Jadwiga Staniszkis, której wnikliwe analizy postkomunizmu zainspirowały realizatorów projektu IV RP, poddaje dziś krytycznej ocenie dwa lata rządów braci Kaczyńskich. Fiaskiem zakończył się projekt odtworzenia wspólnoty, opierając się na innym projekcie niż III RP. Kraj nie został wprowadzony w nową rzeczywistość polityczną. Wykonano pewne konieczne zadania wstępne, jak oczyszczenie sceny politycznej z autentycznych tradycjonalistów. Nie udało się jednak stworzyć nowej logiki władzy, nie zakreślono jasno jej granic i nie stworzono przestrzeni dla wolności. Kluczowe programowe dyskusje, jak spór o relację prawa naturalnego i praw człowieka, nie mogły się odbyć, bowiem scena polityczna został podzielona bez refleksji nad głębokimi różnicami ideowymi. W efekcie Polska prowadziła dyskusje z Europą na całkowicie odmiennym poziomie niż ten, na jakim funkcjonuje Bruksela, co wywoływało wrażenie sztuczności konfliktów. Dopiero pod koniec dokonano wolty, akceptując traktat lizboński i robiąc krok w stronę nowych form organizacji. Polska zamieniła tym samym tradycyjny klientelizm wobec państw narodowych na zależność wobec brukselskiej biurokracji.
p
Kłopot, o którym pan mówi, jest jeszcze poważniejszy. Zastanawiam się, czy w ogóle dzisiaj jest przestrzeń dla polskiej polityki. To nie jest wątpliwość spowodowana wyłącznie wydarzeniami minionych dwóch lat. Jeśli myślę o najważniejszych procesach, które tutaj zachodziły w ciągu ostatnich 30 lat - bo włączam w to "Solidarność" - to rzeczy kluczowe dotyczyły wcale nie polityki, ale raczej tego co przedpolityczne, uformowania jakiegoś działającego aktora przez raczej przypadkowe niż celowe uruchomienie tradycyjnych znaków i stworzenie z nich języka pozwalającego ludziom na rozpoczęcie publicznej aktywności. W 1980 roku to był bunt w imię godności i stworzenie utopii społeczeństwa i państwa działających według tych samych wartości. A dwa lata rządów Kaczyńskich to była próba powrotu do podobnej aktywności, próba konstruowania nowych aktorów, wyeliminowania jednych, delegitymizacji drugich, odtworzenia wspólnoty, opierając się na innym projekcie niż dotychczasowy. Te eksperymenty z tradycyjnym językiem, to wszystko, co nazywam pastiszową neotradycjonalizacją PiS, podobnie jak w Turcji, a także w pewnym stopniu w Rosji czy Chinach, odbywało się po to, żeby wyeliminować prawdziwych tradycjonalistów. Co do pewnego stopnia się udało i co również można określić jako ważne zadanie przedpolityczne. Mnie wydawało się, że w tej fazie przedpolitycznej ostatnich dwóch lat uda się zmieścić jeszcze coś więcej. Coś, co zastąpi w Polsce bardzo kompleksowe doświadczenie zachodniej nowoczesności, którego my nie mieliśmy: odkrywanie formy, wolności, a także liberalizm rozumiany nie tylko jako rynek, ale jako perspektywa myślowa łagodząca paradoksy związane z przełomem nominalistycznym, którego także w Polsce nie było. Chodziło o wyznaczenie granic władzy i odkrycie wolności jako koniecznego fundamentu zarówno państwa, jak i społeczeństwa. Oczywiście spodziewałam się, że ten skok Polski z fazy przednowoczesnej do ponowoczesnych form polityki czy organizacji nie obędzie się bez deformacji. Ale to się w ogóle nie odbyło, bo nasi aktorzy nie wchodzili w tego typu spory. Mam tu na myśli choćby spór o relację między prawem naturalnym a prawami człowieka, kluczowy dla