Peter Sloterdijk jest dziś jednym z najbardziej wpływowych myślicieli Europy. Jego opinii na temat Unii Europejskiej uważnie słuchają politycy. Na debatę z jego udziałem poświęconą problemom UE, którą zorganizowaliśmy ostatnio na Uniwersytecie Warszawskim, przyszły tłumy. By jednak w pełni zrozumieć dzisiejsze poglądy Sloterdijka na temat zjednoczonej Europy i jej społeczeństwa, trzeba prześledzić jego intelektualną drogę. O niej właśnie opowiada w rozmowie z Agatą Bielik-Robson. Najważniejsza w tej intelektualnej ewolucji była, jego zdaniem, zmiana pojęcia krytyki społecznej. Początkowo Sloterdijk uprawiał tradycyjną jej wersję polegającą głównie na demaskowaniu samozadowolenia społeczeństwa i pokazywaniu cierpienia, które się za nim kryje. Dziś jednak - twierdzi - tego rodzaju krytyka jest już nieskuteczna. Cierpienie stało się bowiem jeszcze jednym przedmiotem konsumpcji. Co ma zatem począć krytyk? Powinien odwoływać się do takich pojęć jak duma czy szczodrość. Opisują one bowiem zupełnie inny typ relacji międzyludzkich niż te obowiązujące w społeczeństwie masowej konsumpcji. Za pomocą tych pojęć myśliciel krytyczny może prowokować społeczeństwo pogrążone w konsumpcyjnym rozleniwieniu. Potem pozostaje mu już tylko mieć nadzieję, że ta prowokacja ocali przed zniknięciem przynajmniej część ludzkiej duchowości.
p
Najlepszą odpowiedzią, jakiej mogę udzielić na to pytanie, jest pewna krótka historia. Przed kilkoma laty zostałem wybrany na rektora wyższej uczelni artystycznej w
Karlsruhe. Każdej jesieni wprowadzamy do naszej społeczności akademickiej ponad 100 nowych studentów. Dla wszystkich wymyśliłem pewien rytuał, który powtarzamy co roku. Polega on na tym, że
prezentuję opowiadanie o początku tego, co sam nazywam "akademicką różnicą". Opowiadam o tym, jak Platon pojechał do Syrakuz, jakie złe doświadczenia miał z tamtejszym
tyranem Dionizosem; jak potem wracał do domu i jak w połowie drogi poznał wspólnotę pitagorejską na południu Włoch, a wraz z nią ideę alternatywnego życia, w którym nie chodzi o to, by
się żenić, mieć dzieci i wykonywać jakiś zawód. Celem życia jest dyskutowanie o liczbach, medytowanie o porządku świata oraz jedzenie warzyw. To zachwyciło Platona i kiedy wrócił do Aten
w roku 387 przed Chrystusem założył Akademię. Była ona oddalona o mniej więcej 20 minut piechotą od centrum polis. Właśnie tam ateńscy ojcowie mogli posyłać swoich synów na naukę.
Próbuję tłumaczyć swoim uczniom, co to była za nauka i co wtedy robili ci ludzie. Idea Akademii sprawiła, że nagle w mieście pojawiła się nowa, anonimowa obywatelka, swoiste nowe medium -
nazywała się Prawda. Nie pochodzi z naszych stron, jest obca. Ale ponieważ tak bardzo kochamy prawdę, nadaliśmy jej obywatelstwo naszego miasta. Jednak żaden z nas nie rozumie jej dobrze.
