Po ostatnich wyborach w Polsce Zachód wyraźnie odetchnął. Widać to było w medialnych komentarzach, które nieustannie powtarzały jedną frazę: "Polska wraca do Europy". Tylko czy rzeczywiście powinniśmy dziś radykalnie zmienić politykę, która dominowała za rządów PiS? Opinia Tony'ego Judta, jednego z najważniejszych dziś znawców historii powojennej Europy, może zaskoczyć polskiego czytelnika. Judt niedwuznacznie sugeruje, że "rewanżystowska" polityka braci Kaczyńskich niewiele różniła się od polityki "normalnych" europejskich krajów. Tych, których "europejskości" nikt nigdy nie śmiał nawet kwestionować. Nie ma niczego złego w twardej obronie własnych interesów, a nawet w pewnym "separatyzmie". Problem wedle Judta tkwi w stylu. Kaczyńscy odwołując się do przeszłości i polskich narodowych tragedii, zagrali fatalnie. Potwierdzili najgorsze stereotypy na temat Europy Wschodniej, które wciąż są na Zachodzie bardzo żywe. Donald Tusk musi więc koniecznie zmienić formę, używać innej retoryki. Na pewno jednak nie może zrezygnować z asertywnego upominania się o swoje.
p
Bez bliźniaków - a tak naprawdę bez jednego z nich - wszystko będzie znacznie łatwiejsze. Choć nie tak łatwe, jak się dziś prawie wszystkim wydaje. To, że Polacy
odsunęli PiS od władzy, zafascynowało i zarazem zaskoczyło Zachód. Nagle wszyscy doszli do wniosku, że Polska stała się dojrzała. To kraj, który może pogrążyć się w absurdzie, ale
zarazem jest zdolny z wyjść z niego o własnych siłach.
Jak pan doskonale wie, Zachód nie wie o Polsce zbyt wiele. Dziś nie ulega wątpliwości, że image Polski w Europie bardzo się poprawi. To niezwykle ważne. W naszym postideologicznym świecie,
gdzie podziały na lewicę i prawicę zanikają, forma ma coraz większe znaczenie. Trzecia Droga w wydaniu Blaira zafascynowała wszystkich, choć tak naprawdę prawie niczym nie różniła się od
gospodarki społeczno-rynkowej prowadzonej przez Ludwiga Erharda w latach 50. w Niemczech. Dotyczy to nawet Ameryki - Condolezza Rice nie zmieniła prawie nic w treści polityki zagranicznej, a i tak
odniesiono wrażenie, że dokonał się jakiś gigantyczny zwrot. Tak więc Tusk może kontynuować w Brukseli postawę interesowną, a nawet separatystyczną. Jeśli będzie się to wyrażało w
formie europejskiej, będzie to absolutnie do zaakceptowania - w przeciwieństwie do tego, co robili Kaczyńscy. W końcu tak postępują niemal wszystkie państwa europejskie. Tusk musi po prostu
mówić: "Jestem za Europą!". A jednocześnie troszeczkę oszukiwać pod stołem. W Europie nikt nie rozumie języka typu: "Jestem polskim nacjonalistą".
Natomiast zdanie: "Jestem Europejczykiem, który pracuje dla Polski", jest powszechnie zrozumiałe.
Gdybym był Donaldem Tuskiem i szukał jakiegoś sposobu na politykę krótkoterminową, nie potrafiłbym znaleźć nic lepszego. To naprawdę najlepsze z możliwych rozwiązań. Bo czym jest Bruksela? Jest w gruncie rzeczy wielkim, nieskończonym obszarem negocjacji, które zawsze można wykorzystać do własnych celów, rozgrywając. Taka polityka działa. Tyle że jest ona na dłuższą metę wyniszczająca i w końcu może doprowadzić do upadku Europy jako takiej. To oczywiście nie będzie winą Polski, to nie ona doprowadzi do upadku Europy. Przecież Francja używała w latach 70. czy 80. takich sztuczek bez końca, to był znak szczególny jej polityki. Wszystko zaczęło się, gdy Europa i tak nie mogła odegrać żadnej roli dyplomatycznej w świecie - ponieważ zimna wojna ją zablokowała. Europa była malutka. Tak więc mogła się zabawiać w tę politykę drobnych gierek. Niestety, złe nawyki zakorzeniły się i wracają, gdy Europa jest wielka.
