Leniwe urzędniczki zamiast pracować, kupują walentynkowe gadżety Inne
Gdy urzędniczki robiły zakupy, tłum ludzi tłoczył się w kolejce Inne

Dziennikarka "Faktu" poszła do urzędu jako przedstawiciel hurtowni. W ręku trzymała kosz pełen walentynkowych gadżetów. Już na kortarzu wzbudziła żywe zainteresowanie jednej z pań, która niezwłocznie zaprosiła ją do pokoju. Zaspane koleżanki jak na komendę poderwały się zza biurek i rzuciły na produkty. A było w czym wybierać. W ofercie "Faktu" były pluszowe, czerwone serducha wygrywające muzykę Elvisa, świeczki o zapachu truskawek i czarnej porzeczki, czekoladki, kubki oraz kartki walentynkowe.

Choć ceny produktów były promocyjne (kosztowały od złotówki do 3 zł), to i tak urzędniczki musiały się potargować. Nie było rady, cenę kartki walentynkowej "Fakt" opuścił do 50 groszy. Nic dziwnego, że stołeczni urzędnicy słyną z doskonałych umiejętności negocjacyjnych.

Tymczasem, gdy urzędniczki robiły zakupy, tłum ludzi tłoczył się do jedynego otwartego okienka. Pozostałe cztery były zamknięte na cztery spusty. Ale kogo to w ogóle obchodzi, urzędniczki mają przecież ważniejsze sprawy na głowie - bulwersuje się "Fakt". Pieniądze ze sprzedaży gadżetów dziennikarze przekazali na szczytny cel.