wykształcenia się modelu amerykańskiego republikanizmu. Tutejsza scena była dzielona i organizowana rytualnie i właściwie bezrefleksyjnie. A ponieważ lokalni aktorzy przedpolityczni musieli wchodzić jeszcze w różne zwarcia i konflikty z Europą działającą w zupełnie innej przestrzeni myślowej, to ich intelektualna bezradność powodowała poczucie sztuczności dominujące w ciągu tych dwóch lat. Dopiero na samym końcu dokonało się coś, co jest przeskoczeniem od nieudolnych i rytualnych prób lokalnego politykowania do czegoś, co jest już tą skorelowaną z Europą postpolityką. Myślę o całym procesie, włącznie z wizytą Barroso w Warszawie, kiedy próbował on przekonać polskie władze do poparcia traktatu reformującego, przyznając jednocześnie, jak wiele Komisja Europejska nauczyła się od Polski w sprawie bezpieczeństwa energetycznego czy problemów z Rosją. I to wtedy, jak sądzę, dokonał się przełom myślowy w kręgu robiącym polską politykę zagraniczną - u prezydenta i pani minister Fotygi. Oni dostrzegli, że w sposób niezamierzony coś w Unii Europejskiej zmienili, pomogli tamtejszym urzędasom odkryć przestrzeń autonomicznego działania. A jednocześnie ten polski ośrodek władzy, wcześniej symbolicznie eurosceptyczny, nauczył się, że Polska może więcej uzyskać, stawiając na europejską biurokrację, grając na ten nowy typ postpolitycznej proceduralnej władzy. Okazało się, że bardziej opłacalny jest dla Polski klientelizm wobec urzędników Komisji Europejskiej niż tradycyjny klientelizm wobec silnych państw narodowych. I w ten sposób Kaczyńscy zaakceptowali traktat reformujący. A to jest ogromny postęp w stosunku do wcześniejszych rządów, które próbowały budować uprzywilejowaną, klientelistyczną relację z poszczególnymi silnymi państwami w UE, na przykład z Niemcami, nie doceniając nowej europejskiej biurokracji. Wracając do dzisiejszej sytuacji, sądzę, że ośrodek prezydencki będzie teraz wchodził w zwarcia z Tuskiem wzmocniony dwoma, w swoim własnym rozumieniu, silnymi osiągnięciami legitymizującymi: po pierwsze atlantyckość (Polska jako przedmurze atlantyckości), po drugie odkrycie europejskiej biurokracji jako najlepszego partnera dla obrony naszego interesu narodowego, ze wszystkimi konsekwencjami, w postaci - nie do końca uświadamianego - zaakceptowania całej magmy wyłaniającej się w UE sieciowości i międzyproceduralnego liberalizmu opartego na uznaniu, że to procesy (ciągi procedur), a nie tylko aktorzy są "podmiotami" wchodzącymi w relacje. A tutaj paradoksalnie okazuje się, że Platforma przez to wszystko nie przeszła i będzie wracała do tzw. odbudowywania uprzywilejowanych stosunków Polski z Niemcami czy kimś innym, poszukując w Europie jakiegoś patrona w postaci silnego państwa narodowego, sądząc, że jest to krok do przodu, podczas gdy jest dokładnie odwrotnie. Ironia historii polega na tym, że na drugą stronę lustra, ku tej europejskiej postpolityce, przeniosło nas nie głębokie przeoranie dotychczasowych struktur myślenia, ale - ich kontynuacja. Dalej myślano w kategoriach hierarchii i statusów, uznając słusznie, że ta nowa forma klientelizmu wobec biurokracji (co wymagało przyjęcia traktatu reformującego) lepiej się Polsce opłaca. Że to jest dla nas korzystniejsze niż tradycyjna polityczna koncepcja klientelizmu wobec Niemiec, Rosji czy Francji. Ale czy musimy się tym martwić? Rzeczywiście, powstaje