Polska jest wielkim i niezwykle ważnym krajem. Jednak smutne jest to, że inni zauważają ją dopiero wtedy, gdy zaczyna szaleć. Albo Polska zaczyna wygrażać Europie, prezentuje się jako
największa ofiara historii w dziejach ludzkości. Albo po prostu jest niewidzialna. Jest rzeczą absurdalną i dziwną, że po roku 1945 istniała Europa, która nie obejmowała Polski. Potem Polska
stała się jej częścią. Wszystko wskazuje jednak na to, że obecność Polski w Europie będzie zawsze niewygodna. Cofnijmy się do połowy lat 80. Trzeba sobie przypomnieć pewną rzecz, o
której wszyscy w Brukseli doskonale pamiętają, tyle że nikt nie powie o tym na głos. Wtedy oczekiwano, że dotychczasowa sytuacja - wymarzona dla Zachodu - utrzyma się przez 20 lat, a może
nawet dłużej. Nikt nie spodziewał się - i nikt nie chciał - upadku Związku Sowieckiego. Wszystko stało się z zaskoczenia. Nie liczono się z tym, że kraje Europy Wschodniej niebawem
zgłoszą swoje kandydatury. A tym bardziej że zostaną przyjęte do Unii. Jak to powiedział jeden z głównych rozgrywających w Brukseli: "Wszyscy mówią o rozszerzeniu, ale nikt nie
traktuje tego na poważnie". Potem pogodzono się z tym, że można przyjąć małe kraje z niezłą gospodarką, jak Słowenia czy Czechy. Ale nikt, absolutnie nikt, nie brał pod uwagę
krajów dużych i biednych takich jak Polska. Już w latach 80. doskonale zdawano sobie sprawę, że będzie to stanowić gigantyczny problem.
Tak. Bo czym jest Unia Europejska? Rezultatem doświadczeń instytucjonalnych Europy Zachodniej w okresie powojennym. Nie wolno zapominać, że jej budowanie zaczęło się od sześciu krajów,
które - pomijając południe Włoch - już od połowy XIX wieku stanowiły najbogatszą, najbardziej błogosławioną, najlepiej rozwijającą się część Europy. Wojna i istnienie
"żelaznej kurtyny" sprawiły, że możliwe stały się narodziny małej Europy - ograniczonej do krajów gospodarczo uprzywilejowanych. To nie wszystko: kraje te - znowu wyjąwszy
południe Włoch - oczywiście ucierpiały w czasie wojny, ale nieporównywalnie mniej niż Bałkany czy Europa Wschodnia. Tak więc wojna dała im dodatkową przewagę. Potem doszedł do tego Plan
Marshalla. To w ten sposób powstała ta nowa Europa, która odcina się od własnej historii ostatnich wojennych lat, podobnie jak od sąsiadów ze Wschodu. Związek Sowiecki stanowił zagrożenie
na tyle realne, by w jego obliczu Europa Zachodnia stanowiła pewną polityczną jedność, jednak nie na tyle groźne, by strach przed inwazją komunistów przenikał życie codzienne. To zresztą
wielka różnica między zimną wojną w Europie Zachodniej i w USA. Kiedy miałem sześć czy siedem lat, do Londynu przyjechali chórzyści Armii Czerwonej. Byłem na koncercie - cała sala ich
kochała, dosłownie krzyczała z zachwytu. Wiedziano, co się dzieje w Związku Sowieckim, ale jednocześnie Anglicy postrzegali czerwonoarmistów jako wojsko, które zniszczyło Hitlera.
