p

Cezary Michalski: Przez ostatnie dwa lata zarówno uwagę opinii publicznej, jak i sporą część aktywności kierownictwa PiS pochłaniała walka o utrzymanie albo poszerzenie zakresu władzy wykonawczej. Tym bardziej chciałbym się od pana dowiedzieć, do czego chcieliście tej władzy użyć?
Ludwik Dorn*: Na nasz program maksimum składała się po pierwsze bardzo głęboka przebudowa państwa, jeśli chodzi o jego oczyszczenie, wyrwanie z uwikłań, przełamanie stanu określanego jako imposybilizm. Rzecz druga to odblokowanie zamkniętych struktur społecznych, także struktur awansu, i to zarówno w odniesieniu do centralnych instytucji państwa, jak też szerzej, do całej polskiej struktury społecznej. No i trzecia sprawa to podwyższenie rangi i wagi Polski w polityce międzynarodowej.

Co z tej listy udało się państwu wykonać, a co ewidentnie nie wyszło?
Jeśli chodzi o niepowodzenia, to sądzę, że nie jest dobrze pytać o to do niedawna istotnego polityka w PiS - niech znajdą się inni krytycy. Gdybym jednak miał wymienić pewne niedokonanie w obszarze, w którym zresztą zaszło dużo zmian na lepsze, czyli w dziedzinie oczyszczenia i przebudowy państwa, to powiedziałbym, że mieliśmy kłopot ze zinstytucjonalizowaniem tych zmian faktycznych w formie trwałej, to znaczy konstytucyjnej. No, ale to zależało nie tylko od nas. Natomiast ostatnie dwa lata to był okres wielkiej rehabilitacji państwa i to zostanie. To znaczy rząd Prawa i Sprawiedliwości, zwłaszcza od momentu, kiedy stanowisko premiera objął Jarosław Kaczyński, bo przedtem przy Marcinkiewiczu było z tym różnie, pokazał realnie, że państwo może. Może na przykład szybko i skutecznie ograniczyć przestępczość, także tę codzienną, polegającą na kradzieży chociażby samochodu czy na rozboju, na awanturach stadionowych, na dewastacji otoczenia. Że państwo może zacząć skutecznie walczyć z korupcją, że państwo może - i to jest wielkie i w ogóle niedoceniane osiągnięcie - doprowadzić jako jeden z czynników głównych do skutecznej absorpcji środków unijnych. Premier Kaczyński osobiście przewodniczył zespołowi do spraw wykorzystania środków europejskich. To się odbywało na zasadzie: "Bóg, Naród i Historia nam nie wybaczą, jeżeli zmarnujemy tę wielką szansę". Stąd ten wynik, jaki mnie samego zdumiał, bo przecież zawsze jakieś miliardy przelatują koło nosa. Otóż Szwecja w pierwszym roku po akcesji miała 71 proc. wykorzystania środków unijnych, Grecja jakieś 23 czy 25 proc., a my mieliśmy 57 proc. Czyli bliżej Szwecji niż Grecji. No i rzecz następna z listy naszych sukcesów - to już bardziej mój zakres działalności. Otóż pokazaliśmy, że państwo może być aktywne i skuteczne w dziedzinie wielkich, ważnych i bardzo innowacyjnych przedsięwzięć administracyjnych. Po pierwsze, dotrzymaliśmy terminu, jeśli chodzi o spełnienie przez Polskę kryteriów z Schengen, a jest raport NIK, który w chwili obejmowania przez PiS władzy liczył opóźnienia na 8 - 12 miesięcy. Przeprowadziliśmy wielkie przedsięwzięcie, jakim było wprowadzenie paszportów biometrycznych i - w odróżnieniu od wszystkich innych krajów naszego obszaru - zachowaliśmy przy tym kilkanaście tysięcy miejsc pracy w zakładach fotograficznych. Jesteśmy też rządem, który zakończy i odrobi siedmiomilionowe opóźnienie, jeśli chodzi o wymianę dowodów osobistych.

Przesuwając - na razie o kilka miesięcy - ostateczny termin, w którym obywatele mieli dowody wymienić. Bez gwarancji, że nie przedłuży się to dalej.
Termin ten przesunął minister Stasiak - ja, gdybym nadal był ministrem, to bym nie przesunął. Zresztą przesunął zupełnie niepotrzebnie. Dzięki naszym działaniom milionom ludzi udało się już zmieścić w dotychczasowym terminie, bo usprawniliśmy procedury i była wielka akcja promocyjno-informacyjna. Ja mieszkam właściwie na wsi i wiem, że teraz pozostaje już tylko kwestia mieszkających na wsi ludzi starych i samotnych, bezdomnych, alkoholików. To jest około miliona obywateli i do nich administracja dociera przez agendy pomocy społecznej. Proszę zauważyć, że wedle wszelkich danych ludzie w jakiś sposób społecznie, umysłowo czy fizycznie upośledzeni to 10 - 15 proc. społeczeństwa. Teraz pozostała już praktycznie pewna część tej grupy.

