasu, np. dwa tygodnie. Ale jeśli Senat będzie przeciągał prace jak poprzednio, wówczas na taką zbiórkę będą np. 2-3 dni - opowiada nam polityk opozycji.

- Faktycznie to, ile czasu zostanie na zbieranie podpisów, zależy od tego, jak szybko będzie decydował Senat. Tłumaczymy, że wybory powinny się odbyć w czerwcu, by był czas na możliwą drugą turę i dla Sądu Najwyższego na stwierdzenie ważności wyborów. Chodzi o to, by wyrobić się przed końcem kadencji prezydenta, która wypada 6 sierpnia - tłumaczy poseł Czarnek.

O problemie z wyborczymi terminami piszemy dziś w “Dzienniku Gazecie Prawnej”. Gdyby dziś, bez zmiany aktualnie obowiązujących przepisów, marszałek Sejmu Elżbieta Witek chciała zarządzić wybory na 28 czerwca (tak, jak chce tego PiS), musiałaby złamać prawo. Wszystko dlatego, że obowiązują wciąż sztywne terminy z kalendarza wyborczego, określone w kodeksie wyborczym, a niektóre z nich właśnie mijają (gdyby do elekcji doszło 28 czerwca). Dopiero nowa ustawa o głosowaniu mieszanym nada marszałek Sejmu uprawnienia do ułożenia kalendarza wyborczego inaczej niż stanowi kodeks wyborczy. Problem w tym, że ustawa jeszcze nie obowiązuje - zajmuje się nią Senat i wygląda na to, że izba wyższa skończy pracę najwcześniej pod koniec maja albo skorzysta z przysługującego jej 30-dniowego terminu na pracę. Wówczas ustawa mogłaby wejść w życie dopiero w połowie czerwca, na ok. dwa tygodnie przed wyborami planowanymi na 28 czerwca. Wówczas też kalendarz wyborczy (i związana z nim kampania), który na wybory 10 maja liczył ponad 90 dni, musiałby być “skompresowany” do zaledwie około dwóch tygodni.