Według Platona mamy wewnątrz nas pewien organ - on nazywa go "anamnesis", czyli pamięć - dzięki któremu możemy próbować zrozumieć, co ta piękna obca kobieta chce nam
powiedzieć. Wydaje mi się, że ta historia robiła spore wrażenie na moich młodych słuchaczach. Docierało do nich, że nie wszystkie miejsca w społeczeństwie są sobie równe. Nie wszystkie
są tak samo wulgarne i trywialne, zdominowane przez te same afekty. Są miejsca takie jak muzea, cmentarze - kiedyś także kościoły - oraz kliniki, biblioteki i akademie, w których obowiązują
inne prawa. O tym trzeba pamiętać. Nie jest to utopijne - utopii nie ma przecież nigdzie, a te prawa realnie istnieją - lecz "heterotopijne". Wychodząc właśnie od tej idei
akademickiej heterotopii, możemy wyjaśnić, czym jest filozofia. Jeśli to sobie wyjaśnimy, przyjdzie nam łatwiej zdefiniować, czym jest krytyka. Krytyka jest duchem, który panuje w innym
miejscu. Zdobywamy dystans wobec całej reszty życia, jeśli znajdujemy się w innym miejscu. Dlatego jest rzeczą niebezpieczną, jeśli zwykłe życie chce się wedrzeć do tego innego miejsca.
Musimy uważać (szczególnie w dzisiejszych czasach), by duch ekonomizmu nie opanował i nie zdefiniował wszystkich pozostałych miejsc. Dlatego musimy pilnować, by w bibliotekach, muzeach,
akademiach i na uczelniach kultywowano heterotopijną różnicę. Inaczej zagubimy się w świecie pozbawionym dystansu. A brak dystansu oznacza ni mniej ni więcej tylko właśnie życie bez
krytyki.
Także ten spokój ducha - "Gelassenheit" - jest dzieckiem "akademickiej różnicy". Jeśli mogę pójść w jakieś inne miejsce - nie na rynek czy na pole bitwy
różnych ambicji, lecz np. do biblioteki czy sali wykładowej - to wygrałem już wystarczająco dużo, by wyrwać się z tej wojny wszystkich ze wszystkimi, która określiła życie nowoczesne
już w XVII wieku. W młodości znalazłem się - podobnie jak większość niemieckich intelektualistów - pod wpływem niegdyś słynnej, ale teraz niecieszącej się już najlepszą sławą
książki "Dialektyka oświecenia" Adorna i Horkheimera, do której odnosi się pani aluzja. Została tam przedstawiona w sposób fatalny i bardzo wyolbrzymiony teza, że to, co
zaczęło się jako oświecenie, zakończy się jako totalitarny układ odniesienia tłamszący każdy przejaw jednostkowego życia. To bardzo mocny i patetyczny punkt widzenia, którego źródłem
jest skrajne rozczarowanie. Trzeba pamiętać, że najważniejsze fragmenty tej książki powstawały w latach II wojny światowej, na które przypadało apogeum rozczarowania nowoczesnym światem.
60 lat później sytuacja w Europie wygląda zupełnie inaczej. Dopiero pod koniec XX wieku udało się rozwiązać problemy, jakie wynikły z katastrof tego stulecia. Powrót krajów wschodnio- i
środkowoeuropejskich do Europy oznacza kres wojennego okresu na kontynencie. Wraz ze zniknięciem tego strasznego politycznego mebla z czasów zimnej wojny, który Winston Churchill w 1946 roku
nazwał żelazną kurtyną, odeszła epoka rozczarowania. To wszystko - czyli cały ten krytyczny lament szkoły frankfurckiej - był więc po prostu językiem epoki rozczarowania. Ale my nie żyjemy
już w tej epoce. Europa przeżywa teraz absolutnie zadziwiający okres rekonstrukcji. Mapa kontynentu sprzed 1914 roku została odtworzona - z dużą korzyścią dla wszystkich, których te korekty
dotyczą. Nie możemy pozwolić sobie teraz na patos wielkiego rozczarowania. Albo, mówiąc inaczej, gdybyśmy dalej kultywowali ten język, byłaby to forma kokieterii lub czarnego humoru, który
skądinąd nie jest wam, Polakom, obcy. Wszyscy intelektualiści, którzy mają za sobą doświadczenie komunizmu, wykształcili w sobie czarny humor jako technikę przeżycia. Im bardziej czarny
był humor, tym dzielniejsi byli ludzie, którzy go praktykowali. Teraz jednak, kiedy opresja znikła, potrzebujemy nowego języka, bardziej afirmatywnego. Sam zaczynałem bardzo pesymistycznie,
bardzo czarno. Jednak życie obaliło mój pesymizm. To niezwykle zwariowana sytuacja, kiedy rzeczywistość okazuje się nie tak czarna, jak nasze emocjonalne uprzedzenia. Jest się wówczas -
jeśli można tak powiedzieć - szczęśliwym mimo woli. Nie ma co temu stanowi sztucznie zaprzeczać, trzeba go raczej w sobie utrzymać i udokumentować - choćby po to, żeby nie występować jako
intelektualista, który chce pognębiać ludzi, uwodząc ich swoim ponuractwem.