I jeszcze inny margines - Polacy pracujący poza krajem.
Oni po prostu muszą w jakimś momencie wymienić dowody, stawiając się w urzędach, ale my jesteśmy na to przygotowani. Wedle szacunków na święta przyjedzie do kraju, do rodzin około 600 tys. osób.

Zatem nawet przy okazji tak wymiernego, pana zdaniem, sukcesu PiS w obszarze usprawniania działania administracji państwowej mamy miliony ludzi, którzy nie wymienili dowodu w terminie. Pan nazywa to sukcesem, przeciwnicy PiS nazwą to klęską. Chciałbym zatem przejść do ogólniejszego problemu, jaki mamy z listą sukcesów bądź porażek dwóch lat rządów PiS, to znaczy do kompletnego braku obiektywnych, nieupolitycznionych kryteriów oceny. Bo zarówno owe kryteria, jak też eksperci, intelektualiści stali się częścią ostrego konfliktu politycznego pomiędzy PiS i jego przeciwnikami. Zaangażowali się po jednej albo po drugiej stronie nieomalże bez wyjątku i te same parametry - poziom wykorzystania środków unijnych, ocenę zmian w administracji, skuteczność walki z korupcją i wszelką przestępczością - interpretują zupełnie różnie. Zacznijmy od poziomu wykorzystania środków unijnych: pan wie, że każde nowe państwo członkowskie uczyło się i przyspieszało z roku na rok poziom absorpcji. Mimo to PiS krytykowało rząd Belki, że w pierwszych latach miał poziom przyswojenia środków pomocowych skokowo niższy niż wy w kolejnych latach. Z kolei krytycy PiS - często realni eksperci, doskonale wiedzący, że też uprawiają demagogię - przedstawiali sumy niewykorzystane za czasów rządów PiS jako waszą absolutną kompromitację. Z obu stron zamiast zdiagnozowania realnej sytuacji polskiego państwa wobec integracji otrzymywaliśmy dowody na klęskę "Kaczorów" lub na gigantyczne sukcesy IV RP, oczywiście mające dodatkowo kompromitować całkowity imposybilizm III RP.
Po pierwsze, wracam do dowodów - nie miliony, ale milion dwieście - milion pięćset tysięcy. Z lekkością żurnalisty mnoży pan miliony jak Lejzorek Rojtszwaniec króliki. A ja jestem wierny twardym danym. Po drugie, demagogią jest porównywanie na przykład rozmaitych parametrów gospodarczych, jeśli chodzi o Bałtów i Polskę. Przy wszystkich ocenach i samoocenach produkowanych w Polsce zapomina się o potężnym problemie, jakim jest problem skali - my nie jesteśmy miastem-państwem jak Estonia.

Ale choćby ta ostatnia uwaga o niewspółmierności państw bałtyckich i Polski, którą pan wykorzystuje wyłącznie do obrony sukcesu Prawa i Sprawiedliwości przed złymi żurnalistami, moim zdaniem, pomniejsza też odrobinę "klęskę" Marka Belki i innych rządów III RP, od których państwo tak łatwo się w swoim rewolucyjnym języku odbijali.
Odpowiem tak: to, co wyprodukował z siebie Hausner, ten cały podręcznik pozyskiwania środków unijnych, to była totalna blokada, pomysł profesorski, abstrahujący od realnej wiedzy o mechanizmach społecznych i przede wszystkim mechanizmach działania administracji. I to zostało przez nas odkręcone, to jest nasze obiektywne i absolutnie, a z tych racji politycznych, o których pan mówi, niedoceniane osiągnięcie.

