PO, zdaniem Śpiewaka, będzie próbowało kreować się na partię "do bólu" wręcz pragmatyczną, unikającą jak ognia ideowych sporów. Najgorszą rzeczą, jaką w tej sytuacji mogłoby zrobić PiS, jest podgrzewanie takich konfliktów. Partia ta będzie musiała raczej na nowo określić swoją rolę, a po części także polityczną tożsamość. W tym sensie jej pozycja jest trudniejsza niż pozycja PO. Populistyczny język, którego używało dotąd PiS, coraz bardziej rozmija się ze społecznymi nastrojami. Polacy mają dziś więcej ufności we własne siły, a język "układu", podejrzliwości czy politycznej zemsty już do nich nie trafia. Jak zatem zachowa się rządząca dotychczas partia? Jarosławowi Kaczyńskiemu udało się zbudować szeroki obóz prawicowy i wyeliminować mniejsze ugrupowania populistyczne - zauważa Śpiewak. Zapewne zechce więc zachować swoją dominację na prawej stronie politycznej sceny. Będzie też kokietował wyborców retoryką obrony "skrzywdzonych i poniżonych".

p

Paweł Śpiewak*

Polska scena polityczna po wyborach

Ostatnie wybory wniosły nową jakość na polityczną scenę. Powstał długo oczekiwany przez wielu badaczy i polityków system dwuipółpartyjny. Mamy dwa wielkie obozy i nieliczne formacje - istotne, bo domykające koalicje, ale mniej już ważne z punktu widzenia nastrojów społecznych. Nowy system powstał bez zmiany ordynacji parlamentarnej z proporcjonalnej na większościową. Jest to system, jak można sądzić, dość trwały, który zapewne utrzyma się przez następne kadencje sejmowe.

Dlaczego tak sądzę? Otóż po zmianie (która nastąpiła w roku 2001) systemu finansowania partii politycznych i systemu zwrotu kosztów za kampanie wyborcze bardzo niewielkie szanse na zaistnienie mają partie spoza "establishmentu". Przewaga partii parlamentarnych nad resztą politycznych formacji jest zaiste olbrzymia. Partie te dysponują stałą dotacją, otrzymują spore pieniądze za wybory i dodatkowo - co ważne - mają zapewniony nieograniczony dostęp do mediów publicznych. Rocznie na politykę państwo przeznacza mniej więcej 90 milionów złotych w postaci dotacji, nie licząc olbrzymich sum pieniędzy na parlamentarzystów - ponad 20 tysięcy miesięcznie na każdego posła lub senatora. Tak więc skazani jesteśmy na to, co mamy, i ani Partia Kobiet, ani Partia Pracy, ani nawet Zgromadzenie Krasnoludków nic na to nie pomogą.

Partie mogą znikać, ale szansa, by jakieś nowe weszły do parlamentu, jest mniejsza. Możemy się bardzo cieszyć, że Samoobrona i LPR zostały odrzucone przez wyborców. Niegdyś grupa Leppera osiągała niemal 30 proc. poparcia i liderzy PO uważali ją za najgroźniejszą dla państwa formację polityczną. Jan Rokita trzy lata temu w programie "Co z tą Polską?" zwracał się do widzów oraz bladych ze złości Giertycha i Leppera, mówiąc: chodzi o to, by tacy ludzie nigdy nie rządzili Polską. Okazało się, ku zaskoczeniu wielu (mojemu również), że Samoobrona zginęła nie tylko dlatego, że tak ją krytykowaliśmy, i nie tylko za sprawą seksafery, lecz z powodu koalicji wyborczej z PiS i niezaspokojonej miłości do kolumn samochodów poruszających się na sygnale.

