Fundamentalnym obowiązkiem każdego ogniwa partii jest uważne wsłuchiwanie się w głos mas ludowych. Nie wolno nigdy ignorować ani lekceważyć opinii publicznej, trzeba zawsze znać ją i reagować w odpowiedni sposób na wszystko, co nurtuje poszczególne środowiska i załogi zakładów. […] Każdy z towarzyszy mógłby podać liczne przykłady potwierdzające konieczność takiego właśnie aktywnego stosunku do opinii ludzi pracy. Ma to bardzo ważne znaczenie dla kształtowania nastrojów, dla zaufania dla władzy, dla autorytetu partii - mówił Edward Gierek w wystąpieniu na XVI Plenum KC PZPR. Niestety, jak wkrótce się okazało, od słów do czynów droga była bardzo daleka…

BĄDŹ CZŁOWIEKIEM, TOWARZYSZU

Robotnik […] musi punktualnie stanąć przy maszynie, rozpoczynając pracę - pisał pracownik Huty Warszawa. Namawia się go nawet, aby nie robił przerwy śniadaniowej, bo tę kromkę chleba można zjeść w trakcie pracy. A ci wszyscy od przewracania papierków, na których pracuje, rozpoczynają dzień pracy od parzenia herbaty i przeglądu prasy [...]. Robotnik jest widziany dopiero, kiedy jest zagrożony plan, kiedy ci wszyscy od myślenia boją się o swoją kieszeń. Wtedy poklepuje się go po plecach, nawet zagląda na moment. "Wiecie kolego, rozumiecie sytuację...". I zatrudnia się go nawet dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nikt z umysłowych nie zejdzie na halę, aby pomóc. Jakby to wyglądało? Oni tylko czekają na robotnicze pieniądze.

Na wydziale rurowni szczecińskiej Stoczni im. Adolfa Warskiego sytuacja wyglądała podobnie. Strajk robotników w 1971 roku nie był pierwszą stanowczą oznaką niezadowolenia z poczynań administracji tego zakładu. Już w styczniu 1959 roku stoczniowcy zagrozili dyrekcji, że nie przyjdą do pracy, bo na terenie zakładu krąży informacja o planowanej zmianie norm produkcyjnych. Robotnicy narzekali również na niegospodarność, nieuprawnione przywileje niektórych pracowników oraz niesprawiedliwe wynagrodzenie.

Zarówno związki zawodowe, jak i organizacje partyjne nie cieszyły się zaufaniem robotników. Pracownicy wielu zakładów często drwili z przełożonych, widząc ich nieróbstwo i nadużycia. Od końca lat 50. "fryzjerem" lub "kalkulatorem" nazywano bezpośrednich przełożonych, którzy obcinali normy i płace. Należeli do nich kierownicy hal fabrycznych, majstrowie, a nawet brygadziści. Rady zakładowe rzadko dawały nadzieję na poprawę warunków pracy robotników. Ich skład najczęściej był z góry ustalany przez administrację zakładu czy fabryki. Pod koniec lat 60. przekonał się o tym jeden z pracowników warszawskiego Eldomu - monter maszyn do szycia. W jego zakładzie panował zwyczaj "wybierania rady zakładowej przyniesionej w teczce". Temu procederowi towarzyszyło ogólne marnotrawstwo i łamanie przepisów pracowniczych. Kiedy jako jedyny odważył się otwarcie sprzeciwić dotychczasowym praktykom wyboru "rady", po krótkim czasie został zwolniony z pracy. Była to wyraźna zemsta kliki dyrektorskiej. Odwoływałem się do różnych instancji partyjnych i związkowych, lecz bez skutku - wyrażał swój żal.

Zła organizacja i zagrażające zdrowiu warunki pracy były na porządku dziennym w wielu zakładach. Pracujemy, jak możemy, a płaca nasza jest uzależniona od wyprodukowanego aluminium - opowiadał w 1973 roku jeden z pracowników konińskiej huty z Wielkopolskiego Zagłębia Przemysłowego. Ale jak tu produkować, kiedy wszystko zaczyna się walić na łeb i szyję. Awarie coraz częstsze i groźniejsze. Często jedynym sposobem niewielkiej poprawy sytuacji materialnej były pojawiające się co pewien czas dodatkowe możliwości zarobku. W […] zakładzie trzymałam formę pod odlew szkła. Często robiono fuchy. Szklane ryby, flakony. Opłacało się. Hutnicy mieli na wino, ja nieco dostałam z tych wyrobów - z nieukrywanym zadowoleniem wyznała na początku lat 70. robotnica krośnieńskiej spółdzielni, zajmująca się wyrobem choinkowych bombek.