Reklama

Moja kolejna wątpliwość dotyczy pierwszego punktu z pana listy, priorytetowego również dla wizerunku PiS - walki z przestępczością, z korupcją. Skoro sukces był tak ewidentny, to po co było go dociskać kolanem partyjnej polityki i medialnej promocji. Jak Stokłosa chciał uciec, to uciekł i to nawet za granicę, a służby, które przyszły do niego z kamerami, zostały z niczym. A jak Emil Wąsacz czy Barbara Blida stawiali się na każde wezwanie do prokuratury, to zamiast listonosza minister Ziobro posłał im o szóstej rano służby z kamerami, które to kamery w dodatku nawet nie miały rejestrować czynności operacyjnych, ale wyprowadzanie w kajdankach dla potrzeb telewizji. A jeszcze do tego Wąsacza zatrzymano i sfilmowano w przeddzień posiedzenia Sejmu poświęconego prywatyzacji PZU, kiedy PiS się chciało wykazać jako skuteczni robespierryści, Blidę usiłowano zatrzymać, kiedy Marek Jurek wychodził z PiS i trzeba to było czymś przykryć, a minister koordynator służb pan Wassermann był jednym z kandydatów na nowego marszałka Sejmu i też jakiegoś komucha dobrze było w takim momencie medialnie ustrzelić. Potem było jeszcze wzywanie do prokuratury wolontariuszy PO w pierwszych dniach kampanii wyborczej. W tej sprawie zresztą pan sam publicznie apelował do ministra Ziobry, żeby się nie wygłupiał.
Pańskie nie tyle pytanie, co wywód ma charakter insynuacyjny. Przypomina mi pan reżysera Piwowskiego i posła Geremka z wczesnych lat dziewięćdziesiątych, którzy - jeden przez kicz filmowy, a drugi przez sejmowe filipiki - piętnowali nadużycia władzy popełniane, gdy marszałek Kern zabiegał o odnalezienie swojej uprowadzonej nieletniej córki. Ostatnio w "Rzeczpospolitej" pani Agnieszka Rybak udokumentowała błazeńsko-polityczny charakter ówczesnych zarzutów i oskarżeń. Wpisuje się pan zatem w jedną z najgorszych, a przy tym najbardziej głupawych tradycji III RP. Natomiast jeśli chodzi o swego rodzaju nadmierną ekspansję medialności, to spróbuję odpowiedzieć na pana pytanie jak najbardziej oględnie. Otóż była to specyfika parcia na szkło niektórych osób. Jak pan wie, byłem przez wiele miesięcy ministrem spraw wewnętrznych i administracji i nigdy mnie przy żadnej kamerze nie było. Jeśli podlegli mi policjanci czy urzędnicy odnieśli jakiś sukces, to sami mogli o nim powiedzieć. I żeby było jasne: to, że jedna czy druga osoba miała niedające się opanować parcie na szkło, to także nie wynikało z decyzji premiera. Co najwyżej z tego, że tej osoby nie powściągał.

W moim pytaniu chodziło właśnie o tę bardzo szczególną „ekspansję medialności”, o której pan mówi w sposób „najbardziej oględny”, a która upartyjniła samą ideę walki z korupcją. Jako trzeci sukces władzy PiS wymienił pan osiągnięcia odniesione przez resort MSWiA w okresie, kiedy pan nim kierował. To dlaczego został pan odwołany, bo samej polityki personalnej premiera Jarosława Kaczyńskiego ani prezydenta Lecha Kaczyńskiego pan nie kontestuje. Powiedział pan nawet, że Marcinkiewicz był gorszym premierem niż Kaczyński, więc – jak z tego wynika – został słusznie odwołany. Usunięcia Radka Sikorskiego też pan nie kontestował.
I nie kontestuję. To jest człowiek może i wartościowy, ale nadmiernie młodzieńczy, choć w uroczym i estetycznym stylu.

Ale czy za „nadmierną młodzieńczość” został odwołany, czy może raczej z powodu obaw, że stanie się bardziej popularny od prezydenta Lecha Kaczyńskiego?
Sikorski został odwołany za inne rzeczy i moim zdaniem słusznie. O części z tych spraw być może nie wiem, ale przede wszystkim on się na ministra konstytucyjnego – przynajmniej obecnie –0 nie nadaje. Góra to podsekretarz stanu. I to taki, którego minister wzywa raz na trzy tygodnie i dyscyplinuje. A osobiście i towarzysko to człowiek sympatyczny, dobrze też – z państwowego punktu widzenia – wspominam parę przedsięwzięć, które z pożytkiem dla Rzeczypospolitej wspólnie przeprowadziliśmy.

Dlaczego zatem bracia Kaczyńscy, którzy wszystkich innych swoich podwładnych likwidowali słusznie, bo się nie nadawali, pana odwołali pomimo pańskich sukcesów?
Tu, by tak rzec, nie chodziło o te sukcesy, które odniosłem, tylko o te, których nie odniosłem, a które moim zdaniem w bardzo konkretnych przypadkach były niemożliwe do osiągnięcia przez kogokolwiek. Do tego wszystkiego dochodziła systematyczna akcja donosów do najważniejszych osób w państwie, że ja się ponoć dałem omotać wysokim funkcjonariuszom w policji i nie chcę prowadzić energicznej walki z aferami i przestępczością.

Podobnie tłumaczą swoje odwołanie Marcinkiewicz czy Sikorski. Donosy, narastająca szekspirowska nieufność prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który w każdym bardziej popularnym człowieku na mieście widział przyszłego prezydenta RP, i wreszcie kończąca sprawę decyzja Jarosława Kaczyńskiego.
No, ja akurat na kandydata na prezydenta RP zdecydowanie się nie nadaję, co falsyfikuje pańską hipotezę. Jeszcze raz powtórzę: jeśli chodzi o Marcinkiewicza, to z różnych względów, poza tą sferą PR oraz negocjacjami nad budżetem UE, ja oceniam go zdecydowanie negatywnie, no i nie będę tego rozbudowywał.