To nie jest żadna przesada, tyle że należy być bardziej precyzyjnym. Zacznijmy od tego, że budowa UE - wtedy jeszcze Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, a potem Europejskiej Wspólnoty
Gospodarczej - nie była oparta na żadnych mechanizmach demokratycznych. Budowano ją na poziomie instytucjonalnym, funkcjonalnym, ale w żadnym wypadku nie był to projekt demokracji. Gdyby w
latach 40., 50. czy nawet 60. zapytano Niemców, Francuzów czy Włochów, czy pragną zjednoczonej Europy ze swoimi najbliższymi sąsiadami, nie ulega najmniejszej wątpliwości, że
odpowiedzieliby: "Nie, nie chcemy".
Tak. Dopiero w latach 70., wraz z wyborami do Parlamentu Europejskiego w roku 1979, zaczęto mówić o Europie jako o projekcie demokracji zachodniej. I wtedy większość - pomijając rzecz jasna
Anglików, z powodów takich jak zawsze - była za. Mówiono sobie: "W końcu dlaczego nie? Jesteśmy już zamożni, mamy pieniądze, możemy sobie pozwolić na subwencje bez większych
ograniczeń". A potem - komunizm upada. Nagle zachodni Europejczycy zaczynają sobie zdawać sprawę, że choć wcale tego nie pragną, za jakiś czas nadejdzie dzień, gdy będzie trzeba w
końcu przyjąć te nowe kraje - w tym te duże, takie jak Polska - i że będzie to kosztować koszmarnie dużo. Nikt oczywiście tego nie pragnie, ale jedyne, co można zrobić, to postawić jak
najostrzejsze warunki. Nawiasem mówiąc fakt, że kraje Europy Wschodniej spędziły tak dużo czasu w "poczekalni", przyczynił się potem do narastania eurosceptycyzmu po waszej
stronie żelaznej kurtyny. Gdy w końcu nadszedł rok 2004, nie było wybuchu entuzjazmu - wschodni Europejczycy aż nadto wyczuwali, że są niechcianymi gośćmi. Kilka słów usprawiedliwienia:
Zachód zdał sobie sprawę, że będzie musiał wydać bardzo dużo pieniędzy właśnie wtedy, gdy absolutnie nie może sobie pozwolić na tego typu szaleństwa. System ubezpieczeń społecznych
zaczął się załamywać - było coraz więcej emerytur do wypłacenia i coraz mniej ludzi czynnych zawodowo - a na dodatek gospodarka światowa zaczęła spowalniać.
Optymiści mówili, że na zmiany trzeba będzie poczekać 20 lat, reszta mówiła o 40. Spodziewano się powrotu faszyzmu, trwałej biedy, gigantycznego bezrobocia...
Wiąże się to z jedną z dominujących teorii dotyczących komunizmu, zgodnie z którą postrzegano ten system jako coś, co zamroziło politykę ery mas końca lat 30. I w momencie gdy komunizm
upada, w wyniku "rozmrożenia" powróci wszystko, co charakteryzowało politykę z tamtych lat: populizmy, nacjonalizmy, nienawiść do sąsiadów, rozpamiętywanie krzywd doznanych
od innych. I trzeba powiedzieć, że bracia Kaczyńscy w jakimś sensie używali elementów takiej polityki przeciwko Niemcom.
