Ewa Walczak, rocznik 1989, Warszawa

Nie byłam na ulicy ze związkowcami. Nie miałam czasu, byłam zajęta swoimi sprawami. Może gdybym siedziała w domu i się nudziła, to bym do nich dołączyła? Jednak nie, ich postulaty zupełnie mnie nie przekonują. Ale czasami biorę udział w protestach, by poczuć atmosferę ulicy, dlatego chodziłam np. na manifestacje przeciwko ACTA. To były duże akcje, wzięło w nich udział wiele młodych osób, ale to wcale nie znaczy, że były zaangażowane, że się zbuntowały. Paradoks polega na tym, że jeśli protest jest faktycznie oddolny, jest zazwyczaj słaby i niezorganizowany. Jeśli mamy zaś wielką akcję, to zawsze kręci się przy tym jakiś Palikot. Przeważa uczucie, że ktoś chce nas wykorzystać. A ja nie chcę być pionkiem, nie chcę podążać głupio za tłumem.

Bardzo trudno jest mi wyobrazić sobie sytuację, która skłoniłaby mnie do protestu. Wkurzają mnie podwyżki w komunikacji miejskiej, opłaty za studia czy umowy śmieciowe, ale przecież nie wyjdę na ulicę z żądaniem, żeby było dobrze i uczciwie. Za lub przeciw to ja mogę najwyżej zagłosować. Dla mnie ciekawszą sprawą jest organizowanie się oddolne – kooperatywy spożywcze czy wymiany barterowe. To wymaga poważniejszego, długoterminowego zaangażowania.

Bo cóż z tego, że dzięki akcji na Facebooku skrzyknie się kilka tysięcy ludzi i oni faktycznie gdzieś raz pójdą? Potem pójdą na piwo i sprawie, która ich na kilka godzin połączyła, nie poświęcą już wiele czasu. Na następne wezwanie pewnie w ogóle nie przyjdą. Ja ich nie krytykuję, bo sama zachowuję się podobnie. Wiem, że bardziej w jakikolwiek protest się nie zaangażuję. Po prostu jedyne, co zrobię, to wrócę do domu niezadowolona, i tyle.

Dominika Bryl-Balwa, rocznik 1981, Toruń

Nie mam czasu na bunt. Mam małe dziecko, pracującego męża, muszę zająć się domem. Wieczorem mam dwie godziny dla siebie, a o tej porze ciężko się buntować. Nawet gdy czasem myślę, że coś zrobię, nie mam siły. Od trzech tygodni się zbieram, żeby zrobić proste tłumaczenie.

A tak w ogóle to dlaczego miałabym iść ze związkowcami? Dla mnie najważniejszy jest mój ogródek, bo muszę sobie ułożyć życie. Owszem, są rzeczy, które mnie wkurzają. Mamy prorodzinne państwo, ale jak ktoś jeździ z wózkiem po Toruniu, przypomina to terenowy rajd. Ale buntować się przeciwko krzywym chodnikom? Dziwi mnie również to, gdy w wiadomościach wszyscy mówią o wojnie w Syrii, która kompletnie nie dotyka mojego życia. Żebym wyszła na ulice, to musieliby mi zabrać macierzyński albo nagle zlikwidować wszystkie żłobki i przedszkola. Do gwałtownej reakcji mogłyby mnie skłonić jeszcze jakieś drastyczne zmiany w prawie, ale takie dotyczące mnie lub rodziny.

Przez kilka lat mieszkałam w Niemczech. Protestowałam przeciwko wprowadzeniu opłat za studia, to były takie akcje studenckie. A czy jest coś w kategoriach globalnych, co mogłoby mnie skłonić do buntu? Trudno mi wyobrazić sobie coś takiego, bo żyjemy w tak spokojnej i bogatej części świata.

Ale jest jedna rzecz, które mnie naprawdę wkurza. To inwigilacja w sieci. Siedzę więcej w domu, korzystam więcej z internetu i to, że ktoś ciągle śledzi moje ruchy, przeraża mnie. A najgorsze, że nie wiadomo, jak się przeciwko temu buntować.