Tylko że sfera PR to niemało, jak się jest twardą kadrówką, która mocno nieopalona i blada wyszła z głębokiego podziemia, a chce rządzić społeczeństwem do przesady cywilnym i bardzo stęsknionym za opalenizną. I mając atut w postaci Marcinkiewicza, cywila par excellance, to się go tak łatwo nie powinno pozbywać.
Dla mnie, jeśli chodzi o negatywną ocenę Marcinkiewicza, liczyły się inne kwestie. Z mojego punktu widzenia to on w tym swoim PR prowadził politykę lekceważącą treści i funkcjonalne wymogi rządzenia, co wyszło przy kryzysie z ptasią grypą. On nakręcił tę histerię z ptasią grypą, a potem ja biedny miałem to przez półtora miesiąca na głowie, bo pojechał i wywołał panikę, jak to ptaszydło raczyło sobie zdechnąć po stronie niemieckiej 150 metrów od polskiej granicy… Ja nie ukrywam, że sam po tych łabądkach dostałem szału i doszedłem do wniosku, że Kazimierz Marcinkiewicz do niczego się nie nadaje, bo zainteresowany jest wyłącznie odbiciem własnej postaci w telewizyjnym zwierciadle. No i to ja po tym zamiatałem. Rozmawiałem wtedy z niemieckim ministrem spraw wewnętrznych Wolfgangiem Scheublem i pytam: „Wolfgang – bo w Unii ministrowie są ze sobą na ty, a poza tym ja z Scheublem się lubiłem osobiście – jak ty przeszedłeś przez tę ptasią grypę?”. A on mi odpowiedział: „Ja się w ogóle tym nie zajmowałem. Landy i Bundeswehra”. Przy czym, kiedy myśmy usiłowali się od nich przez wydziały zarządzania kryzysowego ze Szczecina i Gdańska dowiedzieć, ile oni tych łabądków na Rugii zagazowali, to nam słowa nie powiedzieli. Ale my skądinąd wiemy, że oni tam ustawili kordon i wszystko, co było na Rugii do wygazowania, wygazowali. Zero kamer, zero dziennikarzy, zero polityków. Cisza, spokój, porządek.

Scheuble to Niemcy, a Marcinkiewicz to Polska. W Polsce, gdyby się wówczas tak zachować jak Niemcy, to sam jeden Wajrak mógłby wasz rząd obalić, bo inne są proporcje sił między tzw. państwem a tzw. społeczeństwem obywatelskim, że się wyrażę w języku Unii Wolności. I dopóki to się nie zmieni, a może nie zmieni się nigdy, to możliwość osłonięcia władzy, mediowania, komunikowania się z ludźmi za pomocą kogoś takiego jak Marcinkiewicz to był po prostu dar z nieba.
Pan niedocenia, no bo pan nie zna skali kosztów takiego PR, kiedy próbuje się rządzić. Pan nawet się nie domyśla, jak ja się musiałem krzątać wokół tych łabądków, mając na głowie premiera, który paraduje przed kamerami, trzech ministrów, z których każdy boi się podjąć decyzję, no i pana prezydenta, który jest wobec zwierzątek czuły.

Czy Sikorskiego też odwołano wyłącznie za zbyt dobry PR, czy także za niechęć do dzielenia się władzą nad resortem z Antonim Macierewiczem?
Między innymi. Przy czym, jeśli chodzi o Macierewicza, to on naprawdę jako jedyny nadawał się do likwidacji WSI, natomiast nie należało dopuścić aż do takiego stopnia zautonomizowania jego działań. Sam miałem z Macierewiczem sporo do czynienia jako marszałek Sejmu i dokumenty poświadczają, że gdy był bezczelny, to traktowałem go oschle i bezwzględnie.

Czy minister Szczygło był lepszy od ministra Sikorskiego?
Tak. Tak samo jak rządzenie jest lepsze od PR. Zresztą zawsze istnieje napięcie między PR a rządzeniem, tymczasem Sikorski, tak samo zresztą jak Marcinkiewicz, działali tak, jakby tego napięcia nie było. Bo z ich strony nie było rządzenia.