Nierzadko stanowiska kierownicze w fabrykach powierzano osobom o "wątpliwych" kompetencjach, za to pochodzącym z tzw. układów. W okresie rządów "dobrego gospodarza" Gierka taka niesprawiedliwość była przyczyną częstych konfliktów w środowisku robotniczym. O powodzie porzucenia pracy w poznańskiej Spółdzielni Pracy Chemiczno-Farmaceutycznej opowiadał robotnik zatrudniony tam na etacie spawacza-blacharza: W końcu 1974 r. odszedłem z powodu nowych przyjętych pracowników, którzy zarabiali o tysiąc złotych więcej ode mnie, nie wykazując się żadną wiedzą fachową i umiejętnością. Ale posiadali papiery mistrzowskie. W pracy nie umieli odróżnić rury 3/4 cala od 1/2 czy jednego cala, nie mówiąc o gwintowaniu. Kompletne tłumoki. Prezesi sami się przekonali na własnej skórze, jak rano - po awarii c.o. [centralnego ogrzewania] - zobaczyli swoje gabinety w kłębach pary, rozłażące się forniry i odpadające tynki.

Reklama

PO GODZINACH

W latach 70. na łamach gazet zaczęły się pojawiać różne odezwy, na przykład: Wolny czas obywateli to niewykorzystany kapitał narodowy! Takie apele władz niewiele jednak wnosiły do życia kulturalnego robotników. W tym środowisku ciężka praca i trudne warunki materialne ograniczały w znacznym stopniu rozwijanie szerszych zainteresowań. Nawet zakup książki często był niemałym wyzwaniem finansowym. Książki nęcą, ale trzeba liczyć się z pieniędzmi, są zbyt drogie, jak wszystkie rozrywki kulturalne - stwierdził dłutownik z Bytomia. Warto jednak zaznaczyć, że duża część robotników, mimo iż zazwyczaj zarabiała więcej niż przeciętny inteligent, nie czytała książek, bo pieniądze wolała przeznaczyć na innego rodzaju rozrywki. Jeśli już robotnik decydował się na zakup lub wypożyczenie książki, wybierał najczęściej kryminały i pozycje o tematyce wojennej. Dużą popularnością cieszyły się serie wydawnicze, na przykład Biblioteka Żółtego Tygrysa, Miniatury Morskie czy Złota Podkowa. Dostępne były w księgarniach, kioskach Ruchu i tzw. bibliotekach związkowych.

Spore zainteresowanie budziły "wieczorki towarzyskie" organizowane w zakładowych domach kultury (ZDK) mieszczących się w obrębie zakładów i fabryk. W znajdujących się tam kluboświetlicach robotnicy grali także regularnie w karty, ping-ponga, oglądali telewizję. Poza serialami i wieczornym dziennikiem prym wiodły wszelkiego rodzaju transmisje sportowe. Do najwyżej cenionych audycji radiowych należały "Sygnały dnia" i "Koncert życzeń". W latach 70. ZDK niejednokrotnie miały skrajnie różne statusy materialne, na przykład dom kultury kopalni "Lenin" mieścił się w suterenie, podczas gdy kopalni "Borek" - w pięknym pałacyku położonym w parku.

Placówki kulturalne z prawdziwego zdarzenia z reguły usytuowane były w pobliżu dzielnic willowych zamieszkanych przez dyrektorów zakładów, fabryk lub kopalni, jak na przykład w województwie katowickim. W ich obrębie budowano również baseny rekreacyjne. Duże zakłady przemysłowe miały własne ośrodki wczasowe nad morzem i w górach, a także kluby sportowe, do których robotnicy tłumnie uczęszczali na rozgrywki piłkarskie. Prężnie działały zakładowe koła PTTK i TKKF, a w Górnośląskim Okręgu Przemysłowym popularność zdobył Polski Związek Hodowców Kanarków i Polskie Towarzystwo Miłośników Kaktusów, które zrzeszały hobbystów z całej Polski.

HOTELOWE "POCZEKALNIE"

Na szybki przydział upragnionego M raczej nie można było liczyć bez specjalnych koneksji. Potrzeby mieszkaniowe społeczeństwa były ogromne, a budownictwo spółdzielcze nieustannie borykało się z brakiem materiałów i kulejącym zapleczem logistycznym. Kolejka oczekujących była długa, a termin oddania mieszkań przez spółdzielnie często wcale nie oznaczał otrzymania kluczy. Przekonał się o tym w 1969 roku jeden z pracowników przeładunkowych szczecińskiego Przedsiębiorstwa Spedycji Krajowej. Nadszedł termin oddania bloku, ale oddano blok nie z tym numerem, na jaki miałem przydział. W miesiącu styczniu opał i ziemniaki na wyczerpaniu, a nadziei na przeprowadzkę nie widać. W domu atmosfera nieprzyjemna, ciśnienie krwi wzrasta. Żona zawyrokowała, że mam iść na skargę do KW PZPR [...]. Rozładowaniu trudności mieszkaniowych miały służyć przyfabryczne i zakładowe hotele pracownicze. Pełniły one powszechnie funkcję mieszkań zastępczych - swoistych poczekalni.