przestrzeń pewnego teatru politycznego, na który oni przekładają wszystko, co odbywa się już poza tradycyjną polityką. Tymczasem najważniejsze jest to, że zaakceptowaliśmy i ratyfikujemy traktat reformujący, że znajdziemy się w obszarze oddziaływania tej racjonalnej, postpolitycznej władzy europejskiej, biurokracji i procedur. W porównaniu z tym język, w jakim poszczególne siły polityczne komunikują się ze swoimi elektoratami w Polsce, nie ma aż takiego znaczenia. Nawet jeśli Kaczyńscy nie zauważyli, co naprawdę zrobili, stało się to realne ze względu na konsekwencje przyjęcia tej nowej optyki i przyjęcia tego nowego klientelizmu, gdzie patronem Polski i naszych interesów jest brukselska biurokracja. Mnie interesuje tylko to, co oni podpisali, bo niezależnie od tego, czy się wierzy tej przestrzeni proceduralnej, czy się pozostaje wobec niej sceptycznym, ona już zaczyna działać. I ona nas wiąże. Nawet prości ludzie uczą się bardzo szybko przez kontakty z instytucjami europejskimi, międzynarodowymi korporacjami czy przez wyjazdy. Jeśli chcą przy tym dalej myśleć w kategoriach lokalnych, bo tego potrzebują emocjonalnie, to nie zmienia faktu, że znaleźli się w zasadniczo nowej sytuacji działania. Ramy prawne, instytucjonalne zmieniają się zasadniczo pod wpływem działań tych nowych postpolitycznych reguł, nawet jeśli zostały one przez Kaczyńskich zaakceptowane z zupełnie tradycyjnych, politycznych powodów, żeby mieć w Brukseli sojusznika przeciwko Rosji. Ale jest jeszcze drugi problem, i tutaj mam wobec Kaczyńskich poważne zastrzeżenia. Obecnie, nie tylko u nas, silnie akcentowany jest problem bezpieczeństwa, który rzeczywiście stał się dzisiaj głównym wyzwaniem dla demokracji. Jak zapewnić bezpieczeństwo, nie naruszając praw człowieka. Teoretycznie to proste: jest zagrożenie terrorystyczne, zatem trzeba ograniczać prawa jednostki, gromadzić informacje na jej temat, rozbudować służące do tego struktury itd. Ale oczywiście pojawia się pokusa coraz bardziej totalnego kontrolowania ludzi przez zarządzanie przestrzenią informacyjną. Zagrożenie terrorystyczne de facto nie jest aż tak duże w Polsce, ale i tak po stronie władzy powstała niesamowita pokusa skoncentrowania całej wiedzy o obywatelach w rękach rządu, przez integrację w postaci m.in. tzw. systemu PESEL 2, informacji istniejących, ale do tej pory rozproszonych, posiadanych także przez aktorów komercyjnych. Realizację tego projektu powierzono synowi Piętaka, który był socjologiem i - początkowo - pasjonatem tzw. otwartego programowania nastawionego na tworzenie wiedzy, a nie - kontrolę. Prawdziwi informatycy, podobno łącznie z Krauzem, nie chcieli włączać się w to przedsięwzięcie. Po pierwsze, to jest ultraniebezpieczne - oni doskonale rozumieją, co znaczy skoncentrowanie tej całej wiedzy o obywatelach w rękach państwa. Po drugie, to może oznaczać złamanie ustawy o ochronie danych osobowych i skoncentrowanie w rękach rządu wiedzy o jednostce bliskie temu, z jakim eksperymentują dopiero najbardziej posunięte na tej drodze kraje Zachodu. Wielka Brytania próbowała dołączyć do tego DNA i dane z biometrycznych paszportów. Podobnych rzeczy próbuje Francja, co wywołuje niesamowity opór. I słusznie, bo z jednym kliknięciem ma się człowieka jak na dłoni, włącznie z jego najbardziej szczegółową dokumentacją medyczną. Dla władzy, dla bardzo