Marcinkiewicza zastąpił lepszy premier, Sikorskiego lepszy minister obrony, a czy Janusz Kaczmarek był lepszym ministrem spraw wewnętrznych niż pan?
Otóż na początku nie było planu odwołania mnie z MSWiA. Był plan zrobienia ze mnie wydmuszki w bardzo ważnym obszarze moich kompetencji, pozbawienia w pewnej sferze realnej władzy i realnej zdolności kierowniczej. Ale tak się nie dało zrobić, ponieważ mnie nie interesuje bycie ministrem, ale rządzenie, a konstytucję i ustawy traktuję poważnie, tzn. jak za coś odpowiadam, to odpowiadam do końca. Oczywiście w ramach konstytucji i ustaw premier może się ze mną w czymś nie zgadzać, no ale wtedy rozwiązaniem jest odejście ministra, a nie wyjmowanie mu pewnego zakresu władzy i przeniesienie realnego ośrodka decyzyjnego w tymże zakresie poza tego ministra. I właśnie znając kulisy i rozwój kryzysu, który doprowadził do mojego ustąpienia, sądzę, że pan Kaczmarek został ministrem spraw wewnętrznych i administracji dlatego, że w danym momencie nie było mnie kim zastąpić. Opcją podstawową było to, że ja się na coś tam zgodzę. Kiedy się nie zgodziłem, powstał kłopot i rozwiązaniem tego nie do końca przewidywanego kłopotu był pan Janusz Kaczmarek.

Przyczyną obecności Janusza Kaczmarka na szczytach PiS-owskiej władzy było albo jakieś wspaniałe maskowanie się (to jest oficjalna wersja premiera Kaczyńskiego), albo strukturalny błąd polityki personalnej PiS, tej rzeczywistej, idącej od Pałacu Prezydenckiego.
To było maskowanie się, ale nie tylko. Pan Kaczmarek jest człowiekiem niewątpliwie bardzo inteligentnym. Był znakomitym, wielkim manipulatorem. Ale to nie wszystko: moim zdaniem to, co zrobił, wykraczało poza zdolności nawet bardzo zdolnego manipulatora. On nie mógłby samodzielnie zgromadzić tak wielkiej wiedzy o profilach psychologicznych kilkunastu osób. Na niego musiała bardzo długo pracować cała grupa ludzi.

Na jego wizerunek? Legalizując go w oczach Lecha Kaczyńskiego?
Nie, to było coś innego – dostarczając mu wiedzy, dostarczając mu całościowego rozpracowania psychologicznego. Niektóre informacje z racji zażyłych kontaktów mógł mieć sam, jeżeli chodzi o Lecha Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobrę. Ale do tego dochodzi rozpracowanie psychologiczne Jarosława Kaczyńskiego, którego nie mógł przeprowadzić sam, a także mnie, generała Bieńkowskiego, generała Jarczewskiego i kilkunastu innych osób. Kiedy ja uważnie śledzę całą historię wypłukiwania mnie z ministerstwa, to znajduję momenty, w których ta wiedza była używana.

A może klasycznemu oportuniście niezwykle łatwo jest rozpracować charakter Lecha Kaczyńskiego czy Zbigniewa Ziobry bez pomocy zespołu fachowców? Ludzie rządzący Polską przez ostatnie dwa lata to w ogóle osoby o bardzo wyrazistych psychikach.
Nie widzę w otoczeniu Lecha Kaczyńskiego zbyt wielu oportunistów. A w wypadku Janusza Kaczmarka takie wytłumaczenie po prostu nie wystarcza. Ja naprawdę jestem przekonany, że pracujący na niego zespół dokonał głębokiego psychologicznego rozpoznania kilkunastu osób, które naprawdę liczyły się w tej grze. To był majstersztyk. Kaczmarek dysponował ogromnym zasobem informacji, które pozwalają przewidzieć, co komu o kim w jakim momencie powiedzieć, jakie bodźce wywołają jakie reakcje...

Czy sądzi pan, że można było uratować wizerunek PiS jako nowoczesnej prawicy, polskiej CDU, mając za sojuszników LPR, Samoobronę i ojca Rydzyka? Czy to nie było – częściowo zresztą na was wymuszone – wkroczenie na równię pochyłą?
Po pierwsze, z różnych powodów, także ze względu na zdrowy rozsądek, nie godzę się na stawianie na równi ojca dyrektora Radia Maryja z Lepperem i Giertychem.

Czy jest gorszy, czy lepszy od nich? Współpraca z którym z nich bardziej was kompromitowała?
Nie było tu żadnej kompromitacji. Uważam, że w efekcie mamy na swoim koncie raczej dwie zasługi. LPR i Samoobronę potraktowaliśmy, jak potraktować ich należało. Nie ma ich w parlamencie. Zostali wyciśnięci jak cytryna i dzięki temu rządziliśmy przez dwa lata, a teraz jesteśmy najsilniejszą partią opozycyjną. W trakcie tych dwóch lat, z całym tym bagażem, dokonaliśmy wielu zmian, z których część można cofnąć, a części nie można. Tutaj plan powiódł się w stu procentach. Natomiast jeśli chodzi o relacje z Radiem Maryja, to uważam, że dokonaliśmy rzeczy bardzo cennej, tzn. to, co jest publicznym przekazem Radia Maryja, wprowadziliśmy jako równoprawny, spierający się z innymi nurt opinii publicznej w debacie społecznej. Wyprowadziliśmy tę wrażliwość zarówno jeśli chodzi o samą rozgłośnię, jak i jej szefa, ale również o słuchaczy tej rozgłośni, z poczucia bycia w niszy czy getcie. Ci, których wrażliwość osobista, religijna, społeczna czy ideowa koresponduje z przekazem emitowanym przez Radio Maryja, w jakimś sensie dzięki nam poczuli się pełnoprawnymi uczestnikami debaty publicznej. I to jest wielkie osiągnięcie.