Reklama

Tak więc jedne partie kończą swój żywot, ale nowe nie mają większej szansy na wynurzenie się z niebytu. Problemem nie jest poziom instytucjonalizacji nowych partii (starsze, jak partia Jarosława Kaczyńskiego, mają realnie kilkanaście tysięcy członków - okazuje się, że można osiągnąć całkiem przyzwoity wynik wyborczy, dysponując nieliczną acz dobrze zmoblizowaną partią kadrową), nie jest nim też przywództwo - polityków bez wojska mamy sporo. Po prostu brakuje niezbędnych każdej publicznej działalności pieniędzy. Tym bardziej że w sferze politycznej rola wolontariatu z roku na rok maleje. Szeregowi członkowie partii są niezbyt aktywni. Za wszystko - od wieszania plakatów do wymyślania kampanii - trzeba dużo płacić. Potrzebne są poza tym media, a zainteresowanie nową partią trwa krótko. Wystarczy na zaistnienie, nie wystarczy na przekroczenie progu wyborczego.

Szansa na zmianę porządku finansowania partii jest prawie żadna. W interesie obecnych już w parlamencie formacji politycznych jest utrzymanie istniejącego stanu rzeczy. Po co zresztą te duże partie miałyby się dzielić pieniędzmi i wspomagać swoich potencjalnych konkurentów? W Polsce mamy do czynienia ze swoistą kartelizacją sceny politycznej, czyli nie wprost wypowiedzianą "zmową" ugrupowań skądinąd wrogich sobie czy niechętnych, zawartą po to, by nie zmieniać systemu finansowania partii politycznych.

Oczekuję, że przez wiele lat będziemy żyli z tak spolaryzowaną sceną polityczną. W tej sytuacji - co oczywiste - dwie wielkie partie będą się rozwijały i wyznaczały swoje tożsamości w opozycji wobec siebie. Ich poglądy na wiele spraw będą formułowane przez negatywne odniesienie, w sytuacji konkurowania o wyborców oraz o wpływy w masowych mediach. Kiedy Platforma mówiła o podatku liniowym, PiS natychmiast podjęło kampanię negatywną. Gdy PiS zaprosiło do rządu Samoobronę, Tusk utożsamił premiera oraz nowo mianowanego wicepremiera ze sobą. Tak celnie, że Jarosław Kaczyński głęboko urażony zaczął domagać się przerwania obrad Sejmu. PiS rozbudzało konflikt z Niemcami i generalnie z krajami Unii Europejskiej, a polski rząd traktowany był przez media światowe wyjątkowo źle. W tej sytuacji zachodni dziennikarze z góry dali wczorajszej opozycji wysoki i ugruntowany swoją niechęcią do PiS kredyt zaufania. Zgiełk polityczny był i zapewne będzie duży, a że większość nawet aktywnej publiki politycznej - w szczególności publicystów i bardzo przejętych naszym losem intelektualistów (mam na to dość przykladów) - zatrzymuje się na tym hasłowym poziomie refleksji politycznej, więc to, co głośne, bierze się za prawdziwe. Zwraca się uwagę na poziom hałasu i estetykę polityki, mało lub niewiele uwagi poświęcając jej rozumieniu. Na podstawie wyborczych manifestacji czy tylko szeroko komentowanych retorycznych sporów niewiele da się wszak powiedzieć na temat tego, kto jaką wyznaje ideologię.

Oczywiście każda partia dysponuje książeczką z programami, ale zwykle poza ogólnymi, nawet ciekawymi deklaracjami dobrej woli niewiele tam można znaleźć. Obawiam się, że nikt z liderów nie traktuje swoich deklaracji partyjnych zbyt poważnie. Jak powiedział jeden z polityków, kampanii nie wygrywa się programami. Ma rację, tyle że, kiedy przychodzi do rządzenia, dobrze przemyślane programy okazują się niezbędne. Widzieliśmy, że odchodząca koalicja była tylko cząstkowo przygotowana do władzy i gdy okazało się, że PO - PiS jednak nie powstanie, sięgnięto po polityków oraz fachowców spoza własnego obozu. Kimś wszak trzeba rządzić. Poza tym Kaczyński rozumiał po dośwaidczeniach nieszczęsnych rządów SLD - PSL, że zbyt daleko idące upartyjnianie państwa jest niebezpieczne właśnie dla partii władzy. Zyskuje ona co prawda stanowiska oraz wpływy, ale konflikty istniejące w administracji państwa przenoszą się do wewnątrz partii. Podział państwa na partyjne baronia - na co chętnie zgodził się Leszek Miller - skończyło się dziesiątkami afer korupcyjnych (np. Opole, Łódź) i w sumie zasłużoną, moralną kompromitacją obozu lewicy postkomunistycznej.