tradycyjnie rozumianej władzy. To jest drugi motyw ich realnego unowocześniania się czy wręcz wchodzenia w postnowoczesność. W wymiarze europejskim dokonali skoku ze względu na wymierne korzyści wynikające z poddania się temu nowemu biurokratycznemu klientelizmowi. Najważniejszym z nich jest zapewnienie Polsce uznania przestrzeni międzynarodowej i ograniczenia w UE pozycji największych krajów. A w tym drugim obszarze, kontroli przez informację, sięgnęli po najnowocześniejsze instrumenty po prostu dla władzy. Czyli zadecydowały archaiczne motywy przedpolityczne. Tyle że nie zdążyli. Co więcej, właśnie ze względu na chęć pełnego kontrolowania danych osobowych próbowali opóźnić konieczny pierwszy krok sensownej reformy służby zdrowia, czyli stworzenie alternatywnych dla ZUS i NFZ ścieżek ubezpieczeń zdrowotnych. To był wyścig z czasem. Oni najpierw chcieli wprowadzić karty chipowe, w których byłyby zapisane wszystkie dane zdrowotne, historie chorób, być może włącznie z chorobami umysłowymi czy nawet skłonnościami chorobowymi. Chodziło o zebranie całej tej wiedzy i zachowanie nad nią kontroli państwa, zanim jeszcze te karty i te informacje staną się własnością prywatnych firm ubezpieczeniowych. Tyle że tutaj polegli na braku kompetencji. Nikt poważny nie chciał przy tym projekcie pracować, a studenci informatyki zatrudnieni za grube pieniądze po prostu nie uporali się z tym wszystkim. Kiedy np. CBA weszło do elektronicznego archiwum szpitala na Wołoskiej, robili to z takim zapałem, że wiele danych podczas kopiowania po prostu pokasowano - mnie samej potem powiedziano, że - w tajemniczy sposób - "wypadłam z systemu". Ale motywacje koncentracji informacji są obłąkane i próbowano to zrobić całkowicie poza świadomością społeczeństwa. Oczywiście w imię bezpieczeństwa. Jeżeli się słuchało Andrzeja Zybertowicza, który z marsową miną występował w TVN 24, mówiąc o tych pięciu czy sześciu lukach bezpieczeństwa, które udało się PiS trochę zamknąć, to dowiadujemy się pośrednio, w jaki sposób prezydent czy Jarosław Kaczyński będą atakować w przyszłości Platformę, przedstawiając różne jej działania w tej właśnie retoryce - że PO na nowo otwiera lukę bezpieczeństwa. A pamiętajmy, że Kaczyńscy mają do dyspozycji jako kartę przetargową raport WSI, a także materiały IPN na temat osób kandydujących do Sejmu i Senatu, których prezes IPN nie chciał zresztą opublikować przed wyborami w obawie przed upolitycznieniem Instytutu. To wszystko jest o tyle interesujące, że PiS i Kaczyńscy nie robili niczego specjalnie oryginalnego: próbowali się wpisać w stosowany w większości krajów zachodnich model zapewniania bezpieczeństwa przez wzmocnienie państwa. Proszę jednak pamiętać, że jest stary lud i młody lud. Stary lud, jak patrzył na te pokazywane mu przez prokuratora Engelkinga punkciki krążące po mapie korytarzy Marriotta, był zafascynowany i absolutnie tym przekonany. Tymczasem młody lud, który bawi się w gry komputerowe, nie został tym jakoś olśniony. Ja nie mam nawet komórki ani komputera, ani gier... Ale nawet dla mnie te kropki, te wizualizacje nie były wystarczającym argumentem. Tymczasem dla ludzi starszych, nieobeznanych z takimi metodami oddziaływania, to był dowód winy. Ale już nie dla młodego ludu, który czasem też nic nie wie, ale z tą nową silnie zwizualizowaną przestrzenią jest już jakoś obyty. Poza