Ja z kolei, ciągle pamiętając, że trzeba robić pewne rzeczy, żeby mieć to polskie CDU, myślę o taśmach Rydzyka z jego niezbyt artykułowanym przekazem na temat wszechmocnego „żydowskiego lobby”, które kieruje nawet prezydentem Kaczyńskim. Mam też przed oczami obraz premiera Kaczyńskiego stojącego w Częstochowie obok ojca Rydzyka i wołającego: „Tu jest Polska”. Ojciec Rydzyk w tym momencie przedstawiał tłumowi arcybiskupa Wielgusa jako męczennika masonów z IPN i wygłaszał swoje klasyczne przemówienie, że my Polacy jesteśmy narodem przez wszystkich oszukiwanym, okradanym, niszczonym. Dla wielu centrowych wyborców PiS to nie było wcale mniejsze przekroczenie niż koalicje PO z LiD w samorządach. I trudno się dziwić, że część z nich poczuła się zwolniona z obowiązku dozgonnej lojalności wobec Jarosława Kaczyńskiego.
W tym momencie nie przemawia przez pana rozum, który jest najbardziej boską cząstką w człowieku, ale emocje związane z tym ciągle jeszcze nieprzezwyciężonym sieroctwem po PO-PiS. Zasadnicza różnica polega na tym, że, tak jak pisze to pani profesor Mirosława Grabowska w swojej książce „Podział postkomunistyczny”, podział na ludzi będących kiedyś w PRL po stronie władzy i będących w PRL po stronie „Solidarności” a później reprodukujących ten podział pod różnymi innymi postaciami jest realnym, głębokim i klasycznym podziałem społecznym w rozumieniu Rokkana i Lipseta. Natomiast podział na Kościół radiomaryjny i Kościół łagiewnicki w tym klasycznym rozumieniu w ogóle nie istnieje. Jest to pewnie spór, różnica zdań, dyskusja, stan napięcia wewnątrz polskiego katolicyzmu.

Rozumiem, że granicę podziału postkomunistycznego mogą przechodzić panowie Kryże, Wassermann, Jasiński, a nawet Kaczmarek, jeśli bracia Kaczyńscy robiący w tym obrazie za Świętego Piotra wyjmą klucze i przepuszczą ich przez bramę. Nie dość że mogą przechodzić, to jeszcze trafią na same szczyty władzy po drugiej stronie. Podczas gdy współpraca PO w samorządach z LiD oznacza „porażającą” zdradę.
W sumie tak. Poza tym nigdy nie postawiłbym w jednym szeregu sędziego Kryżego, prokuratora Wassermanna czy ministra Jasińskiego z byłym ministrem Januszem Kaczmarkiem.

W takim razie dla mnie ważniejszy wydaje się spór o modernizację i okcydentalizację Polski.
Wolałbym spór o modernizację, gdyż słowo „okcydentalizacja” sugeruje, że Polacy mają w sobie elementy wschodnie. A tu już zaczyna pan się posługiwać językiem Tuska.

