p
Zdzisław Najder*
Dlaczego polska polityka nie jest normalna
W Polsce jest jeszcze za wcześnie na politykę małych kroków i umiarkowane ciepełko dobrze działających "normalnych" instytucji, o których pisał Marcin Król w swoim tekście "Mniej wrogości, mniej dramatu" ("Europa" z 10 listopada). Nie stać nas na to ze względu na charakter naszego społeczeństwa i panujące nastroje w nim.
Marcin Król twierdzi co prawda, że w Polsce nie istnieją w tej chwili "normalne" partie polityczne, jednak opisuje naszą rzeczywistość polityczną tak, jak gdyby powstanie takich partii było tylko kwestią (niedługiego) czasu. Na razie mamy zaledwie jedną normalną partię: PSL. Przez "normalność" rozumiem posiadanie wykształconych struktur, ogólnej wizji programu (wraz ze zdolnością przekazania jej wyborcom) oraz istnienie nieco dłuższe niż tylko od wyborów do wyborów. PSL spełnia wszystkie te warunki: ma bardzo długą historię, zmieniało nazwy, ale zachowało ciągłość personalną, strukturalną, a także programową - ta ostatnia nie jest być może całkiem wyraźna, ale i tak wyraźniejsza niż wszystkich pozostałych partii w Polsce razem wziętych. Jest również jedyną dużą polską partią, która trwa mimo że zmieniają się jej przywódcy.
Pozostałe partie - nawet w sensie czysto formalnym - istnieją przeważnie od wyborów do wyborów, czego najlepszym przykładem była AWS. I całe życie partyjne jest nastawione na walkę wyborczą, podczas gdy partie w krajach o rozwiniętej demokracji mają programy obliczone na lata, prowadzą ze sobą dialog bardziej programowy, a mniej agresywny. Oprócz dobrego wyniku w wyborach chodzi o przekonanie wyborców, by popierali daną partię w dłuższej perspektywie, niezależnie od sprawowania władzy. W tym sensie partie mają pewnego rodzaju "misję edukacyjną" - przyzwyczajają społeczeństwo do lojalności wobec siebie.
Dlaczego w Polsce jest to teraz niemożliwe? Aby to zrozumieć, należy użyć nieco innego języka niż ściśle politologiczny, którym posługuje się Marcin Król. Mąż opatrznościowy ostatnich miesięcy, Władysław Bartoszewski, trafił w sedno, opisując rzeczywistość polityczną w kategoriach psychologicznych. Obóz do niedawna rządzący w Polsce prowadził politykę pobudzania resentymentów, podniecania najgorszych cech społeczeństwa polskiego. I, jak się okazało, przez parę lat robił to skutecznie.
Przyjrzyjmy się nieco liście polskich negatywnych cech: z zestawienia badań społecznych w państwach Unii Europejskiej wynika, że Polacy są drugim, jeśli chodzi o poziom nieufności, społeczeństwem we Wspólnocie. Znajdujemy się natomiast w ścisłej czołówce społeczeństw, w których sukces innych ludzi wzbudza niechęć i zawiść. 86 proc. Szwedów ucieszy się na wieść, że ich sąsiad osiągnął sukces. Wśród Polaków w taki sposób zareaguje aż osiem razy mniej ludzi; większość spojrzy na bliźniego, któremu się udało z niechęcią i podejrzliwością. Ten potężny zakres resentymentu jest katastrofalny. To właśnie od zawiści i atmosfery podejrzliwości wielu Polaków ucieka za granicę. One właśnie leżą u podstaw polskiego życia publicznego, stanowią pożywkę dla ostrych konfliktów, wrogości i agresji.
Ten głęboki problem, podkreślam - psychospołeczny i kulturowy, a nie socjologiczno-polityczny - sięga bardzo głęboko i bynajmniej nie został wywołany przez braci Kaczyńskich. Zapewne wywodzi się jeszcze z czasów I Rzeczypospolitej, gdy co prawda panowała złota szlachecka wolność, ale z drugiej strony kwitła zawiść, bo równość była przeważnie tylko teoretyczna. Rządy PiS to ponad dwa lata sprawowania władzy na bazie wciąż podsycanego resentymentu - zamiast podejmowania prób leczenia go. Psychologia resentymentu wzięła górę nad myśleniem w kategoriach dobra wspólnego, instytucji państwowych oraz celów, jakie państwo powinno sobie stawiać. Musimy sobie otwarcie powiedzieć, że przez ten czas polskie społeczeństwo zepsuto jeszcze bardziej i teraz potrzebne jest zdecydowane leczenie. Mówienie o "solidarności" brzmiało groteskowo: nie ma solidarności bez zaufania.