Bardzo lubiłem Richarda Rorty'ego jako osobę. Był niezwykle sympatyczny, szczodry i pełen humoru. To trzy cechy, które trudno było znaleźć w kręgu apokaliptycznych filozofów europejskich.
Rozmowa z Rortym była zawsze świeżą atlantycką bryzą uświadamiającą, że my w Europie identyfikujemy się z luksusową formą nieszczęścia. To było przesłanie, którego najpierw
należało wysłuchać i które potem trzeba było poddać próbie. Moje problemy z Rortym miały inne źródło. Kiedy pozostaje się w stanie mimowolnego szczęścia, nie jest się gotowym, by
produkować jakiekolwiek formy apokaliptycznego kiczu - co od lat 50. było (i niestety nadal jest) specjalnością europejskiej lewicy. Ten ciąg nie został dotąd przerwany. Sam na swoim
przykładzie zauważyłem, że jako apokaliptyk czy prorok można stać się bezrobotnym. W swoim czasie przyjąłem tę rolę i stałem się bezrobotnym prorokiem nieszczęścia. Jeśli porówna
pani moje pisma z lat młodości z tymi z późniejszego okresu, zobaczy pani przemianę, jaka tam zachodzi, ku bardziej pozytywnemu nastawieniu do życia. Przed 30 laty, kiedy ta przemiana dała o
sobie znać po raz pierwszy, byłem wyklinany i pogardzany, bo zdradziłem świętą sprawę rozpaczy. Stałem się dezerterem nieszczęścia. Ci, którzy zaprzysięgli wierność nieszczęściu, nie
mogli zaakceptować tej transformacji. Zresztą w europejskiej kulturze i szerzej - w całym świecie Zachodu - mamy do czynienia z zupełnie nową sytuacją, która bynajmniej nie ułatwia nam
życia, jeśli pojmować je w kategoriach dążenia do szczęścia. Od 15 - 20 lat obserwuję wokół siebie transformację kultury powszechnej zmierzającą w kierunku ślepego hedonizmu, który
konserwatyści i liberałowie zgodnie określają mianem konsumpcjonizmu. Jest to filozofia życiowa, która wychodzi z założenia, że człowiek jest tylko wielką maszyną przetwarzającą
materię. Sensem życia jest tu więc trawienie. W tym ujęciu człowiek jest po prostu wielką maszyną metaboliczną, do której coś się wrzuca i z której wychodzi coś, co nie nadaje się już
do użycia. Zgodnie z zasadami nowej ekologii z tych odpadków można najwyżej wytworzyć jakiś nowy produkt. Jest to jednak bardzo smutna forma radości. Człowiek jest tu bowiem pojmowany jako
część przemiany metabolicznej, a nie przemiany metaforycznej czy metafizycznej. Te trzy słowa - metabolizm, metafora i metafizyka - mają wspólny przedrostek (meta-), ale wyrażają różne
formy. Gdybyśmy przyznali, że człowiek nowoczesny dokonał konwersji od metafizyki do metabolizmu, to wyznalibyśmy coś bardzo zasmucającego. Zapomnielibyśmy o tym, co w ciągu ostatnich trzech
tysięcy lat cechowało nasze człowieczeństwo i oznaczało proces cywilizacyjny - a mianowicie o "wymiarze wertykalnym". W tradycji greckiej opisywano człowieka jako wędrowca
przemierzającego równiny. Później chrześcijaństwo pojmowało go jako "homo peregrinus", czyli pielgrzyma. Jednak najważniejsza pozostawała oś góra - dół, czyli relacja
między tym, co wysokie, a tym, co leży w głębi. Jeśli człowiek nie czuje w sobie wymiaru wertykalnego, jeśli wszystko odbywa się horyzontalnie, według płaskich hierarchii i związków
metabolicznych, to zapominamy o czymś bardzo ważnym. Moje nowe zadanie, które przejąłem po rezygnacji z wieszczenia nieszczęścia, polega na przypominaniu o tym wertykalnym napięciu. Budzi to
nieustanne kontrowersje. Nie brakuje bowiem takich, którzy uważają, że znowu pojawia się ktoś, kto chce nas cofnąć do dawnych czasów, w których obowiązywał podział na Pana i Niewolnika.
