Wszystko zaczęło się od spaceru po Warszawie 3 lipca 1951 roku. Przechadzali się minister spraw zagranicznych Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich Wiaczesław Mołotow - prawa ręka Stalina, oraz Józef Sigalin, szef Biura Odbudowy Stolicy i naczelny architekt Warszawy. Nad przebiegiem spaceru czuwał Hilary Minc, szef Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów i minister przemysłu, który wcześniej zapowiedział Sigalinowi, że Mołotow wystąpi z "nieoczekiwaną" propozycją postawienia w Warszawie drapacza chmur - daru ZSRR dla narodu polskiego. Ów podarunek postanowił ofiarować Polsce sam Stalin. Minc wydał Sigalinowi instrukcję: nie być zaskoczonym propozycją, ustosunkować się generalnie pozytywnie i nie wikłać się w szczegóły. Zgodnie z poleceniami Minca Sigalin nie był zaskoczony propozycją. I decyzja o budowie pałacu zapadła. Według legend i dykteryjek, które później krążyły po Warszawie, przytaczanych przez Włodzimierza T. Kowalskiego w "Walce dyplomatycznej o miejsce Polski w Europie 1939-1945": Stalin zaproponował Bierutowi do wyboru: budowę metra w Warszawie, budowę osiedla mieszkaniowego albo PKiN. Odpowiedź była następująca: metro niepotrzebne, osiedle możemy wybudować sami, i tak z wyboru Bieruta wybudowano PKiN. Na decyzję Bieruta prawdopodobnie wpłynęło to, że symbol komunizmu nie mógł być schowany gdzieś pod ziemią, tak jak metro, lecz wysoko, tak aby wszyscy to widzieli.

Konsternacja architektów

Po miesiącu architektom Sigalinowi i Skibniewskiemu wyznaczono zadanie opracowania polskich propozycji dotyczących lokalizacji i przeznaczenia budynku. Zlecający tę pracę wicepremier Jędrychowski uspokoił ich jednak, że będą to działania czysto formalne, bo budowa prawdopodobnie i tak będzie prowadzona według gotowej dokumentacji któregoś z istniejących sowieckich wysokościowców. Na architektów padł blady strach. Nie bardzo wiedzieli, w jaki sposób mają pracować. Nie było pewności, czy chodzi o gmach Uniwersytetu Moskiewskiego im. Łomonosowa czy któryś z gigantów administracyjnych. Nie znano przyszłej lokalizacji. Nie były też znane jakiekolwiek szczegóły dotyczące nowego projektu. Nikt nie odważył się spytać. Bano się nawet skontaktować z radzieckim biurem.

Gdzie postawić pałac

Polscy architekci przygotowali kilka wariantów lokalizacji dla drapacza chmur. Pierwsze dwa zakładały usytuowanie Narodowego Domu Kultury, ośrodka turystyczno-hotelowego i Domu Młodzieży w rejonie ulic Marszałkowska-Chmielna lub na osi północ-południe (wzdłuż ul. Marchlewskiego, czyli dzisiejszej al. Jana Pawła II). Różnica polegała na odległości od Marszałkowskiej. Trzeci wariant przewidywał powstanie pałacu jako elementu kompleksu uniwersyteckiego nad Wisłą w rejonie Portu Praskiego, czwarty był dokładną kopią wysokościowca administracyjnego wzniesionego w Moskwie na placu Smoleńskim, który miał stanąć u zbiegu ulicy Grochowskiej i alei Waszyngtona, a piąty zakładał usytuowanie kopii kompleksu administracyjno-mieszkalnego (276 luksusowych mieszkań) z Krasnych Worot u zbiegu Puławskiej, Waryńskiego i Rakowieckiej. Już 12 sierpnia najwyższe kierownictwo państwa, w składzie: Bierut, Minc, Berman, Zambrowski, podjęło ostateczną decyzję co do lokalizacji. Wybrano Marszałkowską, postanawiając wykorzystać pałac jako element zabudowy ulicy od Alej Jerozolimskich do Królewskiej i z własnych środków tworząc mu otoczenie (później zwane Ścianą Wschodnią). Takie zadanie zostało wpisane do planu sześcioletniego.

Gdy polska delegacja pojechała do Moskwy, okazało się, że dotychczasowa praca architektów nikomu się nie przyda, bowiem dar dla Polski nie będzie żadną repliką wieżowców radzieckich, tylko zupełnie nowym projektem. Formę bryły i wyraz architektoniczny sowieccy twórcy ustalą z polskimi tak, by gmach miał wyraz narodowy, polski. Do Polski należeć ma przygotowanie terenu, dostawa wody, energii elektrycznej itp., a także wyznaczenie terenu pod osiedle dla radzieckich budowniczych na 3500-5000 osób. Rozpoczęcie budowy Rosjanie zaproponowali na połowę 1952 roku, a trwać miała nie więcej niż dwa-trzy lata. Bolesław Bierut osobiście wyznaczył polskiego pełnomocnika do spraw budowy Pałacu Kultury i Nauki, którym został Józef Sigalin. Ten przyznał po latach, że 90 procent pracy wykonał inżynier Henryk Janczewski, budowniczy Trasy W-Z.

Do Warszawy 30 września 1951 roku przyjechał pięcioosobowy zespół architektów radzieckich - pełnomocnik rządowy ds. budowy pałacu oraz czterech architektów: Lew Rudniew, Aleksander Hriakow, Igor Rożyn i Aleksander Wielikanow. Towarzysze radzieccy obejrzeli Kraków, Zamość, Kazimierz Dolny, zapoznając się z tamtejszą architekturą i zbiorami muzelnymi. Po powrocie stworzyli raport na temat charakteru polskiej architektury, a następnie zdecydowali, że w pałacu - oprócz planowanych wcześniej: siedziby Polskiej Akademii Nauk, Sali Kongresowej, Muzeum Techniki, Młodzieżowego Domu Kultury i czterech sal kinowych - powstaną dodatkowo cztery teatry, sale wystawowe oraz oddzielne wejście do Sali Kongresowej od ulicy Emilii Plater.