Jeśli zdamy sobie z tego sprawę, jasne okazuje się, że Platforma nie wygrała wyborów. To PiS przegrało. Wyborcy pokazali, że są zmęczeni agresywnością i resentymentami, że tęsknią za minimum życzliwości i zaufania. Przez wyrażenie swoich oczekiwań w wyborach i po nich (w różnych ankietach, w których PO poszybowała w górę) Polacy dokonali spontanicznie nowej definicji sceny politycznej. Przeciwstawili PO PiS-owi, i to wcale nie w kategoriach używanych przez uczonych politologów, ale w kategoriach agresja - spokój, podejrzliwość - nadzieja, zamykanie się - otwartość. Pamiętajmy jednak, że PiS zdobyło w tych wyborach więcej głosów niż poprzednio. Dzisiejsze wyzwanie stojące przed Platformą ma charakter przede wszystkim kulturowy: polega na spełnieniu oczekiwań i zmianie atmosfery wprowadzonej przez PiS, na złagodzeniu obyczajów w życiu publicznym.
Nie wiem, czy to się uda i czy można w związku z tym liczyć na więcej normalności w polskiej polityce. Nie wygląda na to, by miało się stać mniej dramatycznie. Konflikt związany z Radkiem Sikorskim, który od dłuższego czasu rozgrywa się na naszych oczach, jest najlepszym dowodem, że PiS upiera się przy taktyce agresji i insynuacji. To dramat dotyczący zresztą nie pojedynczej osoby, którą próbuje się - mam nadzieję, że bezskutecznie - zniszczyć, ale przede wszystkim wizerunku Polski w świecie, bo przecież Sikorski ma pełnić funkcję ministra spraw zagranicznych. Takiego zaostrzenia wewnętrznych stosunków politycznych nie pamiętam od roku 1992, gdy w chwili upadku rządu Jana Olszewskiego spotkaliśmy się z lawiną bezpodstawnych zarzutów i zwyczajnej nienawiści.
Leczenie resentymentów nie może się odbywać małymi krokami, bo prędzej czy później złe emocje wrócą ze zdwojoną siłą. Potrzebna jest polityczna śmiałość i dalekowzroczne rozwiązywanie najbardziej palących problemów. Choćby w dwóch dziedzinach, które w tej chwili w Polsce wymagają natychmiastowej interwencji: służby zdrowia i polityki zagranicznej.
Kazimierz Wierzyński napisał kiedyś: "Skazuję was na wielkość, bez niej zewsząd zguba". Jesteśmy w takim miejscu, że musimy - jeżeli chcemy stanąć na wysokości zadania wobec naszego narodu i państwa - stawać na palcach i być więksi, niż jesteśmy. Nie chodzi jednak o liczbę głosów, lecz o tworzenie wizji, programów, budowanie zaufania, chociaż zaufanie zawsze łączy się z ryzykiem. Nie będzie żadnej normalności, jeśli Platforma i Donald Tusk dadzą się przestraszyć. Szansę na utrzymanie popularności PO zyska wyłącznie wtedy, gdy zdoła przekonać ludzi nie o tym, że jest układna, ale że jest stanowcza. Jeśli pragnie się zrobić coś śmiałego, trzeba zrobić to od razu, potem będzie już za późno. Zachowanie Tuska na razie wydaje mi się zbyt mało wyraziste i przez to niepokojące. Zmiana stylu rządzenia powinna być bardziej oczywista. Przejście w stosunkach międzynarodowych od nieufności i izolacji do przyjaźni i współpracy wymaga odwagi. Czekają na to Polacy, czeka na to cała Europa.
Zdzisław Najder
p
*Zdzisław Najder, ur. 1930, badacz literatury, publicysta. Zasłynął jako znawca twórczości Josepha Conrada. Jest znanym ekspertem w dziedzinie polityki zagranicznej - zajmuje się przede wszystkim stosunkami Polski z Rosją, Ukrainą i innymi krajami byłego Związku Radzieckiego. Wydał m.in. kilka książek publicystycznych - "Jaka Polska - co i komu doradzałem" (1993) oraz "Z Polski do Polski poprzez PRL" (1995). W "Europie" nr 169 z 30 czerwca br. opublikowaliśmy wywiad z nim "Manicheizm groźniejszy niż obłuda".