W latach 70. przeprowadzono wiele badań socjologicznych dotyczących warunków mieszkaniowych panujących w hotelach robotniczych. Ankietowani skarżyli się głównie na brak sprawnych sanitariatów i stołówek. Najtrudniej przedstawiała się sytuacja robotników w województwie kieleckim, lubelskim, białostockim i łódzkim. Tam nierzadko brakowało też zwykłych hotelowych suszarni. Mokrą bieliznę lokatorzy z konieczności rozwieszali na oknach, lampach i na przeciąganych w pokojach mieszkalnych sznurach. Ten powszechny zwyczaj ścigany był przez obsługę hoteli. Skargi mieszkańców niewiele jednak wnosiły do poprawy tego stanu. Jeżeli to możliwe, to udostępnić nam suszarnię, ponieważ zabronione jest suszenie na salach, więc gdzie mamy suszyć? Dlaczego zabronione jest suszenie, a nie ma suszarni? Hotelowe stołówki również były na ogół w opłakanym stanie, niewiele pomagały kontrole przeprowadzane przez stacje sanitarno-epidemiologiczne. Baniaki na kawę podczas kontroli są wymieniane na nowe, a następnie po kontroli zabierane - skarżyli się robotnicy. W hotelach Fabryki Samochodów Małolitrażowych w Bielsku-Białej brakowało stołów, szafek i półek.

Co ciekawe, największe szanse na zdobycie własnego mieszkania mieli robotnicy związani z przemysłem ciężkim i budownictwem, branżami dotowanymi przez państwo. Mimo to w województwie katowickim zaledwie co siódmy mieszkaniec hotelu w okresie budowy Huty Katowice miał własną książeczkę mieszkaniową. Dużo pieniędzy szło na książeczkę mieszkaniową, a reszta na życie. Mieliśmy jeden mały pokoik. Było dość ciasno, ale czekaliśmy na upragnione M-3. [...] Po pięciu latach czekania na mieszkanie wielka noworoczna radość. W styczniu 1971 r. otrzymaliśmy M-3: dwa pokoje, kuchnia, łazienka, balkon. [...] Zarobki moje i męża były bardzo dobre, więc kupiliśmy meble do dwóch pokoi [...], na lodówkę wzięłam pożyczkę z zakładu - cieszyła się szwaczka ze spółdzielni "Karkonosze" w Jeleniej Górze.

DŹWIGACZ, BABRACZ, ŁOPACIANY ...

W środowisku robotniczym liczyła się tężyzna fizyczna. Do elity zaliczali się niewątpliwie górnicy i "ludzie w drelichach". Ci ostatni imponowali siłą i odpornością fizyczną - szczególnie tym, którzy dopiero rozpoczynali pracę na wielkich budowach - i to mimo uciążliwości wysiłku polegającego często na układaniu w wykopach kilometrów rur i montowaniu studni.

Na budowach rządzili "starzy wyjadacze" o niższych kwalifikacjach, ale mający fory u majstrów. Lepsze wykształcenie dawało jednak szansę na pewne uznanie, na przykład "obsługiwacz maszyn wyładunkowych" cieszył się większym szacunkiem w środowisku od "robociarza łopacianego", "dźwigacza ciężarów" czy "babracza w odpadach", zajmującego się zbieraniem makulatury w magazynach i sprzątaniem fabrycznych ubikacji. "Niewykwalifikowanym" zlecano prace znacznie cięższe. Na budowach pomagali przy wylewce i betonowaniu podłoża. Nosili wiadra z cegłami i zaprawą albo zajmowali się tzw. kulaniem masywnych rur. Na rampie kolejowej rozładowywali łopatami wagony z węglem, a w słynnym Stomilu mieszali talk.

Robotnicy wiedzieli, że deklaracje władz dotyczące poprawy warunków pracy są czystą fikcją, liczne plansze propagandowe wywieszane w zakładach mają ich mobilizować do jeszcze większego wysiłku, a najlepiej wychodzi się na układach. Zaufanym robotnikom puszczano płazem tzw. bumelki, niektórzy otrzymywali "angaże na majstra od części zamiennych", których nigdy nie było.

Starsze pokolenie robotników - związanych tradycyjnie z hutnictwem i górnictwem oraz znających realia przedwojenne - wykonywaną pracę darzyło ogromnym szacunkiem. Trudno im było zrozumieć nowe zasady wynagrodzeń i przywilejów. Nie mogli znieść bałaganu, złej organizacji pracy, marnotrawstwa i kumoterstwa. Wykorzystywano ich więc chętnie jako ozdoby różnych akademii, do reklamowania zawodu i "uroczystego poklepywania po plecach". Na co dzień byli poniżani przez przełożonych, mimo że w mediach słyszało się podniosłe hasła o "ogromnym znaczeniu klasy robotniczej".

p