Jarosław Kaczyński dobrał kierowników resortów nie tyle do swojej ideologii, co raczej do pragmatyki rządzenia, a przede wszystkim do potrzeb gry politycznej. Wziął Zbigniewa Religę, który przed wyborami 2005 roku prezentował dokładnie odwrotny program w stosunku do tego, jaki deklarowało PiS oraz odpowiedzialny w partii za koncepcję reform w służbie zdrowia wiceminister Bolesław Piecha. Podobnie w finansach, gdzie ministrem została autorka idei podatku liniowego, czyli czegoś, co wydawało się absolutnie wstrętne prawicy. Nie inaczej rzecz się miała w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego, a także w polityce zagranicznej. Znaczna część liderów PiS oraz osób odpowiedzialnych za politykę zagraniczną wnosiła do niej antyunijne nastawienie i poglądy bliskie nacjonalizmowi. Fakty te pokazywały, że PiS nawet w sprawach ważnych traktuje swoje zobowiązania w sposób instrumentalny i że będzie dobierało ministrów oraz język polityczny zależnie od potrzeb i okoliczności, a nie wedle gotowego ideologicznego wzorca. Elastyczność polityczna zgadzała się z daleko idącą elastycznością języka/języków partii. Wygrywała w dużej mierze zasada skuteczności, czyli gnębienia przeciwnika. Inne partie też zapominały o swoich hasłach programowych (np. zniesienie Senatu) albo po prostu na wszelki wypadek na czas kampanii ich nie miały.

Skutków takiego stanu rzeczy jest kilka. Po pierwsze, wzrasta czynnik nieprzewidywalności na scenie publicznej. Jeżeli partia rządząca lub koalicja może z dnia na dzień zmieniać swoje priorytety i idee zależnie od ważnej potrzeby (por. historia warszawskiego stadionu), to zachowuje się trochę tak, jakby nie miała zobowiązującej jej przeszłości oraz wiążących idei. Skoro partii nie wiążą zanadto wyborcze obietnice, to trudno wymagać od obywateli szczególnego zaufania do polityków i państwa. Zresztą - co pokazuje nasze codzienne doświadczenie, jak i badania socjologów - coraz lepiej radzimy sobie bez państwa. Po drugie, mocno popsuł się język polityki, który obrasta słowami pustymi. Pokomunistyczna nowomowa wraca do nas i dominuje w wypowiedziach publicznych. Język polityka wydaje się pochodzić z innej niż euklidesowa przestrzeni geometrycznej i nie podlega ocenie w kategoriach prawda - fałsz, dobro - zło. I wreszcie po trzecie, do końca nie wiemy, czy instrumentalnie traktowany język publiczny wskazuje na to, że polityk ukrywa z jego pomocą swoje myśli, czy też (jak miewam często wrażenie), że do braku myśli u polityka pasuje język bez zobowiązań i właściwości.