tym dla młodego ludu czymś naturalnym jest przenoszenie się do innej przestrzeni, możliwość bycia równocześnie sobą i kimś innym, załatwiania różnych swoich potrzeb w różnych przestrzeniach. Bycie Europejczykiem w biurze międzynarodowej korporacji, a jednocześnie po pracy bycie kibicem narodowej drużyny i kimś dumnym z własnego państwa. Istotnie, młody lud głosował na Platformę, ale jednocześnie używa machinalnie języka Kaczyńskich: "Odzyskaliśmy państwo". I naprawdę jest zakorzeniony w obu tych przestrzeniach, w przestrzeni globalnej i lokalnej. Gdyby przy takim zdefiniowaniu konfliktu i nastawieniu tych młodych ludzi Platforma przegrała wybory, to byłby dramat, bo rzeczywiście oni poczuliby się przez Polskę odrzuceni. Teraz, po wyborach, wierzę, że czują się lepiej, nawet jeśli manipulują sobą nieświadomie. W tym sensie naprawdę odzyskaliśmy państwo. Niewiele się zmienia i odbywa się ta mordercza walka, przy czym mam nadzieję, że prezydent czy Jarosław Kaczyński będą walczyć w obronie czegoś, co rzeczywiście osiągnęli w przestrzeni europejskiej i co jest krokiem do przodu. A Platforma, mimo że występuje jako siła modernizacyjna, w sprawach europejskich jest na razie o krok z tyłu, bo wciąż myśli w kategoriach państw. PO powinna dostrzec to, co się zdarzyło w tej chwili w Unii, czyli autonomizację biurokracji, która dokonała się trochę dzięki Polsce. Bo ludzie zatrudnieni w europejskich instytucjach, borykając się z nami, dostrzegli swoją siłę w grach z Rosją, a nawet z Niemcami rozumianymi jako silny narodowy podmiot, który czasami chciał tej biurokracji europejskiej po prostu używać. Próba stworzenia unijnego centrum zarządzania energią jest uderzeniem w Niemcy, może też doprowadzić do eliminacji ludzi Putina, którzy mieli nadzieję na przejęcie europejskiej infrastruktury energetycznej. Bardzo sensownych ludzi wysyłały też do Brukseli instytucje państwowe związane z PiS. To są np. ludzie z Nowego Sącza, absolwenci uczelni, na której wykłada Rafał Matyja i Piotr Naimski. To tylko pokazuje pozytywne strony przechodzenia - także w edukacji na politologii - od tej rytualnej, zablokowanej polskiej polityki, do europejskiej postpolityki, która Polsce może bardzo pomóc. I właśnie poziom instytucji i procedur kształtujący się już ponad poziomem państw narodowych lepiej służy obronie krajów takich jak Polska, które są po prostu słabsze w relacjach bilateralnych. Właściwa dla biurokracji zasada ścinania tych najwyższych głów, wyrównywania, pomaga właśnie Polsce, która w czołówce jeszcze nie jest. I dlatego się cieszę, że także Kaczyńscy, którzy byli głównymi przeciwnikami "oddawania suwerenności instytucjom UE", w ostatnim uderzeniu weszli w to, nauczyli się z tego korzystać. To już nie ma znaczenia. Po prostu wchodząc w tę nową przestrzeń, już gramy jej logiką. Dostosowują się do niej zarówno ludzie, którzy entuzjazmują się Unią Europejską, jak też ci, którzy głośno deklarują swoją wrogość dla niej. Kolejne kroki będą polegały na uczeniu się nowych narzędzi, instytucji, regulacji prawnych. W tej chwili najbardziej innowacyjni w sferze instytucjonalnej są prawnicy i urzędnicy. Oczywiście światli urzędnicy. I Jarosław Kaczyński będzie bronił naszego pozostawania w tej przestrzeni. Także wobec własnego elektoratu. Problem polega na tym, że oni nie umieją o tym mówić, ale od tego są literaccy