Brak artykulacji i niedorozwój instytucjonalny to są elementy wschodnie. Wyrażenie po dwóch latach rządów PiS całej rzekomo istniejącej cywilizacyjnej alternatywy wobec Zachodu, w imię której resztę polskiej klasy politycznej nazywaliście „partią białej flagi”, za pomocą obrazu żubra ugryzionego w dupę przez premiera Kaczyńskiego i biegnącego z obłędem w oczach przez bagna – to jest element wschodni, który wymaga okcydentalizacji. I tak zresztą poeta Rymkiewicz wypowiedział w państwa imieniu konkret, którego ja się nie mogłem przez te dwa lata doprosić od historyków idei, będących waszym zapleczem intelektualnym i artykulacyjnym, ciężko pracującym w podziemiach Lucienia. Tymczasem po dwóch latach tej ciężkiej intelektualnej pracy pozostała programowa pustka, w której galopuje żubr. Może dlatego premierowi Kaczyńskiemu ten wywiad Rymkiewicza tak bardzo się spodobał. Ale mnie nie.
Wywiad z Rymkiewiczem mi się też podobał. I jeżeli już pan jest takim okcydentalistą, to powinien pan wiedzieć, że Rymkiewicz przez poetycką metaforę wyraził to, co Toynbee nazywał, używając formuły „the history is on the move again” – historia znowu jest w ruchu. Sądzę, że po okresie pewnego zastoju lat 90. dzięki temu dwuletniemu okresowi rządów Prawa i Sprawiedliwości historia ruszyła i toczy się nadal, tzn. nie jest tak, że Donald Tusk i Platforma Obywatelska mogą powrócić do inercyjnego trwania sprzed naszych rządów. Choć gdyby mogli, to by na pewno wrócili. Natomiast nie wiem, czy oni wiedzą, że nie mogą. Ale jeśli nie wiedzą, to bardzo szybko i bardzo boleśnie się dowiedzą. Ja jednak nieco wyżej niż pan oceniam osiągnięcia intelektualne naszego obozu. Słowo jest cieniem czynu, a rządzić to artykułować. Wielką zasługą naszych rządów jest to, że to myśmy nauczyli Polaków (i tego, dzięki Bogu, już się nie cofnie) żyć z konfliktem politycznym schodzącym także na poziom sąsiedzko-rodzinny jako elementem de facto, sądząc po frekwencji w tych wyborach, integrującym.

Historia jest w ruchu, gdy trwale zmienia społeczeństwo, gdy tworzy nowe instytucje, gdy definiuje społeczne i ideowe tożsamości, które przetrwają upadek tego czy innego premiera. A ja nie mam pewności, czy konflikt polityczny ostatnich dwóch lat nie był kompletnie jałowy. Dzisiaj nawet nie jest pewne, czy PiS przetrwa jako wartościowa i potrzebna Polsce partia. Szczególnie gdy bracia Kaczyńscy pozbywają się już nie tylko Marcinkiewicza czy Sikorskiego, ale pana, Kazimierza Ujazdowskiego, Pawła Zalewskiego. A ważna diagnoza społeczna postkomunizmu, którą w latach 90. tworzył pan czy Jarosław Kaczyński, zostaje uproszczona do opowieści o „ofiarachh, w imię których trzeba wystąpić przeciwko „bogaczomh. To już nawet nie jest lewicowość, tylko demagogia.
Moim zdaniem zwłaszcza w ostatnim okresie kampanii wyborczej czymś nieszczęśliwym było przejście z formuły łże-elit czy wykształciuchów do przeciwstawienia elit zwykłym Polakom czy bogaczy – ofiarom. Z tego względu zwłaszcza jeśli nałożył się na to przekaz wyborczy związany z walką z korupcją, ta część dynamicznych Polaków, która ma dość mieszkania w bloku i staje na uszach, czasami zgodnie z prawem, czasem wbrew niemu, by przenieść się do apartamentowca, mogła słusznie poczuć się przestraszona. Otóż dla tych, którzy robią to zgodnie z prawem, perspektywa: „przeniosę się do apartamentowca i stanę się podejrzanyh była niesłychanie trudna do przyjęcia. Powinniśmy mówić o łże-elitach, bo dzięki temu prawdziwe elity mogły się oczyścić z łże-elit bądź warstwy awansujące mogły odczytać plan wykreowania elity prawdziwej kosztem łże-elity. I to się mieści w normalnym, racjonalnym planie politycznym. Natomiast próba zdefiniowania konfliktu między zwykłymi Polakami a elitami jako pewnej społecznej całości pomija tę paromilionową grupę Polaków, którzy nie mają w zasadzie nic przeciwko istnieniu elit, bo sami mają ambicję do tych elit uczciwie dołączyć. Zatem mobilizowanie biednych przeciwko bogaczom to był moim zdaniem potężny błąd, który kosztował nas, lekko licząc, jakieś milion głosów, a na popełnienie tego błędu PiS wydał ciężkie miliony z partyjnej kasy. Ja starałem się przeciw niemu działać w miarę posiadanych sił i środków. Nie wiem, czy pan czytał mój list do wykształciuchów, który to wszystko tłumaczył. Były w nim oczywiście elementy bulwersujące, ponieważ bez nich ten tekst by nie zaistniał.

Jest pan rzeczywiście pewny, że akurat mówienie przez PiS o łże-elitach czy wykształciuchach przyczyniło się do samooczyszczenia polskich elit? Państwo nie panowali nad interpretacją swojego przekazu i tych określeń użyto raczej do scementowania różnych środowisk i zmobilizowania ich przeciwko wam.
Ja jednak pozostanę przy swoim. Jestem przeciwko retoryce załatwiania bogaczy, a za retoryką skierowaną przeciwko łże-elitom. To są dwie różne retoryki polityczne o zupełnie różnych funkcjach. Określenie „łże-elityh jest moim zdaniem trafne i odwołuje się właśnie do mechanizmów blokady awansu społecznego. Ludzie zaczęli tę sprawę z nami kojarzyć, i to kojarzyć pozytywnie. W okresie kampanii wyborczej udało nam się zwiększyć może nie odsetek, ale liczbę ludzi z wyższym wykształceniem, którzy na nas zagłosowali. Platformie udało się jeszcze bardziej, ale nie jest tak, że ponieśliśmy tutaj bezwzględną stratę – ponieśliśmy stratę jedynie relatywną.