To całkowity fałsz. Ten wertykalny wymiar istnieje w każdym człowieku. Ja tylko próbuję o tym przypominać. Jest to pewna tyczka, z pomocą której można się wspinać lub spadać w dół. Ta
tyczka nie ma nic wspólnego z panowaniem i hierarchią. Są to rozróżnienia, które powstają, gdy ludzie nad sobą pracują, ćwiczą i zdobywają pewien stopień duchowej sprawności. W ten
sposób powstaje kwestia szczęścia lub życiowego sukcesu, których nie pojmuje się w kategoriach czysto materialnych.
Zgadzam się absolutnie. W moich wcześniejszych pracach używałem pojęcia krytyki, które było powiązane z tradycją psychoanalityczną. Idea krytyki polega tu na odkryciu w sobie samym siły,
która stawia nas w opozycji do otaczającego świata i pozwala być czymś innym niż tylko lokalną funkcją powszechnego nieszczęścia. Podstawą możliwości uprawiania krytyki jest tu głęboko
uwewnętrzniony własny, indywidualny ból. Dlatego w latach 1960 - 1970 szukaliśmy w sobie różnego rodzaju traum. Mieliśmy, by tak rzec, traumatyczne cogito. Na zasadzie: jestem zraniony, więc
jestem. To był nasz punkt wyjścia w owym ruchu, który dziś spaja piękna data "rok 1968". Kiedy mówimy "rok 1968", automatycznie myślimy "Jestem
zraniony, więc jestem". "Zgwałcono mnie jak dziecko, więc jestem". Dziś natomiast zupełnie inaczej opisałbym punkt wyjścia krytyki. Nie jest nim już trauma, lecz
duma. To mój osobisty wkład w krytykę konsumpcjonizmu. Żyjemy w społeczeństwie, które w swych górnych warstwach już od 200 lat, zaś w pozostałych od 50, znajduje się na drodze do
bezgranicznej erotyzacji, która chce zrobić z człowieka "animal eroticum". "Animal eroticum" to filozoficzna nazwa konsumenta, zaś Eros w tym rozumieniu
oznacza prostą przemianę materii. Następuje dziś niesamowite i zagadkowe przekształcenie kultury, niegdyś inspirowanej arystokratyczną dumą, w rozerotyzowaną cywilizację młodszych i
starych konsumentów. Pod względem psychologiczno-społecznym to bez wątpienia główne wydarzenie końca XX wieku. To, co w XVIII stuleciu robiła arystokracja w zamkniętych kręgach (vide
"Niebezpieczne związki"), dziś robi zwykły lud. Pomagają mu w tym domy towarowe i postmodernistyczne śródmieścia, które stały się wielkim teatrem erotycznym. Krytyczna
różnica nie polega dziś na tym, by zakłócać nastrój powszechnego party i panującej na nim erotycznej komunikacji inwazją własnych traum. Taki pomysł mieliśmy w 1968 roku. Chcieliśmy
wówczas zerwać gładki przebieg różnego rodzaju imprez społecznych, krzycząc głośno o naszych traumach. Ale dziś to już nie działa! Cierpienie bowiem stało się częścią erotycznej gry