To nie wszystko - Zachód po prostu zapomniał, że w Polsce nie było faszyzmu. Przecież okres międzywojenny przemawia na rzecz państw Europy Środkowej - faszyzm narodził się we Włoszech,
Hiszpanii, Niemczech. Nie można powiedzieć, że na Wschodzie byli zacofani faszyści, a na Zachodzie demokracje. Wyrobiono sobie obraz Europy Wschodniej jako dziwacznego tworu, ponieważ nic o niej
nie wiedziano. Bo niby skąd można było się czegokolwiek dowiedzieć? Przypominam sobie czasy, gdy studiowałem w Cambridge, a potem wykładałem w Oksfordzie. Wtedy coś takiego jak historia
Polski, Czech czy Węgier w ogóle nie istniało. Historia krajów Europy Wschodniej pojawiała się jedynie jako element tzw. soviet studies i była ważna jedynie na tyle, na ile wiązała się z
historią Związku Sowieckiego. Po II wojnie znów przejęto metaforę ukutą przez Metternicha: "Wschód zaczyna się u bram Wiednia". Cofnięto się do mapy mentalnej z XVIII czy
XIX wieku. I aby to zmienić, trzeba bardzo dużo czasu i wysiłku. Obraz polskiego hydraulika, który kradnie pracę miejscowym, czy rumuńskiej prostytutki wpisuje się w tę tradycję. Dziś
dochodzi do tego jeszcze strach Zachodu przed globalizacją - przed niepewnym jutrem, nieszczelnymi granicami, delokalizacją, konkurencją nowych gospodarek. Otwarcie na Wschód stanowi w oczach
Zachodu element tej serii zdarzeń. Z tego powodu Polska braci Kaczyńskich wydawała się jeszcze straszniejsza.
Nie tylko. Trzeba pamiętać, że podobny pesymizm panował wśród dysydentów. Proszę sobie przypomnieć to zdanie Adama Michnika: "To nie komunizm jest najgorszy, tylko to, co nadchodzi
potem". Zachód znajdował potwierdzenie własnych obaw. Czescy dysydenci zachowywali się podobnie - pamiętam rozmowy z członkami Karty 77 w Pradze, w połowie lat 80. Było ich bardzo
niewielu, dotykał ich oportunizm całej reszty. Absolutnie nie wierzyli, że te oportunistyczne masy, niezadowolone, ale zarazem posłuszne reżimowi, przekształcą się w społeczeństwo
kosmopolityczne, otwarte na Zachód, wyrafinowane politycznie.
Trzeba sobie to jasno powiedzieć - choć nie było to ich zamiarem, ci straszliwi zbrodniarze, jakimi byli Hitler i Stalin, przyczynili się do powstania Europy znacznie mniej podatnej na kryzysy.
Dzięki wojnie, okupacji, zmianom granic, wypędzeniom i ludobójstwom prawie każdy mieszkał teraz w swoim własnym kraju, pomiędzy swoimi pobratymcami. Religijne albo etniczne mniejszości
stanowiły malutki procent populacji i zostały całkowicie zintegrowane w kulturowy i polityczny mainstream. Po Stalinie i Hitlerze Europa stała się całkowicie inna niż przedtem i zadecydowały
o tym nie tylko względy moralne. Hitler nie jest ojcem zjednoczonej Europy - coś takiego mogą powiedzieć jedynie szaleńcy. Jednak w pewnych wypadkach ciągłość jest większa niż się to
przyznaje na głos. Przyjrzyjmy się np. Niemcom. Przecież gigantyczny sukces tej gospodarki po wojnie jest w znacznym stopniu konsekwencją inwestycji z lat 30. w przemysł elektroniczny,
samochodowy, autostrady. W przeciwieństwie do tego, co się mówi, niemiecka gospodarka odrodziła się nie wbrew, lecz dzięki Hitlerowi...
