134 osoby zostały rozstrzelane.
Prawie pięć lat. Wyjeżdżając do Niemiec byłem urzędującym naczelnikiem. Dopiero po wyjeździe zostałem zwolniony i przeniesiony na emeryturę.
Nie, jest komu je wykonywać. Po co naczelnik miałby to robić?
Strzałem w tył głowy.
Z lekarskiego punktu widzeniu to najbardziej humanitarny sposób. Śmierć jest szybsza. Znacznie lżejsza niż gdyby strzelać w serce - to bardziej ryzykowne, kula może chybić, a człowiek ranny
w serce może jeszcze dość długo żyć. Taki sposób jest zatem najbardziej efektywny i - jakby to dziwnie nie zabrzmiało - humanitarny.
Ciężkie przestępstwa: morderstwo, szpiegostwo, zdrada. Ale spośród tych 134 wyroków byli tylko zabójcy. Za pozostałe przestępstwa raczej się nie orzeka śmierci.
Do ostatniej minuty jej nie zna.
Skazaniec jest przyprowadzany (lub przywożony samochodem), prokurator lub ja informujemy go, że odmówiono jego prośbie o łaskę. I natychmiast jest rozstrzeliwany.
Nic z tych rzeczy, ani posiłku, ani papierosa. W ciągu minuty - dwóch od wejścia do pomieszczenia, jest rozstrzeliwany.
Ciało podlega pochowaniu, jednak bez przedstawienia miejsca pochówku, bez krzyża, bez napisu. To miejsce jest tajne i ja także tej tajemnicy dochowuję.
Nie. Nie wie tego nawet sędzia. Tylko ci, którzy przeprowadzają pochówki.
Rodzina otrzymuje obwieszczenie z sądu. Przekazujemy sądowi dokumenty, że wyrok został wykonany, a sąd przekazuje taką informację, wraz z aktem zgonu, rodzinie, aby ta mogła zająć się choćby spadkiem, jeśli więzień taki pozostawił.
Charakteryzuje się nieco cichszym wystrzałem. Tylko tyle.
Nie mogłem nie uczestniczyć.
Nie. Nawet moi współpracownicy nie wiedzieli. Niektórzy się domyślali, że naczelnik ma jakiś związek z tym. Ale o tym, że dowodzę całą grupą ds. rozstrzeliwań nie wiedział nikt. Dowiedzieli się później, z gazet.
Nie miałem prawa. Ujawniło mnie moje państwo, które pozwoliło wydrukować w prasie informację o mnie.
Było zdziwienie, ale negatywnej reakcji wśród moich bliskich nie było.
Jestem zwolennikiem surowych kar. Natomiast na jaką karę zasługuje konkretna osoba, trudno mi powiedzieć. Nie jestem sędzią. Białoruś, Rosja, kraje WNP znajdują się w takim stanie demokracji, że świadomość ludzi nie dojrzała do odczuwania potrzeby rezygnacji z kary śmierci. Wiem tylko tyle, że więcej nie będę już jej wykonywał. Ale raczej nie zagłosowałbym za rezygnacją z kary śmierci. Zbyt ciężkie przestępstwa się zdarzają. Oczywiście, trzeba zrobić wszystko, aby system uniemożliwiał pomyłki sądowe. Jednak dziwnym trafem zawsze broni się przestępcy. Zapominamy, że jest i ofiara, są zabite dzieci, krewni i ich cierpienie. Jeśli uwzględnić także ich punkt widzenia, taka reakcja jest pewnie sprawiedliwa. Nasz naród w 82 proc. poparł karę śmierci w referendum. I w tym samym czasie ludzie, którzy tak głosowali, wysuwają pretensje: "jak ty możesz?". Głosować po cichu możesz, a kiedy spotykasz człowieka, który wypełnia twoją wolę, oceniasz go negatywnie.