przedstawiciele, jakby powiedział Marks... Jest to problem tych ludzi, bo wtedy mogą być śmieszni dla innych. Weźmy przypadek Kaczyńskiego. Dla ludzi z Europy Zachodniej, którzy naprawdę przeszli przez te wszystkie doświadczenia myślowe i wypracowali tę swoją formę autonomicznej biurokracji, to jest naprawdę ich świat. I kiedy widzą kogoś wpadającego do tego świata i myślącego równocześnie, że jest w jakimś sklepie z zabawkami (a de facto jest to sklep z czymś zupełnie innym), a na dodatek ten ktoś zaczyna coś wykrzykiwać w swoim języku, to pierwszą reakcją jest rozbawienie, potem przez chwilę irytacja, ale w końcu pojawia się racjonalny pragmatyzm. A najgorsze jest, kiedy ów przybysz zaczyna coś przy tych formach i instytucjach majstrować. Wtedy mówi się mu: "Panu już dziękujemy". Jest to działanie antypartycypacyjne i dyscyplinujące. Ale z kolei dla tego przybysza, np. dla Kaczyńskiego, jest to krok do przodu, bo wchodząc w coś, czego nie zna, wkracza w pewien labirynt, który zmusza go do uczenia się i postępowania naprzód. Raz jesteśmy wewnątrz, a raz na zewnątrz. Najciekawsze jest to, że naszą narodową specyfiką jest przekształcanie się przy zachowaniu ultrastabilności. Naszą metodą jako Polaków w obecnej fazie rozwoju jest to, że kiedy przechodzimy na tę drugą stronę lustra i znajdujemy się bliżej nowoczesności, to dalej używamy narzędzi tradycyjnych. To, co się nam przydarza nowego, wyrażamy w tradycyjnym języku i w ten sposób nie występuje ostra opozycja między tradycją a nowoczesnością. Zresztą nie wszyscy muszą przechodzić na drugą stronę lustra. Całkiem świadomie powinni to robić tylko ci, którzy przekładają reguły zewnętrzne na wewnętrzne. Inni robią to mniej refleksyjnie, przechodzą na poziomie prywatnym, odwiedzając np. Tesco Polska i porównując je z Tesco Anglia. Widząc, jak duża jest ta różnica, stwierdzają, że chcą, aby u nas było tak jak tam. Ma pan rację, że oni dysponują Saryuszem-Wolskim, który rozumie, co jest z drugiej strony lustra i nawet Kaczyńskim pomógł przekroczyć ten próg. Ale problem polega na tym, że Tusk musi to najpierw zrozumieć. On tego wszystkiego nie wie. Oni nie w ten sposób rozmawiają między sobą. Saryusz-Wolski nie objaśnia tego na poziomie teoretycznym czy instytucjonalnym, ale musi im to tłumaczyć na zasadzie gier personalnych, różnych polityk i spraw, Ukrainy, stosunków polsko-niemieckich itp. To ciągle jest język podmiotowy, niezdolny do opisania przestrzeni, w której tradycyjnych podmiotów już nie ma. Ale tam wewnątrz są też ludzie typu Zdrojewskiego, Dutkiewicza (prezydenta Wrocławia) czy Klicha, którzy we własnych działaniach już się zetknęli z tą nową, postpolityczną przestrzenią. Zdrojewski jest bardzo dobrym socjologiem i sądzę, że on się naprawdę zastanawiał, skąd to poparcie młodzieży dla Platformy. I zdaje sobie sprawę, że ta młodzież właśnie czegoś takiego oczekuje: umiejętności multiplikowania siebie w różnych kontekstach, przybierania różnych tożsamości, zdolności do swobodnego przekraczania granicy lokalnej polityczności i globalnej postpolityczności... Dla tych młodych ludzi jedyna władza, którą potrafią zrozumieć i zaakceptować, to władza bez jednoznacznych hierarchii, bez nadmiernej arbitralności, pozwalająca sobie na luki i nieliniowość. I właśnie ta zdolność do przekraczania granicy tradycyjnej, już bezsilnej i