Z pewnością tożsamość partii wynika z gry między nimi. Nie jest w nich, ale między nimi. Element interakcyjny ma w tym wypadku znaczenie zasadnicze. PiS nie może już istnieć bez PO i wzajemnie. Konfliktowy sposób uprawiania polityki będzie sprzyjał takiemu złemu wzajemnemu uzależnieniu. W takiej sytuacji trudno powiedzieć, kto jest kim - kto jest lewicą, kto prawicą, kto okcydentalistą, kto nacjonalistą. Wiadomo, że wyborcy głosują przeciw: jedni przeciw kłótnikom, inni przeciw ideologii "Wzbogacajmy się, panowie!". Owe negatywnie stworzone elektoraty odegrały w ostatnich wyborach decydującą rolę. Wielu obserwatorów sceny politycznej skłonnych jest sądzić, że nie tyle wygrała PO, ale przegrało i to bardzo PiS. Przy silnej polaryzacji sceny politycznej wybory zamieniły się w plebiscyt, a program tracił na znaczeniu. Definiowanie partnerów w języku prawica - lewica nie ma w tej sytuacji większego sensu - poza tym, że ktoś siebie nazywa lewicą albo prawicą.

Najpewniej każda z wielkich partii konstruowała swoje przesłanie i nadawała jednej ze spraw publicznych nieproporcjonalną wagę po to, by w pierwszym rzędzie pokazać swoją odrębność. W ten sposób PiS wskazywało - tak jak dwa lata temu - na korupcję, choć wyborcy w sondażach przedstawiali już całkiem inne priorytety. Twórcy kampanii wyborczej partii Kaczyńskiego tym razem badań społecznych nie doczytali. PO nie kwestionowała roli CBA, wskazała natomiast na swoje priorytety: migracje zarobkowe i "cud irlandzki". Ten rodzaj haseł tym razem okazał się bardziej chwytliwy.

Zmieniły się osie wyborczych podziałów. Wbrew mniemaniu wielu socjologów i politologów spór o przeszłość komunistyczną, rolę postkomuny czy lustrację nie odegrał istotnej roli w kampanii. Bezzębna okazała się też rzekoma polska lewica. Wyborcy w ciągu kilku ostatnich dni kampanii mocno zmienili poglądy. Jeszcze dziesięć dni przed 21 października wydawało się, że albo niewielką przewagą wygra PiS, albo ledwo ledwo PO. Nie potrafię do końca stwierdzić, dlaczego tak nagle i w sposób tak zaskakujący przesunęły się sympatie wyborców. Czy chodzi tu o debaty polityków, czy też o zachowanie Kwaśniewskiego w Szczecinie. Zmiana jest realna. Jeszcze kilka miesięcy przed wyborami twierdziłem, że PO może zdobyć 35 - 37 proc. głosów. Autorzy "Diagnozy społecznej 2007" (pod redakcją Janusza Czapińskiego) dawali orientacji PO około 30 proc. Nie mieliśmy racji. Okazało się, że niechęć do rządzącej koalicji była zdecydowanie większa.

Mapa wyborcza Polski jest i będzie po wielekroć analizowana. Jak przy referendum europejskim większość z nas poszła do urn i większość opowiedziała się za zmianą partii rządzącej. Tylko co to znaczy? Czego wyborcy oczekują? Czy oznacza to, że rządząca formacja potknęła się o własne nogi, że wywrócił ją podział, który sama głosiła - na prowincję i miasta, rzekomo biednych i (potencjalnie) bogatszych, na grupy ludzi żywiących więcej nadziei co do przyszłości i tych, którzy mniej mają zaufania do przyszłości i do siebie samych? Czy decydujący jest podział zaborowy, czy też podział dochodowy poszczególnych województw? Może chodzi o poziom kapitału kulturowego i stopień dopasowania do rynku pracy. Może ma to związek z wyjazdami zagranicznymi do pracy. Okazuje się, że przeciętny zarobkowy imigrant pochodzi albo ze wsi, albo z małego miasteczka, z regionu zwanego zaborem rosyjskim, jest dość młody, ma zawodowe lub średnie wykształcenie. Tyle że emigranci, którzy w Polsce doskonale pasowaliby do profilu społecznego wyborców PiS, na emigracji gremialnie głosowali na PO.