Ma pan rację. I to jest dla mnie powód do wielkiego niepokoju. Rzeczywiście nikt na poważnie nie zastanawiał się, co tak naprawdę oznacza ta gigantyczna zmiana polegająca na połączeniu
dwóch Europ. Bez przerwy podkreśla się, co straciliśmy. Że Europa zbiedniała, bo te nowe kraje są biedniejsze niż starzy członkowie UE. Że Europa jest mniej stabilna, bo system decyzyjny,
liczenia głosów stał się jeszcze mniej przejrzysty. To wszystko prawda. Ale jednocześnie zapomina się o tym, że to otwarcie zmusza Europę do zrobienia czegoś, czego wcześniej próbowała
ona nie robić. Europa nie chciała otworzyć się na świat zewnętrzny - przebywanie w kokonie było jej głównym marzeniem. Dziś musi otworzyć się na świat zewnętrzny po prostu dlatego, że
sytuacja jest zupełnie inna. Dotarła do granicy z Rosją i musi jakoś ułożyć swe stosunki z tym bardzo trudnym krajem. Ma wspólne granice z Turcją, co oznacza, że musi zająć się
problemami w basenie śródziemnomorskim i na Bliskim Wschodzie. Już nie jest w stanie udawać, że wszystko, co dzieje się gdzie indziej, w żaden sposób jej nie dotyczy...
Tak. To jest dla mnie najpoważniejsza konsekwencja obecności krajów takich jak Polska - Europa musi w końcu odpowiedzieć na swoje wielkie pytanie. Po prostu nie ma innego wyboru. Choć na razie
nie jest do tego gotowa - niemal wszystkie państwa europejskie są dziś obsesyjnie skupione na problemach wewnętrznych.
Perry Anderson jest genialny, ale jako dawny trockista ciągle poszukuje teorii, za pomocą której można wytłumaczyć absolutnie wszystko. Tymczasem sprawy są zdecydowanie bardziej skomplikowane.
W krajach bloku wschodniego przez długi czas wyobrażano sobie Europę jako absolutne przeciwieństwo komunizmu. Na zasadzie, że komunizm jest złem, a Europa dobrem i rozwiąże wszystkie nasze
problemy - wystarczy w niej być. Dlatego kraje takie jak Polska bardzo często w ogóle nie zadają sobie pytania, po co chcą być w Europie. Z tego jednak, jak postępują, wynika następująca
odpowiedź: "Jesteśmy w Europie. Dostajemy subwencje. Możemy eksportować robotników i zmniejszyć bezrobocie. Możemy ściągnąć inwestorów, którzy chcą taniej
produkować". Tylko że taka odpowiedź jest bardzo niebezpieczna, bo w ogóle nie bierze pod uwagę tego, że taka sytuacja nie będzie trwać zbyt długo. Już dzisiaj siła robocza w
Czechach staje się zbyt droga. Dlatego inwestycje przenoszone są do Rumunii. A za kolejnych 10 lat znajdą się jeszcze gdzie indziej.
Często jeżdżę do Bratysławy. Słowacy mówią mi bez przerwy: "Będziemy nową Kalifornią, zbudujemy drugie Palo Alto. Mamy niskie podatki, niemal nieograniczoną wolność
gospodarczą i inwestorów, którzy przybywają z całego świata. Chcemy być Amerykanami". A ja im odpowiadam: wasze dni są policzone. Nie jesteście żadnymi Amerykanami w Europie. Wasz
rozwój gospodarczy jest zbudowany na subwencjach z Brukseli. To dzięki tym subwencjom możecie obniżyć podatki. To dzięki temu możecie ściągnąć niemieckich inwestorów, którym tak
podobają się wasze niskie podatki. Tylko co potem? Bo przecież inwestorzy odejdą. I albo staniecie się od nowa biedną częścią Europy, nieustannie rozpamiętującą swoją marginalność,
albo zainwestujecie - w sensie tożsamościowym - na 100 proc. w Europę. Przestaniecie mówić: "Jesteśmy bardziej amerykańscy niż europejscy". Rzucicie się w konwersację
europejską dotycząca kwestii państwa opiekuńczego, zgodzicie na pewne ujednolicenie polityki społecznej i nie tylko jej. I w ten sposób przysłużycie się do powstawania Europy aktywnej w
świecie.