Łukasz Dubaniewicz, rocznik 1990, Lublin

Odpowiedź jest banalnie prosta. Robię to, co lubię, na dodatek mi za to płacą. Nie narzekam. Skończyłem jedne studia – dziennikarskie, teraz zaczynam drugie – organizację produkcji filmowej i telewizyjnej. Co ważne, udało mi się pogodzić studia z pracą. To wcale nie jest łatwe, ale pozwala mi trzymać dwie sroki za ogon.

Coś mnie wkurza? Ujmę to tak: jak coś się dzieje, a ja nie mam na to wpływu, to trzeba się z tym pogodzić. Polacy to naród doświadczony przez los, historia wykształciła w nas coś takiego, że lubimy narzekać, lubimy mieć do czego się pomodlić, móc postawić się w postawie cierpiącego, któremu należy współczuć. Mnie się to nie podoba. Uważam, że jestem w czepku urodzony. Może nie zarabiam tyle, co chcę, ale stać mnie na normalne życie, żeby zmienić sobie samochód. Odcinam się od martyrologii.

Trzeba Polskę kochać taką, jaka jest. Inna nie będzie, a wyjście na ulice nie rozwiąże żadnych problemów. Trzeba kombinować w warunkach, jakie są. Sześć lat temu dziewczyna namawiała mnie na wczasy w Tunezji. Powiedziałem, że nie mam pieniędzy. Na to ona stwierdziła, żebym się ruszył do pracy. Rozdawałem ulotki, zarobiłem tyle co nic. Ale zacząłem też pracować w barze, zostałem agentem OFE (do dziś część rodziny patrzy na mnie krzywo), w tym samym czasie robiłem praktyki studenckie i jakoś znalazłem na to wszystko czas. Mam znajomych, którzy przyjechali do Lublina na studia i ciągle dostają od rodziców pieniądze – tyle że ledwo wiążą koniec z końcem, ale nie idą do pracy. Młodzi oczekują, że coś im się należy. Oczekują, że ktoś przyjdzie do wynajmowanego za pieniądze rodziców mieszkania, zapuka do drzwi i powie: „Mam dla ciebie pracę”. U mnie na roku można policzyć na palcach jednej ręki ludzi, którzy pracują. Innym się zwyczajnie nie chce.

Co by się musiało zdarzyć, bym wyszedł na ulicę? Kiedyś straciłem pracę, musiałem pożyczać pieniądze od rodziców. Przez te miesiące robiłem jednak wszystko, by znaleźć nową. Miałem usiąść i płakać lub tracić czas na wychodzenie na ulicę? Rozumiem, że są tacy, co tak robią. Ale ja wolę działać, bo nikt mi nic nie da. Kocham ten kraj, przykro mi, że dochodzi tu do sytuacji, w których ludzie nie mają z czego się utrzymać. Zastanawiam się, czy taka walka ma sens. Moim zdaniem trzeba po prostu wziąć się do roboty.

Rafał Sroka, rocznik 1986, Hastings

Od kilku tygodni przebywam w Anglii. Nie wyjechałem przez bezrobocie, wysokie koszty życia, opłakany stan systemu emerytalnego, nie mogę więc powiedzieć, że mój wyjazd był rodzajem buntu, bo już nie lubię Polski. Pomimo wielu niedogodności i całego irracjonalizmu, który panuje w kraju, sam odpowiadam za moją sytuację. Dlatego nie buntuję się, tylko mam cel do zrealizowania i pobyt w Anglii jest środkiem do jego urzeczywistnienia.

Jednak jeśli nawet nadal bym mieszkał w Warszawie, nie dołączyłbym do związkowców. Bo ktoś te demonstracje zaplanował, a ja nie potrzebuję buntu koncesjonowanego. To jest typowa polityczna gra i z góry ułożony plan, a nie faktyczna troska o ważne sprawy. Oczywiście, że rzeczywistość mnie wkurza, dlatego wszelkie nieprawidłowości systemu, czy to w działalności firm, czy państwa, zwalczam, jak mogę. Buntuję się, ale dotyczy to wyłącznie moich indywidualnych spraw. Na przykład w sieci Play reklamację składałem kilkanaście razy. Mój bunt to reakcja na coś, to nie siedzi w środku.