Z pewnością wyborów nie sposób sprowadzić do kwestii za lub przeciw modernizacji (jak chcą liczni teoretycy), za lub przeciw UE, za lub przeciw Kościołowi. Tego rodzaju grube podziały i krzykliwe opozycje znaleźć można w wypowiedziach liberalnych ideologów, ale nie należy się nimi przejmować. Badacze społeczni mówią, że Polska ulega tak czy inaczej wpływom postaw konserwatywnych. Wzrasta, twierdzą naukowcy, rola postawy "dominacji", przekonań typu "porządek musi być", "są narody zasługujące i niezasługujące na szacunek", "są postawy z natury dobre i złe". Konserwatywna orientacja bardzo wielu Polaków widoczna jest w naszym stosunku do religii. Co prawda mniej Polaków chodzi do kościoła, ale coraz więcej się modli i do Boga odwołuje. Ten konserwatyzm jest jednak politycznie bardzo niedookreślony. I pozostawia spory margines swobody, jeśli chodzi o polityczne wybory.

Proponuję posłużyć się dwiema hipotezami wyjaśniającymi przegraną PiS, które niewiele mają wspólnego z podziałem na lewicę i prawicę. Pierwsza hipoteza głosi, że depresyjno-konfliktowy, oparty na motywie kary, resentymentalny styl politykowania nie odpowiada generalnej poprawie nastrojów psychologicznych i społecznych Polaków. Równie istotna, jak przekonania oraz działania liderów PiS, jest aura psychiczna, jaką wokół siebie tworzyli. Fakt, że współpracowali z Lepperem i Giertychem, ma tu duże znaczenie. Zapłacili za to wysoką cenę. Styl sprawowania władzy przez odchodzący rząd oparty był na idei konfliktu oraz przeciwstawiania sobie różnych grup społecznych, interesów, racji, w którym to starciu nie było ani jeńców, ani kompromisu. Było tylko - jak w sporze o Gombrowicza - jedno rozwiązanie. Gombrowicz, tak jak Balcerowicz, miał odejść. Idea konfliktu wszczepiała w nasze myślenie ducha podejrzliwości. Budzono raczej postawę niechęci, potępienia (histeryczna niechęć wobec odmiennych orientacji seksualnych; jawnie antysemickie i nacjonalistyczne idee w LPR oraz w medialnym koncernie Rydzyka popieranym przez większość biskupów oraz prawicę) i zarazem puste moralizatorstwo z niedoszłym Instytutem Wychowania Narodowego. Co za bezwstydna megalomania! Chętnie odwoływano się przy tym do idei kary: karać miano wszystkich, od przestępców po niegrzeczne dzieci. Niemal rewolucyjnej frazeologii towarzyszył, jak pośród pielgrzymów Radia Maryja, ten sam duch wybraństwa, misji przeciwstawiony wrogiemu i zepsutemu światu.