Jest jedna potrzeba, która jest wspólna dla wszystkich krajów europejskich: żyjemy w czasach, gdzie potrzeba bezpieczeństwa jest coraz większa. I tu nie chodzi o terroryzm. Tu chodzi przede
wszystkim o globalizację. Coraz wyraźniejszy jest lęk, że przyszłość będzie znacznie gorsza. Ruchomość świata - w kwestiach dotyczących pracy czy stylu życia - przeraża nas.
Ograniczenie ryzyka staje się tematem dominującym życia ekonomicznego, społecznego, kulturalnego i oczywiście politycznego. Trzeba wyznaczyć granice, zdefiniować wspólnoty. Trzeba sobie
wreszcie odpowiedzieć na pytanie: "Co to znaczy być w tej nowej Europie stojącej przed wyzwaniami globalizacji Polakiem czy Francuzem?". Odpowiedź na to pytanie musi zawierać
elementy takie jak: reguły dotyczące imigracji, stosunek do państwa dobrobytu, relacje ze światem zewnętrznym. Europa musi także zdefiniować swój stosunek do protekcjonizmu...
Jest tak, jak pan powiedział - refleksja następuje po, a nie przed. Wszyscy zachowują się tak, jakby Europa nadal była kokonem, podczas gdy tak naprawdę żyjemy już w atmosferze
post-dobrobytu, post-bezpieczeństwa, post-dostatku. Do niedawna opowiadano nam piękną historyjkę o tym, jak państwa narodowe znaczą coraz mniej, że są już do niczego niepotrzebne. To jest
coraz mniej prawdziwe. W USA większość kandydatów demokratycznych mówi o protekcjonizmie w kwestiach imigracji czy gospodarki. 20 lat temu byłoby to całkowicie niemożliwe.
To nie zmienia faktu, że problem istnieje. Prawica nacjonalistyczna ma coraz więcej zwolenników w Niemczech, Holandii, Szwajcarii. Nawet w Norwegii prawica ma 15 proc. Z jakiego powodu? Norwegia
jest przecież rajem na ziemi. To po prostu wyraz lęku, że raj nie będzie trwał... Na dodatek - wraz z tą całą nacjonalistyczną retoryką - europejskie centrum przeniosło się na prawo.
Zwłaszcza w kwestiach dotyczących imigracji - coraz wyraźniej widać lęk, że państwo opiekuńcze będzie wykorzystywane przez napływających cudzoziemców. Spojrzenie na rolę, granice, wady i
zalety państwa całkowicie zmieniło się w Europie i nie ma to nic wspólnego z dawnymi podziałami politycznymi. Skrajna lub tradycjonalistyczna prawica - także w Polsce - mówi o potrzebie
państwa opiekuńczego, obronie biednych i przemysłu narodowego. I to się tak naprawdę niczym nie różni od skrajnej lewicy, pomijając retorykę nacjonalistyczną. Wszystko to dowodzi jednego -
Europejczycy muszą wreszcie jasno postawić pytania: Jakiego państwa potrzebujemy? Jakie mają być kompetencje tego państwa? Jakie mają być stosunki między państwem a Europą? Nie ma
ważniejszego zadania.
p
, ur. 1948, historyk, profesor New York University, zajmuje się przede wszystkim najnowszymi dziejami Europy oraz historią idei. Jest specjalistą od intelektualnej historii Francji, zwłaszcza francuskiej lewicy - poświęcił jej kilka książek, m. in.: "Past Imperfect: French Intellectuals 1944 - 1956" (1993) oraz "The Burden of Responsibility: Blum, Camus, Aron and the French Twentieth Century" (1998). Współzałożyciel i dyrektor utworzonego w 1995 roku Instytutu Remarque'a, który zajmuje się m.in. badaniem historycznych relacji między Europą i Ameryką. W Polsce w przyszłym roku ukaże się jego monumentalna historia powojennej Europy "Postwar" (wyd. ang. 2006). W "Europie" nr 126 z 9 września 2006 roku opublikowaliśmy jego tekst ">>Pożyteczni idioci<< Busha".