Nie. Śpię spokojnie, nie mam koszmarów, nigdy nie postępiłem wbrew prawu. Rozumie pan, absurdalność mojej sytuacji polegała na tym, że ja, człowiek odbierający życie innym według woli państwa, wystąpiłem przeciwko niesankcjonowanym zabójstwom (chodzi o niewyjaśnione zaginięcia kilku opozycjonistów w 1999 i 2000 r. - red.). O tym wielu ludzi wiedziało, ale tylko ja wystąpiłem przeciwko. To powinno podlegać decyzji sądu: niech wytoczą człowiekowi proces, niech skażą, proszę bardzo. Ten sam pan Ałkajeu bez żadnej wątpliwości by ich rozstrzelał. Ale jeśli to idzie drogą zabójstw, samosądów, nie jest to lepsze od bandyckiego zabijania.
Były dwa przypadki, ale w latach 80. Ofiary sądowych błędów. Tylko problem w tym, że te osoby przyznały się wówczas do winy, nie rozumiejąc skutków przyznania się. Trudno dziś stwierdzić, w jaki sposób ich zmuszano do tego. Teraz procedura jest bardzo długa, wystarcza czasu, aby wszystko dokładnie sprawdzić. Sąd, potem sąd najwyższy, potem specjalna komisja ds. ułaskawień, następnie prezydent - zatwierdzają wyrok. Minimum dwie instancje, do tego komisja i prezydent. Nie jest tak, jak za Stalina, że rozstrzeliwano po dwóch godzinach od wyroku. Procedury mogą się ciągnąć nawet do dwóch lat.
30 dni. To moje zadanie. Mogę rozstrzelać pierwszego dnia, a mogę i 30. Czas wybieram ja.
Urodziłem się w Lenińsku Kuźnieckim na Syberii, ale przez 40 lat mieszkałem w kazachskim Semipałatyńsku (obecnie Semej - red.), a w 1991 r. zostałem przeniesiony do Mińska. Tutaj zastał mnie rozpad ZSRR, a gdy musiałem wybrać obywatelstwo, zdecydowałem się na białoruskie. Jestem zawodowym oficerem. Ukończyłem szkołę MSW, wyspecjalizowałem się właśnie w pracy z więźniami. Nauczyłem się tego zawodu. Dobrze go wykonywałem. Całą karierę zawodową - poza dwoma latami - spędziłem w koloniach karnych i więzieniach. Jako naczelnik więzienia z urzędu odpowiadałem za przygotowanie i nadzór nad wykonaniem wyroków śmierci.
Nie. Starałem się zainteresować tym wymiar sprawiedliwości - szefa MSW, szefa ochrony prezydenta (do samego prezydenta nie miałem dostępu). W rezultacie aresztowano dowódcę brygady Źmiciera Pauliczenkę, podejrzewanego o dokonanie zbrodni. Okazało się, że prezydent odwrócił tę drogę. Wypuścił Pauliczenkę z więzienia, a winnych jego zatrzymania zwolnił z pracy. I rozpoczęły się prześladowania. Nieotwarte, rozciągnięte w czasie. Podam jeden przykład: wiceprokurator generalny, który podpisał nakaz aresztowania, Michaił Sniahir, został aresztowany niedawno, po dziesięciu latach. Chytry był, myślał, że wszystko już minęło. Otóż nie minęło: po dziesięciu latach Łukaszenka wsadził go do więzienia. Najpewniej i mnie czekałoby to samo, gdyby mój zdrowy rozsądek nie kazał mi opuścić Białorusi.
Tak, jego rodzina udostępniła mi mieszkanie, przywieźli mi mój paszport z niemiecką wizą. Zuchy. Mogę im tylko podziękować. Dziwnie się czasem układa - były więzień pomógł mi bardziej niż - na przykład - nasza opozycja.
p
*płk Aleh Ałkajeu, w latach 1996 - 2001 naczelnik więzienia w Mińsku, w tym czasie nadzorował wykonanie 134 wyroków śmierci. Autor książki "Ekipa do zabijania" poświęconej systemowi penitencjarnemu Białorusi i zagadkowym zaginięciom opozycjonistów w 1999 i 2000 r. Wyjechał przez Moskwę do Niemiec, gdy przekonał się, że w ich zniknięciu maczały palce najwyższe władze.