Miałem jak wielu innych ludzi poczucie, że jest to niedobry styl, który nie odpowiada ani bliskim mi ideom, ani nie służy porozumieniu. Eksponuje natomiast typowy dla populizmu styl działania. Nie chcę powiedzieć, że PiS tak jak Samoobrona jest formacją populistyczną. Istotne natomiast jest to, że ten rodzaj postaw upowszechnił się przez ostatnie dwa lata, stając się niemal oficjalną wykładnią władzy. PiS zaraził się od swoich sojuszników językiem i postawami antyelitarnymi, nieufnością do demokracji, demagogią, nadmiernym eksponowaniem roli wodza i jego drużyny. Populizm wprowadza ferwor rewolucyjny. W polityce zagranicznej posługuje się archaiczną ideą egoizmu narodowego. Zawsze wywołuje niepokój i dzieli. Populizm paradoksalnie - zjawisko to jest dość częste - wprowadza ożywienie do sfery publicznej. Dzieląc, budzi sympatyków, ale również jeszcze liczniejszych przeciwników. Mało kto może pozostać obojętny. Wysoki poziom wyborczej aktywności wiązałbym właśnie z antypopulistyczną reakcją. Jarosław Kaczyński i jego rząd z pewnością zmuszali obywateli do zajmowania postaw politycznych. Politycy koalicji byli za wyraźni, za głośni i za bardzo irytujący. Szczególnie mieszkańcy większych miast mogli w tej postawie jątrzenia, w tym archaicznym myśleniu o państwie dostrzec zagrożenie dla siebie. Mam wrażenie, że ten rodzaj populistycznej psychologii rozmija się z nastrojami psychicznymi oraz społecznymi znacznej części obywateli. Badania wskazują na rosnący optymizm w wielu wymiarach życia ugruntowany wzrostem zamożności i zmniejszającym się bezrobociem. Wierzymy, że poprawie ulega jakość naszego życia, że potrafimy dawać sobie radę z problemami życiowymi. Wiemy, że maleją skłonności depresyjne. Nawet badacze notują od kilku lat (mniej więcej od 2000 roku) zmniejszanie się przestępczości. Ufamy w to, że Polska znalazła się na dobrej drodze. Wierzymy w zbiorowe szanse na lepsze życie. Mamy w sobie sporo optymizmu, zaradności, doceniamy cnoty typowe dla indywidualistycznej postawy. Zwracamy się bardziej ku przyszłości, a nie ku swoim lękom, niespełnieniom czy irytacjom. (Czemu nie przeczy fakt, że większość z nas jest niezadowolona z transformacji ustrojowej po 1989 roku, a ideały demokracji wydają się zakorzenione nader płytko). Nie chcemy winić tylko innych - systemu, komuny, bogatych - za własne niepowodzenia. Nieco wzrosło w nas poczucie sprawczości i kontroli nad własnym losem.

Jeżeli ten skrótowo naszkicowny portret psychologiczny wyraża postawy znacznej części obywateli, raczej osób lepiej wykształconych, pochodzących z większych miast, to możemy powiedzieć, że apele psychologiczne odchodzącej ekipy są niezbyt trafne, a ich rozeznanie stanu umysłów nie było w czasie wyborczym najlepsze. Na początku tego roku PiS próbowało zresztą nieco przestawić tożsamość na zorientowaną zadaniowo, bardziej modernizacyjną, indywidualistyczną, ale niewiele z tego wyszło. Stary wirus podejrzliwości i kary okazał się silniejszy. PiS nie w pełni utrafiło ze swoją kampanią wyborczą w zmieniające się nastroje społeczne i zmiany w społecznej stratyfikacji. Wyraża bowiem ideologię i postawę z początku czasów transformacji, mniej już obecnie żywą i przekonywającą.

Jest i druga hipoteza wyjaśniająca sukces PO i generalnie postaw wobec PiS nieżyczliwych. (Razem z LiD oraz PSL to niemal 300 foteli w Sejmie). Siła i słabość PiS-owskiej koalicji była ugruntowana w dość konsekwentnie głoszonej ideologii. Po dwóch latach ataku propagandowego wiele osób czuje się tym językiem zmęczona i zirytowana. Powrót do radykalnej retoryki zawierającej marksistowskie akcenty nie znajduje odzewu. Nieustanne posługiwanie się kategoriami klasy (oligarchii, postkomuny), interesów klasowych, wydziedziczenia, nierówności, konfliktu odgrywało zasadniczą rolę w tworzeniu poparcia politycznego, ale budziło też silną opozycję. Ideologia IV Rzeczypospolitej krążyła wszak wokół idei znanych z PRL-owskiego marksizmu-leninizmu. Mówiono, jak wtedy, o bazie (siły wytwórcze w rękach kapitalistów-postkomunistów) oraz nadbudowie (ideologie, media jak "Gazeta Wyborcza", "Polityka", szkoły) działającej w interesie klasy hegemonicznej.