Nie widziałem relacji z protestów związkowców, jednak jestem przekonany, że wzięło w nich udział wielu starszych ludzi. To spuścizna po PRL, tamtej kulturze protestu. Dziś głos sprzeciwu młodych ludzi jest w internecie. To tam reagują na każdą sytuację niezależnie od miejsca, w którym się akurat znajdują. Mówiąc nieco górnolotnie, ludzie reagują buntem, kiedy coś godzi w ich fundamenty. Bunt w necie ma niczym nieograniczoną skalę. I jest łatwo mierzalny – liczbą klików, czego najlepszym dowodem jest akcja przeciwko ACTA. Choć bunt był w necie, to jego skutki były odczuwalne jak najbardziej w realu.

Dlaczego młodzi się nie buntują? Moim zdaniem są mniej odważni. Ponadto żyjemy w czasach, w których każdy czegoś od nas chce, musimy być tak wielozadaniowi, że nie mamy czasu na myślenie o rzeczach oderwanych od naszego życia. Żyjąc w takim świecie, myślimy raczej o konformizmie niż o buncie.

Paweł Wawrzyński, rocznik 1978, Warszawa

Ze związkowcami nie mam żadnej wspólnoty interesów. Lider „S” Piotr Duda jest reprezentantem górników i innych uzwiązkowionych grup społecznych. Ja do nich nie należę. Z tego co mi wiadomo, górnicy zarabiają przeciętnie dwie średnie krajowe, a ci z KGHM nawet więcej. Pracują jedynie 25 lat, z czego przez dwa lata są w szkole górniczej, a trzy na urlopie zdrowotnym. Potem przechodzą na emeryturę dwa razy wyższą niż normalna. Te przywileje nie wynikają z działania rynku, tylko z tego, że oni je sobie wystrajkowali, paląc opony przed kancelarią premiera.

Ja się buntuję przeciwko górnikom. Ale co mam zrobić? Okupować kopalnie? Najchętniej bym zlikwidował górnictwo w naszym kraju. Jako podatnik do przywilejów i emerytur górników wyłącznie dopłacam. Absolutnie nie popieram tych protestów i nie chce się dokładać do poprawy ich dobrobytu. Płaca minimalna to absurd, powoduje, że osoby o niskich kwalifikacjach nigdy nie zostaną legalnie zatrudnione. Pracodawca nie będzie przecież do nich dopłacał. To sposób na zwiększenie bezrobocia i wyrzucenie części ludzi poza rynek pracy na całe życie.

Czy jest coś, przeciwko czemu jeszcze się buntuję? Przeciwko przywilejom podatkowym dla firm zagranicznych. Ale nie wychodzę na ulicę, jestem biernym przeciwnikiem. Dlaczego tylko biernie? Pewnie dlatego, że utrudniony rozwój rodzimego biznesu (w stosunku do uprzywilejowania podatkowego podmiotów z zagranicy) nie powoduje, że moja sytuacja życiowa jest dramatycznie gorsza. Jest tylko troszeczkę gorsza, dlatego nie mam aż tak silnej motywacji.

Jestem wykładowcą. Czy moi studenci się buntują? Nie. Oni liczą, że będą dobrze zarabiać jako nieźle wykształceni inżynierowie i pozytywnie patrzą w przyszłość. Prowadzę zajęcia od ośmiu lat. I zauważyłem tendencję polegającą na zmniejszaniu aspiracji. Kilka lat temu łatwiej było dostać dobrą pracę w korporacji i zostać menedżerem. Teraz jest to trudniejsze. Studenci podchodzą jednak do tego racjonalnie, zaakceptowali to, że ścieżka kariery jest wolniejsza niż jeszcze 10 lat wcześniej.

O artykule w audycji "Uważam ZET” porozmawiają Damian Michałowski i Michał Korościel. Słuchaj w piątek od godz. 15.00 w Radiu ZET