wstępnej. Wielkie party można dziś zakłócić tylko przez odwołanie się do czegoś zupełnie innego, przypominając, że człowiek w swojej psychice posiada nie tylko biegun erotyczny, lecz
także biegun dumy. Znany jest on od czasów Platona, a nawet Homera, jako "thymos", czyli biegun, na którym człowiek prostuje się i zaczyna odczuwać dumę. Nie chodzi tu już
zatem o spór Erosa i Tanatosa, lecz o opozycję Erosa i Thymosa. Ten ostatni oznacza wysokie poczucie własnej wartości i chęć pokazania siebie innym oraz danie im czegoś od siebie. Jest to
szczodrość względnie niezależna od środków, jakie posiadam. W naszej psychice jest to strona, która coś daje innym nie na zasadzie ascetycznego wyrzeczenia, lecz w pozytywnym poczuciu
własnej wartości. Niestety, w minionym stuleciu stworzyliśmy kulturę, która całkowicie zapomniała o dawaniu innym, a żądza uczyniła czymś dominującym. To ma oczywiście związek z
kapitalistyczną stylizacją ludzkiej psychiki. Jeśli zatem chcemy reanimować krytykę, musimy ją połączyć z innymi siłami psychicznymi. Nie można zapominać, że socjalizm w swoich dobrych
dniach był ruchem "tymotejskim", a nie ruchem erotycznej żądzy posiadania. To był ruch domagający się wyprostowanego chodu i dumy dla najuboższych. Próbował wytworzyć
klasową dumę. Gdy spotykam się z młodszymi ludźmi, próbuję tłumaczyć im to, co dzieje się w Europie i we współczesnym świecie właśnie w tych kategoriach. Bezradność lewicowych partii
w Europie polega na tym, że nie znają one tej analizy. Duchowo pozostały one w roku 1968, co znaczy, że nie są zdolne do żadnej krytyki procesów emancypacyjnych, jakie wtedy się rozpoczęły.
Nie chcę być źle zrozumiany. To było wielkie szczęście żyć w tamtych czasach. Przełom, który nastąpił w roku '68, stanowił pociechę wobec tego, co działo się w XX wieku. To były
wspaniałe chwile. Dziś jednak musimy pracować dalej, by otworzyć młodym ludziom nowe horyzonty. Nie możemy sobie pozwolić na dalsze psucie atmosfery, w której jako apokaliptyczni konsumenci
świata zawieziemy ich w czarny tunel bez wyjścia.
Zgadzam się całkowicie. Walka klas dziś zupełnie zniknęła. Na jej miejscu pojawia się niewidoczny front, który moglibyśmy nazwać konspiracją dorosłych. To nowe pozytywne odkrycie - być
dorosłym. Obok masowej erotyzacji, która jest charakterystyczna dla epoki konsumpcjonizmu, przeżywamy triumf infantylizmu. Kultura masowa stała się tak infantylna jak jeszcze nigdy w całej
historii ludzkości...