Program formacji PiS-owskiej ma przy tym cechy rewolucyjne i dlatego budzi niepokój demokratów. W optyce PiS zmienić należy wszystko: usprawnić państwo, przywrócić elementarny sens poczuciu sprawiedliwości społecznej, otworzyć nowy rozdział w dziedzinie polityki zagranicznej, na nowo wychować elity i odbudować pamięć zbiorową. Zadania to gigantyczne i nie wiem, czy narzędzia demokracji parlamentarnej są dla nich wystarczające.

Warto wyodrębnić tu i podkreślić trzy warstwy tej ideologii. Są to: duch sanacyjnej odbudowy państwa (w tym systemu sprawiedliwości), duch socjalny (krytyka elit pieniądza, prawa i intelektualistów w imię zapoznanych rzekomo potrzeb szerokich mas) oraz duch narodowokatolicki. Ideologia ta mimo różnorodności jest, czy wydaje się, całkiem spójna. Wiemy, że miała silną moc integrującą, a wielu posłom i senatorom zastępowała potrzebę myślenia. Można nazwać program PiS prawicowym, bo podejmuje i rozwija wszystkie wątki obecne w repertuarze dotychczasowych polskich partii prawicowych. Tym jest to ważniejsze, że zamiarem Kaczyńskiego było wyeliminowanie skrajnej prawicy przez stworzenie szerokiego obozu - od nacjonalistów po quasi-liberałów jak Gilowska. Były premier miał zamiar zepchnąć PO na miejsce liberalno-lewicowe i zyskać całkowitą dominację nad wszystkimi ruchami postsolidarnościowymi.

Jarosław Kaczyński odniósł pewien sukces. Wszystko, co hałaśliwie prawicowe, skupił w swoim obozie, eliminując tym samym formacje skrajne. Doprowadził do tego (czy może raczej doszło do tego), że powstał dwupartyjny system władzy. Tyle że jego partnerem nie jest liberalna lewica. Aleksander Kwaśniewski okazał się mało walecznym politykiem i wbrew nadziejom i oczekiwaniom PiS nie chciał pokonać Tuska. Nie stworzył też liczącego się obozu lewicy.

Naprzeciw siebie stoją teraz dwie wielkie partie o rzekomo prawicowych poglądach. Politycy Platformy nie używają słowa liberalizm, choć wielu spośród nich z partii liberalnej się wywodzi. Unikają takich kwestii jak jakość czy zagrożenie demokracji, przyszłość Trybunału Konstytucyjnego. Nie lubią ideologii. Jeżeli już trzeba, podkreślają związek z tradycjami katolickimi, a skądinąd wiadomo, że PO wniosła o dofinansowanie z budżetu państwa uczelni katolickich, organizuje dni modlitwy, a większość jej posłów jest głęboko przywiązana do swojej wiary. Natomiast w kwestiach bieżących - sądząc z wypowiedzi liderów partii - dominuje postawa pragmatyczna lub też zadaniowa. Nie bardzo wiem, co PO zrobi w szkolnictwie, jak usprawni budowę autostrad, czy chce odpłatności za studia. Z pewnością jednak każdą decyzję podejmie, rozpatrzywszy przede wszystkim przyszłe wyborcze zyski i straty.

W tej sytuacji PO będzie się jawić (w opozycji do PiS) jako partia proeuropejska, wolna od dogmatów ideologicznych, pragmatyczna aż do bólu. Nastanie nasz chwilowy "koniec wieku ideologii", wygra hasło "wybierzmy przyszłość". Nikt w obozie rządzącym nie ma zresztą potrzeby i skłonności ku wielkim narracjom. Cóż za zmiana i ulga - powiedzą liczni intelektualiści, wyborcy, czytelnicy gazet - po dusznej atmosferze ostatnich dwóch lat.

