Nie było dnia, by do policji nie dotarł jakiś sygnał, że obu kryminalistów widziano w mieście. Gdy tylko jednak we wskazane miejsce ruszały patrole, złoczyńcy zapadali się pod ziemię. Zabawa w tę ciuciubabkę trwała aż do ostatniego czwartku - czytamy w "Fakcie".

"Wtedy właśnie ustaliliśmy, że mogą ukrywać się w położonym zaledwie kilkaset metrów za rogatkami miasta zagajniku. Kilkunastu ludzi znów ruszyło do akcji" - powiedział Stanisław Przybylski, rzecznik policji w Sulęcinie. Temperatura w nocy spada poniżej zera, więc informacja, że ktoś może ukrywać się w lesie wydawała się mało prawdopodobna.

Mundurowi otoczyli jednak zagajnik i tyralierą weszli między akacjowe drzewa. Pewnie długo by się między nimi błąkali, gdyby nie to, że nagle poczuli... woń gotowanej grochówki. Wszystko stało się jasne. Idąc tym tropem, policjanci dotarli do przykrytego czarną folią głębokiego dołu. Kiedy odsłonili płachtę w wejściu do ziemianki, Mariusz Z. i Emil G. mieszali akurat zupę gotującą się w wiadrze nad paleniskiem. Nie zdążyli już jej spróbować. Chwilę potem zakuci w kajdanki leżeli na ziemi - relacjonuje "Fakt".

Jak twierdzą policjanci, tak wyposażonego obozowiska mógłby pozazdrościć przestępcom niejeden skaut. Tuż obok ziemianki działał "węzeł sanitarny". Nad postawioną przy jednym z drzew muszlą klozetowa znajdowało się nawet lusterko. Wszystko wskazuje na to, że mężczyźni zamierzali zadomowić się w zagajniku na dłuższy czas.

Na jednym z drzew znaleziono nawet antenę satelitarną, do której uciekinierzy chcieli podłączyć telewizor. Prąd prawdopodobnie pociągnęliby z jednego z pobliskich słupów energetycznych. Te plany udaremnili policjanci. Jak stwierdził aspirant Przybylski, obu ujętym przestępcom policjanci właściwie uratowali życie, bo przy panujących chłodach wcześniej czy później musieliby zamarznąć.