Reklama

Pozostała jeszcze kwestia wysokości. Lew Rudniew proponował 100-120 metrów, ale Sigalin upierał się przy wyższym gmachu. Chodziło oczywiście o zdominowanie przedwojennych warszawskich drapaczy chmur - Prudentialu (od lat nieustająco remontowanego hotelu Warszawa) czy gmachu PAST-y (dawnego szwedzkiego Cedergrenu). Aby określić optymalną wysokość budynku, w rejon przyszłego pałacu wysłano samolot z doczepionym balonem. Dostojnicy partyjni i architekci, stojąc na prawym brzegu Wisły, w rejonie mostu Śląsko-Dąbrowskiego, oceniali, na jakiej wysokości balon jest najlepiej widoczny. W rezultacie dla korpusu wieżowca wybrano 120 metrów, razem z nadbudówką w kształcie wieżyczki dawało to 160 metrów, do tego doszła jeszcze 70-metrowa iglica - w sumie wyszło imponujące 230 metrów.

Już w lutym 1952 roku radzieccy architekci przedstawili stronie polskiej pięć gotowych projektów. Po nieznacznych korektach wybraną koncepcję zaprezentowano polskiemu rządowi i architektom 18 i 19 kwietnia 1952 roku w Sali Kolumnowej Urzędu Rady Ministrów. Bryła budynku podobała się, ale obawy budziły architektoniczne detale. Przeniesienie krakowskich czy kazimierzowskich attyk przerobionych na socrealistyczną modłę sprawiało wrażenie karykatury, a bogactwo elewacji, jakoby w guście ludowym, nadało pałacowi miano "słonia w koronkowych gaciach". Całość była oczywiście utrzymana w stylu "stalinogotyku". Wszelkie uwagi zostały jednak zignorowane przez radzieckiego wiceministra budownictwa Georgija Karawajewa, który na zakończenie dyskusji powiedział: Pozwólcie, żebym uważał wygłoszone tu przez was przemówienia za aprobatę projektu gmachu.

Śmierć fundatora

W święto pracy 1952 roku ruszyły pierwsze radzieckie koparki, robiąc w ziemi gigantyczną dziurę. Fundamenty zaczęto wylewać 21 lipca, a zakończono w październiku. Oczywiście daty często miały numerologiczny związek z komunistycznym kalendarzem rocznic i świąt. Wzmożonym wysiłkiem, windowaniem norm i zawziętym współzawodnictwem wszystko oddawano przed terminem. Budowa była sztandarowym tematem propagandy. Przy każdej okazji gazety triumfalnie donosiły, że oto brygada towarzysza Jakiegośtam trzy dni przed terminem oddała ubikację na czwartej kondygnacji. W 1953 roku, gdzieś między szóstym a ósmym piętrem, umarł Józef Stalin. Pałac zyskał patrona, a studentka Uniwersytetu Warszawskiego Barbara Zawada relacjonowała na łamach "Głosu Pracy": Milcząco kroczą w równych szeregach budowniczowie Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina. Pełni żalu, lecz nie złamani bólem, idą złożyć pośmiertny hołd swemu Wielkiemu Nauczycielowi, Najdroższemu Wodzowi, Umiłowanemu Ojcu. W ich milczeniu głębokim zawarta jest cała żałość ogromna i cały wielki hart, którego nic nie jest w stanie złamać.

Już 5 października 1953 roku zakończono montaż kopuły nad Salą Kongresową, a pod koniec miesiąca - po ukończeniu 42. piętra - zaczęto ustawiać iglicę. W lutym następnego roku robotnicy zabrali się do wykańczania wnętrz. Prasa donosiła o rewolucyjnych radzieckich wynalazkach w rodzaju centralnego oziębienia (czyli klimatyzacji) wynalezionego w Instytucie Higieny Pracy i Chorób Zawodowych ZSRR oraz wibratorze elektrycznym do ubijania betonu. Mimo licznych osiągnięć radzieckiej myśli technicznej w budynku zamontowano windy amerykańskiej firmy Otis. Dokładnie o godzinie 16 21 lipca 1955 roku Pantelejmon Ponomarienko - ambasador ZSRR w Polsce i premier rządu PRL Józef Cyrankiewicz, siedząc za stołem ustawionym przed głównym wejściem do Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina, podpisali protokół przekazania daru od Związku Radzieckiego stronie polskiej. Pałac udostępniono społeczeństwu 22 lipca. Jednak nie wszyscy wpadli w zachwyt. Leopold Tyrmand pisał już w "Dzienniku 1954", że lud Warszawy rychło ochrzcił pałac "Pekinem". Poza anagramem, jest w tym podtekst: tak nazywano z uszczypliwym lekceważeniem wielką czynszówkę w przedwojennej Warszawie, na rogu Złotej i Żelaznej, siedlisko pokątnych domów rozpusty. Władysław Broniewski określił gmach "koszmarnym snem pijanego cukiernika", a zwiedzający Warszawę francuski aktor Gérard Philippe na widok budynku rzucił sarkastycznie: Mały, ale gustowny. Wkrótce zaczęła krążyć zagadka: "Jakie jest najpiękniejsze miejsce w Warszawie? Trzydzieste piętro Pałacu Kultury, bo stamtąd nie widać… Pałacu Kultury". A także zmieniona pierwsza zwrotka hymnu narodowego: "Co nam obca przemoc dała, nocą rozbierzemy."