Patryk Jaki częstuje warszawiaków kiełbasą z grilla, także Rafał Trzaskowski bierze udział w spotkaniach z mieszkańcami Warszawy. Zdaniem PKW obaj najprawdopodobniej naruszają przy tym obowiązujące przepisy. Dlaczego? Zgodnie z artykułem 104. kodeksu wyborczego, kampania wyborcza rozpoczyna się wraz z zarządzeniem wyborów przez właściwy organ (w przypadku wyborów samorządowych jest nim premier), a kończy 24 godziny przed rozpoczęciem głosowania.
Wcześniejsza agitacja jest niedozwolona. A co grozi za nieprzestrzeganie zakazu? Właśnie cały problem polega na tym, że nic.
– mówi Krzysztof Lorentz, dyrektor Zespołu Kontroli Finansowania Partii Politycznych i Kampanii Wyborczych w Krajowym Biurze Wyborczym. Sęk jednak w tym, że PKW ma związane ręce – pojęcie prekampanii nie zostało zdefiniowane w przepisach, więc nie można wyciągać wobec kandydatów żadnych konsekwencji.
Gdy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze
Po co więc istniejący zakaz? Przepisy nie pozwalają na prowadzenie prekampanii przede wszystkim z powodu konieczności zachowania równych warunków dla wszystkich startujących. Okazuje się, że ten kto zacznie szybciej prekampanię, ten będzie mógł dłużej agitować na swoją korzyść. Tym samym zostawi w tyle rywali zaczynających swą autopromocję dopiero w trakcie formalnej kampanii.
Gdy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi również o pieniądze. Obecnie komitety wyborcze związane są limitami wydatków ustalanymi na podstawie liczby mieszkańców danej miejscowości. Wszelkie przepisy regulujące finansowanie kampanii dotyczą jednak jedynie oficjalnego czasu jej trwania. – tłumaczy Krzysztof Lorentz.
Przedstawiciele obu partii odpierają jednak zarzuty o łamanie prawa. – broni postępowania Patryka Jakiego, poseł Marek Ast z PiS.
– w ten sposób z kolei zachowanie kandydata PO tłumaczy Jan Grabiec, rzecznik partii.
"To nie my, to oni..."
Zdaniem parlamentarzystów nie może być mowy o żadnym łamaniu prawa, a jeśli już, to robi to jedynie kandydat przeciwnika. – przekonuje Jan Grabiec. – uważa Marek Ast.
Aby rozwiązać problem, PKW proponuje zmianę prawa. W oficjalnym komunikacie, przewodniczący PKW Wojciech Hermeliński przypomniał, że Komisja już od lat zwraca się z postulatem wprowadzenia przepisów pozwalających na przeciwdziałanie przedwczesnej agitacji. Nie sprecyzowano jednak w jakim kierunku mogłaby zmierzać nowelizacja ustawy. W dokumencie z 20 czerwca 2012 roku skierowanym przez PKW do parlamentu i informującym o realizacji przepisów kodeksu wyborczego stwierdzono jedynie, iż zagadnienie prekampanii „wymaga rozważenia”. Nie zaprezentowano żadnych konkretnych rozwiązań prawnych. – zaznacza Krzysztof Lorentz z KBW.
Posłowie obydwu partii stoją na stanowisku, że pomimo zastrzeżeń, nowe prawo nie jest potrzebne. – ocenia Marek Ast, a jego partyjny kolega z PiS, poseł Łukasz Schreiber dodaje: W podobnym tonie wypowiada się rzecznik Platformy Obywatelskiej - ingerencja w wypowiedzi polityków pod pretekstem zarzutów o prowadzenie prekampanii to praktyka rodem z putinowskiej Rosji. – twierdzi Jan Grabiec.
Zmiana prawa?
– zauważa prof. Tomasz Słomka z Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego.
Ewentualna liberalizacja kodeksu również nie wchodzi w rachubę. Taki pomysł krytykują zresztą wszystkie zaangażowane strony. Zarówno PKW jak i politycy uważają, że kontrola nad wydawaniem pieniędzy w trakcie kampanii wyborczej jest ważna i potrzebna. Rezygnacja z oficjalnej kampanii znacznie utrudniłaby tę możliwość, a nawet zlikwidowała ją całkowicie. A to z kolei mogłoby sprowadzić całą rywalizację wyborczą jedynie do walki o najhojniejszych sponsorów, którzy uzależnialiby od siebie wybranych kandydatów. – dodaje prof. Tomasz Słomka.
Wszystko wskazuje więc na to, że obecna sytuacja utrzyma się jeszcze przez długi czas. Żadna z największych partii politycznych nie jest zainteresowana zmianą prawa. I nie ma się czemu dziwić – PKW nic nie może zdziałać, więc realnie nie zaszkodzi żadnemu z ugrupowań. Ewentualna liberalizacja prawa mogłaby natomiast wprowadzić niepotrzebny chaos. Przed nami wybory samorządowe, ale również istny maraton: w 2019 roku odbędą się wybory parlamentarne i do Parlamentu Europejskiego, a rok później elekcja prezydencka. Najprawdopodobniej konflikt o to, kto prowadzi prekampanię, a kto jedynie korzysta z wolności słowa będzie trwał dalej. I równie pewne jest to, że nikt nie poniesie z tego tytułu żadnych konsekwencji.