Nie było wielkiej czerwonej republikańskiej fali.

Trump nie będzie szczęśliwy

Wyniki wtorkowego głosowania z pewnością nie wprawiły Donalda Trumpa w dobry humor. Tym bardziej że właściwie jedynym miejscem, w przypadku którego republikanie mogą mówić o swoim większym sukcesie, jest Floryda, gdzie ponownie wybrano na gubernatora Rona DeSantisa – na ten moment najważniejszego wewnątrzpartyjnego rywala byłego prezydenta o republikańską nominację w wyścigu do Białego Domu w 2024 r. DeSantis jest od Trumpa młodszy o ponad 30 lat (ma 44 lata) i ma przy tym opinię co najmniej równie konserwatywnego, a zarazem mniej porywczego. A co najważniejsze, dowiódł swojej skuteczności. Na Florydzie pokonał we wtorek swojego demokratycznego kontrkandydata różnicą ok. 20 pkt proc. Dla porównania: dwa lata temu Trump wygrał z Bidenem w tym stanie ze znacznie mniejszą przewagą (ok. 3,5 pkt proc.).
Reklama
Wśród republikańskich polityków skonfliktowanych z Trumpem dominuje schadenfreude. Przy całym rozczarowaniu wynikami wyborów na ich korzyść gra to, że były prezydent będzie miał problem z przedstawieniem ich jako swojego wielkiego sukcesu. Mieszane uczucia może mieć z pewnością znajdujący się w mocnym sporze z nowojorskim miliarderem Mitch McConnell, lider republikańskiej mniejszości w Senacie. Z jednej strony pozostanie on najważniejszym politykiem na prawej stronie Kapitolu, co nie byłoby wcale tak pewne, gdyby republikanie pod wodzą Trumpa osiągnęli lepszy wynik. Z drugiej – 80-latek prawdopodobnie musi się pożegnać (całkiem możliwe, że już do końca swojej politycznej kariery) z ambicjami ponownego objęcia stanowiska lidera większości. Wiele wskazuje na to, że wciąż należeć ono będzie do demokraty Chucka Schumera.
„Ponury żniwiarz” (ang. Grim Reaper), „Darth Vader”, „Bogaty Mitch” (ang. Rich Mich), „Moscow Mitch” – to tylko niektóre z przydomków, których dorobił się McConnell przez blisko 40 lat, które spędził w senackich ławach. Część z nich – jak przyznaje – nawet mu się podoba. Oburza się na ten ostatni.