Czy również PiS bez Ujazdowskiego, bez Zalewskiego, bez pana będzie się dalej udawało, choćby relatywnie, docierać do centrowego elektoratu?
Wie pan, jesteśmy członkami tej partii i z niej nie wystąpimy – jak Kaczyński ze swoim otoczeniem zechce, to nas z niej wyrzuci, ale zapłaci potężną cenę. Natomiast moja diagnoza jest taka: mamy w wykształconym elektoracie wielko- i średniomiejskim bardzo duże przyczółki i z tych przyczółków należy prowadzić ofensywę. Mamy do odzyskania ambitnych plebejuszy, którzy, także z naszej winy, dzięki fatalnemu przesłaniu wyborczemu, zaczęli kojarzyć nas z zagrożeniem. Ta ofensywa musi być prowadzona pod hasłem: „idźmy do góry, awansujmyh. Wskazując na elementy dynamizmu w PiS, nasz przeciwnik polityczny, bo na pewno nie sympatyk, Paweł Śpiewak w paru tekstach wskazał, że opisywanie wyborców PiS tylko za pomocą kategorii „wykluczonych społecznieh nie jest zgodne ze stanem faktycznym. Dynamizm naszej partii polega na odwołaniu się do ludzi o zablokowanym awansie, trafiających na bariery wcale nie merytokratyczne, a wynikające raczej z układów towarzyskich, politycznych, o charakterze sitw. Właśnie dlatego byłem przykro zaskoczony, gdy w ostatnich dwóch tygodniach kampanii wyborczej nasz przekaz uprościł się do przesłania, że to nie łże-elity blokują wam – elitom faktycznym czy też klasie średniej – możliwość awansu, ale że cała klasa średnia może być jakoś podejrzana. To kosztowało nas potężnie. Właśnie dlatego wcale nie byłem fanem spotu „mordo ty mojah, całego tego serialu, bo tylko dla dziennikarzy albo ludzi wyjątkowo zainteresowanych polityką może być jakimś smaczkiem wsadzanie szpili Jolancie Kwaśniewskiej i naśmiewanie się, że bezy należy jeść łyżeczką. Jest paręset tysięcy pań, które same awansują albo mają mężów pnących się do góry i naprawdę chciałyby wiedzieć, jak właściwie trzeba tę bezę jeść. Ludzie, którzy mieszkają w blokach, ale przymierzają się do wzięcia kredytu, żeby zamieszkać w apartamentowcu, wyobrażają sobie eleganckie życie tak, jak nauczyły ich tego seriale i pisma kolorowe. A my z tym przekazem przeciwko bogaczom, z tym pokazywaniem w spocie wyborczym ananasa i łososia zupełnie niepotrzebnie zasugerowaliśmy, że obiekt marzeń tych ludzi może się stać moralnie podejrzany i awansując można się znaleźć pod politycznym i prawnokarnym ostrzałem. Częścią mojego osobistego planu politycznego jest powrót do korzeni, czyli przywrócenie Prawu i Sprawiedliwości wizerunku partii dynamizmu, niepodejrzanego, uczciwego awansu społecznego. I jeśli z tym awansem łączy się realny problem pani, która chciałaby wiedzieć, jak należy jeść bezę, to już na pewno nie my powinniśmy z tego szydzić.

p

*Ludwik Dorn, ur. 1954, polityk, z wykształcenia socjolog, wicepremier w rządach K. Marcinkiewicza i J. Kaczyńskiego. Do lutego br. minister spraw wewnętrznych i administracji, później marszałek Sejmu. Uznawany do niedawna za najbliższego i najbardziej zaufanego współpracownika braci Kaczyńskich. Ostatnio zrezygnował z uczestnictwa we władzach PiS. Od początku lat 70. był związany z opozycją demokratyczną. W 1976 roku zaangażował się w działalność KOR. Publikował w redagowanym przez A. Macierewicza radykalnie "antysystemowym" tygodniku "Głos". Od 1980 roku członek "Solidarności", po ogłoszeniu stanu wojennego działał w podziemiu. Od 1990 roku współpracuje z J. Kaczyńskim, w 1992 roku został wiceprezesem Porozumienia Centrum, później współzakładał PiS. W "Europie" nr 154 z 17 marca opublikowaliśmy wywiad z nim "Co zamiast wieszania".