Wydaje mi się, że nie jest to chyba żaden znany nam rodzaj narcyzmu. To pewien syndrom, na który psychologia nie ma jeszcze odpowiedniego pojęcia. Dopóki go jednak nie znajdzie, możemy go
roboczo nazywać pierwotnym narcyzmem. Tu problem polega na tym, że człowiek nie zatrzymuje się już na żadnej granicy, nie daje się pouczać temu, co realne. Przekracza scenę rzeczywistości i
nie przyjmuje żadnych instrukcji. Na to lekceważenie realności składają się dwa czynniki: globalne panowanie żądzy oraz zalewanie przestrzeni publicznej infantylizmem. Oczywiście, nie
byłyby one możliwe, gdyby nie zmieniło się również coś w realnym świecie. Nasz guru z 1968 roku Herbert Marcuse dobrze wiedział, o czym mówi, kiedy tłumaczył, że w naszych czasach
również to, co samo jest realne - czyli psychoanalityczna zasada rzeczywistości - znalazło się w ruchu. Inaczej mówiąc: to, co realnie przeżyliśmy, czyli traumatyczne rządy braków i
niedoborów, zostało przełamane. Dziś żyjemy w czasach rządów nadmiaru. Próbujemy sztucznie stworzyć jakieś niedobory i traumy tylko dlatego, że potrzebuje ich ludzka psychika, którą do
tej pory sterowały w jej rozwoju różnego rodzaju niedostatki. Ludzie bogaci, którzy jako forpoczta reszty ludzkości znaleźli się w tym niesamowitym pionierskim świecie nadmiaru, są teraz dla
nas przykładem, jak w takich warunkach można przeżyć - albo zginąć. Naprawdę, mamy teraz do czynienia z wielką zmianą dotykającą najbardziej fundamentalnych warunków, które określają
nasze nastawienie do życia oraz poczucie rzeczywistości. Dziś obraz dorosłego nie jest najlepszy, bo przeważnie kojarzy się go z dorosłym z dawnych czasów: postacią sztywną, mało radosną,
zrepresjonowaną i zrezygnowaną. Dlatego potrzebujemy nowych dorosłych, nowej formuły dorosłości. Katolicka tradycja odwołuje się do wizji dorosłości, jaką utrwaliło średniowiecze ze
swoimi żywotami świętych i dziś jeszcze każe się na nich wzorować. My tymczasem potrzebujemy dorosłych XXI wieku. To jest właśnie przygoda współczesnej filozofii: poszukiwanie tego, co
realne i stworzenie nowego symbolicznego porządku procesu dojrzewania. Tego nowego symbolicznego porządku, którego potrzebujemy do życia, nie można po prostu odziedziczyć. Musi on zostać na
nowo zakodowany w mentalnej pracy naszego pokolenia.
Poszukiwanie tego nowego języka to chyba najlepsza definicja zadania, jakie stoi przed filozofią w naszych czasach. Dziś znów powraca z całą siłą wymyślona przez Platona "akademicka
różnica". Musimy się do niej odwołać i traktować ją jako prowokację - tak jak to robił Platon ze swoimi liczbami. Na początku był przecież matematycznym prowokatorem. A dziś
filozof jest prowokatorem psychologicznym, ponieważ wcześniej od innych dostrzega, że potrzebujemy nowej idei dorosłości w świecie nadmiaru. I równocześnie wie, że od tego zależy życie
większości ludzi na tej planecie.
p
, ur. 1947, najważniejszy filozof niemiecki swego pokolenia, profesor filozofii na Akademii Sztuk Pięknych w Karlsruhe. Jeden z najbardziej wpływowych myślicieli europejskich. Uczeń Theodora Adorna i Maxa Horkheimera, kontynuator i zarazem krytyk zapoczątkowanej przez nich tradycji myślenia o społeczeństwie. W 1999 roku szerokim echem odbiła się jego książka "Regeln für den Menschenpark", w której zajmował się m.in. rolą współczesnych technologii genetycznych w rozwoju człowieka i kultury. Jego najważniejszymi dziełami są: wydana w 1983 roku "Kritik der Zynischen Vernunft" oraz 3-tomowy cykl "Sphären" (1998 - 2004). W Polsce ukazała się "Pogarda mas" (2003), wkrótce ma też ukazać się "Krytyka cynicznego rozumu". Sloterdijk wielokrotnie gościł na łamach "Europy" - ostatnio w nr 187 z 3 listopada br. zamieściliśmy debatę z jego udziałem "Czy Polska przetrwa w Europie?".