Jeżeli więc PO zajmie miejsce prawicy nowoczesnej, modernizacyjnej, ale i religijnej (albo tak będzie się w każdym razie prezentować), to najgorsze, co mogłoby uczynić PiS, to wzmacnianie swojej tradycjonalistycznej ideologii, powrót do antykomunizmu i powtarzanie deklaracji walki z korupcją i układem. (W ten język "układowy" nie bardzo zresztą wierzy już większa część PiS-owskich posłów). Nie ma co wszczynać wojen kulturowych tak modnych przed laty w zachodniej Europie. Takie hasła wystarczą do zachowania pozycji najsilniejszej partii opozycyjnej, ale chyba już nie do odzyskania władzy. PiS, jak przypuszczam, zechce przetrwać jako prawica narodowa, ale być może będzie także wzmacniać swoją lewicową tożsamość, broniąc równości oraz społecznej sprawiedliwości. Na razie z pewnością nie wygra walki z PO o szeroko pojęte centrum. Swoją psychologią i ideologicznymi schematami na długo je sobie zraziło.

Wiele z haseł czy projektów PiS może w praktyce przetrwać. Albo dokładniej: nowa partia u władzy nie zechce ich kwestionować choćby ze względu na agresywną opozycję. Tak będzie z programem walki z korupcją. Kilka innych idei poprzedniego rządu wydać się może interesujących, jak choćby pomysł usprawniania działania prokuratur, sądów czy - już z innej beczki - zachowania w części programu bezpiecznej szkoły. Ale PO przejmując flagowe propozycje odchodzącej koalicji, tylko ją programowo osłabi. Tym bardziej paląca jest konieczność wymyślenia przez PiS na nowo własnej roli. Bo teraz to właśnia ta partia przechodzi do defensywy, a po zmieceniu ze sceny publicznej ksenofobów, nie ma już po co gorliwie zabiegać o to, co nazywane jest prawicowym betonem. Osłabnie lewicowa "noga", bo zaginęła jej namiastka populistyczna, czyli Samoobrona, a LiD - rzekoma lewica - ma wszelkie cechy partii władzy i partii starego reżimu. Może rozgrywać hasła liberalne, skrzeczeć coś o parafiańszczyźnie, bronić mniejszości, ale wielu punktów wyborczych jej to nie przyniesie. LiD na razie pozbawiona jest programu, a występ tej formacji w roli pierwszej opozycji wobec IV RP zaliczyć można do nieudanych. Za lewicę "robić" jej tym trudniej, że posłowie LiD należą do ludzi świetnie zarabiających i nader majętnych.

Nie widzę też szansy na powstanie nadzwyczajnie dynamicznej partii lewicy niekomunistycznej. Szkoda, bo brak nam kontynuacji przedwojennej PPS. Wszystkie te formacje, które chciały mówić językiem zachodnioeuropejskich ruchów alternatywnych, nie mają u naszych wyborców powodzenia. Ale miejsce na lewicy jest puste. Może się o nie ubiegać wiele partii, być może nawet formacja Jarosława Kaczyńskiego - byle tylko nie kosztem haseł modernizacyjnych i europejskich.

Podział biegunowy pozostanie, jednak role nie zostały w nim do końca rozdane. Tym razem to PiS musi intensywnie szukać swojego miejsca na mapie ideowej. PO (z koalicjantem) ma ją w postaci ministerstw, licznych samorządów i wyzwań, które na nią czekają.

Paweł Śpiewak

p

*Paweł Śpiewak, ur. 1951, socjolog, historyk idei, publicysta, jeden z najważniejszych przedstawicieli polskiego liberalizmu. Wykładowca Instytutu Socjologii na Uniwersytecie Warszawskim. W poprzedniej kadencji był posłem z ramienia PO. Ostatnio wycofał się z czynnej polityki. W latach 80. był związany z "Solidarnością". Współzałożyciel takich pism jak "Res Publica Nowa" i "Przegląd Polityczny". Wydał m.in. książki "Ideologie i obywatele" (1991), "W stronę wspólnego dobra" (1998), "Obietnice demokracji" (2004) oraz "Pamięć po komunizmie" (2005). Wielokrotnie gościł na łamach "Europy" - ostatnio w nr 188 z 10 listopada br. opublikowaliśmy wywiad z nim "Wyzwanie dla liberałów".