p

Ireneusz Krzemiński*

Nie ma normalności bez publicznej debaty

Żeby mówić o normalności w polskiej polityce, należałoby najpierw to pojęcie zdefiniować. Problem w tym, że słowo to rozumiemy głównie instynktownie. Tak jak dwóch moich młodych znajomych, działaczy organizacji "Wola", którzy w latach 80. wrócili z zachodnich Niemiec i stwierdzili "Tam jest normalne życie". Wtedy po raz pierwszy mówiło się w Polsce o normalności. Próbowałem ich zapytać, co ona dla nich oznacza, nie potrafili jednak odpowiedzieć konkretnie. Powiedzieli tylko: "To się po prostu czuje".

Jeżeli dziś to pytanie powraca, należy się zastanowić, co takiego "nienormalnego" wydarzyło się po drodze. "Nienormalność" ostatnich dwóch lat wydaje mi się związana z dwiema rzeczami. Po pierwsze, z językiem, jaki zapanował w polskim życiu publicznym. Media zamieniły się w polityczny magiel. Stały się narzędziem ataku, jaki demokratycznie wybrana władza przypuściła na pewne segmenty społeczeństwa, na różne grupy i środowiska społecznych. Po drugie, poczucie normalności zakłócone zostało przez zmiany instytucjonalne. Dwa hasła stały się podstawą działania zarówno samego rządu Jarosława Kaczyńskiego, jak i powołanych przez ów rząd instytucji: wezwanie do rozliczenia postkomunistów i walka z korupcją. Pod tymi hasłami postawiono całe społeczeństwo - nie wyłączając członków własnej partii - w stan oskarżenia. Takiej sytuacji nie było w Polsce od końca rządów Gomułki. Nawet działania służb bezpieczeństwa w latach 70., jakkolwiek perfidne, przebiegały w myśl przekonania, że należy trzymać w ryzach społeczeństwo, które i tak już wymknęło się z sieci kontroli. Tymczasem rząd Kaczyńskiego chciał objąć społeczeństwo właśnie taką siecią. Jakiekolwiek odstępstwo od określonego zestawu norm moralnych miało być karane. Przypominało mi to atmosferę lat 60., kiedy obywatel był zawsze podejrzany i musiał się wytłumaczyć, że nie popełnił niczego złego. Z resztą, definicja przestępstwa była dość rozciągliwa.

Wszelkie wytłumaczenia Jarosława Kaczyńskiego mające uzasadnić to odejście od normalności są wierutnym kłamstwem. Kaczyński jest tak pochłonięty przez swoją wizję rzeczywistości, że nie dostrzega konsekwencji własnych działań. Efektywność rządów PiS sprowadza się wyłącznie do rozbicia WSI i tzw. układu, który symbolizowały i utwierdzały. Na tym kończą się sukcesy. O niekompetencji administracji lepiej w ogóle nie wspominać.

Czy rządy Donalda Tuska i koalicji PO - PSL przyniosą zdecydowaną zmianę? Czy będą powrotem do normalności? Platforma jest oczywiście w wygodnej sytuacji, gdyż niezależnie od tego, czy uda jej się przeprowadzić konkretne zmiany, zniknie lub ulegnie znacznym ograniczeniom język oskarżeń i insynuacji. Być może uda jej się nawet zmusić PiS do tego, aby wyrażając swoje opinie, niekiedy uzasadnione, posługiwał się merytorycznymi argumentami. Może uda się przywrócić forum publicznej debaty, które w ciągu ostatnich dwóch lat całkowicie zniknęło. To już byłoby ogromnym osiągnięciem PO.

Reklama

Być może Platforma będzie potrafiła podjąć niektóre zasadne postulaty PiS, jak na przykład likwidacja korupcji, która toczy polską administrację publiczną - i to nie tylko na najwyższych szczeblach władzy. Doprowadzenie do tego, aby urzędnicy bali się brać łapówki, to sprawa do kontynuacji. Trzeba tego jednak dokonać innymi metodami.

Powrót do normalności wymagać będzie jeszcze jednego niesłychanie ważnego kroku. Z pola widzenia rządów PiS całkowicie zniknęły petycje, apele czy inicjatywy podejmowane przez różne grupy obywateli. Opinia publiczna miała coraz mniej do powiedzenia. Ten proces trwał już na dobre za czasów rządów Leszka Millera, PiS jedynie go pogłębiło, obywatele mogli co najwyżej oglądać "politykę" na ekranach telewizorów. PO jest w stanie zbudować nowe relacje między rządzącymi a społeczeństwem. Podczas przygotowywania aktów prawnych powinny być brane pod uwagę nie tylko opinie lobbystów, lecz także głos obywateli. Do tej pory władza liczyła się z nim mniej niż za czasów towarzysza Gierka.

Polskie partie mają bardzo słabe społeczne zakorzenienie. Pochłonięte walką wyborczą, czy to na szczeblu centralnym, czy lokalnym, tracą swoją głębszą, przekonaniową racjonalność. Dla powrotu do normalności konieczne jest, aby to zakorzenienie zostało wzmocnione. Partie muszą stać się dynamicznymi, dobrze zorganizowanymi organizacjami społecznymi. Tymczasem jest tak - było to doskonale widoczne na przykładzie PiS - że partie na dobrą sprawę tworzone są po zwycięstwie wyborczym. To wtedy wzrasta liczba członków, a przedstawiciele lokalnych elit zaczynają zapisywać się do określonych ugrupowań. Zapewne taka sytuacja będzie miała miejsce w odniesieniu do PSL.

Jest to zjawisko niezwykle niebezpieczne. Współcześnie reprezentacja społeczna nie ogranicza się wyłącznie do partii. Rolę reprezentantów odgrywają też duże organizacje pozarządowe. Organizacje i ruchy społeczne odgrywają ogromną rolę w stanowieniu ładu politycznego, w Polsce są jednak bardzo słabe. Państwo powinno podjąć wysiłek w celu ich wzmocnienia. Taka inwestycja jest bardzo opłacalna, bowiem służą one również pomocą w kształtowaniu racjonalnego życia partyjnego. Uświadamiają, jakie są społeczne problemy, i dają propozycje ich rozwiązania - zarówno na poziomie lokalnym, jak i globalnym. Pomagają państwu być naprawdę "naszym państwem".

Ireneusz Krzemiński

p

*Ireneusz Krzemiński, ur. 1949, socjolog, wybitny badacz społeczny, znawca socjologii interakcjonistycznej. Zajmuje się problemami demokracji lokalnej, mniejszości oraz społeczną historią "Solidarności", której poświęcił kilka książęk, m.in. "Świat zakorzeniony" (1988) oraz "Czy Polska po Solidarności?" (1989). Ostatnio pod jego redakcją ukazała się książka "Wolność, równość, odmienność" (2006). Kilkakrotnie gościł na łamach "Europy" - w numerze 177 z 25 sierpnia opublikowaliśmy jego tekst "Dramatyczny bilans IV RP".