niefunkcjonalnej władzy politycznej, i tej nowej, postpolitycznej władzy instytucji i procedur, to jest właśnie coś, co Platforma będzie musiała pokazać i jakoś wyartykułować, bo niewiele innego mają realnie do zaoferowania. Poza tym chodzi o to, żeby mieli w polityce więcej takich "role models", ludzi z wdziękiem, co rozumie zresztą Zdrojewski. Wiele osób typu Aleksander Kwaśniewski czy Radek Sikorski w każdym resorcie, ubranych w niebieskie koszule... Jarosław Kaczyński zrozumiał to za późno: dawno powinien zrobić Pawła Zalewskiego twarzą PiS. Tak, on odkrył siłę estetyki politycznej. Polityk nie może już zakładać kasku budowlanego i się w nim fotografować, bo nikt już dzisiaj kasków nie chce. I w ten sposób dochodzimy do spostrzeżenia, że można w tej przestrzeni żyć w pewnym rytuale. Odkrywa się pewną konfigurację tych estetyk i tworzy się rytuał. Myślę, że osoby, które czuły się gorzej w świecie Kaczyńskich, odnajdą się w tym bardziej eleganckim rytuale Platformy. Tu zaproponuje się im ludzi bardziej medialnie "dekoracyjnych", bo o to przecież chodzi. Ale nie wolno okazywać strachu przed odpowiedzialnością i podejmowaniem decyzji, a tak można postrzegać Tuskowe chowanie się za Bartoszewskim co do wyboru ministra spraw zagranicznych i mówienie o "solidarnej odpowiedzialności za rządzenie" z Pawlakiem. Media też to wychwytują. Nie chodzi o jakieś zbyt rozbudowane działanie, ale o pewien wysiłek nazywania i współpracę na poziomie języka. Uświadamianie i przedstawianie rzeczywistości w kategoriach, które politycy, a także inni ważni uczestnicy życia publicznego zwyczajnie zrozumieją. Nieraz będzie to po prostu oznaczało konieczność nieustannego powtarzania jakiejś prostej tezy. Tyle że niemieszczącej się w rytualnym podziale, o którym pan mówi. Na przykład występując tuż po wyborach w programie Jana Pospieszalskiego, powtarzałam bez przerwy, że nie ma powrotu do III Rzeczypospolitej. Więc z jednej strony nie bagatelizujmy korupcji, a z drugiej nie mówmy o niej jak o wszechmocnym molochu. Porozmawiajmy o kwestiach technicznych, takich jak CBA, procedury jego działania, prawny kontekst, podległość polityczna... Trzeba samemu działać na emocje polityków, a jednocześnie nazywać po imieniu sytuację, w której - mówili już o tym Paweł Śpiewak czy Jacek Kurczewski po swoim doświadczeniu działalności partyjnej - polityka staje się szarym workiem, do którego wrzuca się najróżniejsze rzeczy, a człowiek całkowicie się w tym gubi i zaczyna się postrzegać wyłącznie w krzywym zwierciadle mediów. Tymczasem, jeśli te dwa obozy znajdą lepszych literackich reprezentantów niż ci, którzy nagradzają Tuska i Kaczyńskiego za udział w konflikcie między elitami i ludem, jeśli to my będziemy nagradzać polityków w dyskursie publicznym za bardziej racjonalne zachowania, to oni będą się uczyć i może nawet zaakceptują lepszy język w miejsce gorszego. Ja za każdym razem staram się sprowadzić problem, o którym mówię, na poziom kultury masowej. W mediach, choćby to było pismo typu "Sukces", zawsze wracam do tego, o czym aktualnie myślę, bez względu na temat rozmowy czy zadanego mi tekstu. I takie "samplowanie" przebija się. Na przykład moja zbitka "międzyproceduralny liberalizm" dla opisania przyszłości UE. Ktoś słucha, ktoś znajduje w internecie i to, o czym mówię, staje się może nie standardem, ale punktem odniesienia.
p