p

Maciej Nowicki: Coraz wyraźniej widzimy, że różnica między lewicą a prawicą zaczyna się zacierać. Czy ma ona jeszcze jakiekolwiek znaczenie?
Alain Finkielkraut*: Ta różnica stała się w ogromnym stopniu fałszywa. Żyliśmy w świecie, gdzie lewica ucieleśniała ruch, a prawica uosabiała tradycję. To już nie jest prawda. Partia tradycji zniknęła z pola widzenia - ruch stał się naszą tradycją, dynamizm stał się naszą inercją. Politycy - używając języka Heideggera - stali się funkcjonariuszami techniki, której imperatywem jest nieustanna zmiana. Proszę mnie dobrze zrozumieć: to nie są czasy postępu - to są czasy, w których każda zmiana jest przedstawiana jako postęp. Politycy nie chcą - i nie wiedzą - jak się temu przeciwstawić. A ponieważ są absolutnie wymienni, uczepili się właśnie symboli. I dlatego polityka zyskuje coraz bardziej groteskowy wymiar.

Tak więc w tle dzisiejszej sytuacji widnieje gigantyczna zmiana antropologiczna: wszyscy zostaliśmy naznaczeni przez współczesny kapitalizm, który opiera się na nieustannej zmianie. To on jest największą rewolucją dnia dzisiejszego. I nikt nie potrafi mu powiedzieć "nie"...
Tak. I jedynym sposobem, aby uniknąć konstatacji, że w obliczu tej rewolucji staliśmy się tacy sami, jest udawanie, że dawne podziały przetrwały. Że coś jeszcze jest, choć w gruncie rzeczy nie ma już niczego. W tym sensie żyjemy w czasach fundamentalnego kłamstwa. Polityki lewicy i prawicy coraz bardziej się do siebie upodabniają. W tej sytuacji lewica stara się odtworzyć warunki manichejskiego podziału. Przedstawia prawicę jako piekielną bestię. Stawia na deliryczny klimat walki między faszyzmem a antyfaszyzmem. We Francji to wszystko szczególnie rzuca się w oczy. Francja miała zawsze wielką skłonność do patosu i prezentowania wczorajszych konfliktów jako najważniejszej walki dnia dzisiejszego. Francuska lewica dramatycznym głosem ostrzega dziś przed zmianami w regulacjach dotyczących imigracji.

Chodzi oczywiście o testy DNA, którym mają zostać poddane osoby starające się o obywatelstwo francuskie w ramach akcji łączenia rodzin. Najprawdopodobniej będzie to dotyczyło co najwyżej kilkuset osób. Ta zmiana ma więc rzeczywiście marginalne znaczenie...
Tymczasem deputowani socjalistyczni porównują testy DNA do obozów koncentracyjnych, a sytuację ludzi, którzy mają zostać im poddani, do sytuacji Żydów w czasie Shoah. Nawet nie przyszło im do głowy, że to porównanie nie ma żadnego sensu.

Lewica stawia na radykalizm, aby przekształcić politykę w wojnę domową. Strategia utożsamiania Sarkozy'ego z faszystą doprowadziła do klęski lewicy w czasie wyborów...
To jest absolutnie szalone. Sarkozy poprowadził swą kampanię wokół tematów, które uważam za bardzo istotne - jak nadać sens dziedzictwu, co oznacza tożsamość narodowa. Włączając ideę narodu do dyskursu republikańskiego, całkowicie zmarginalizował Le Pena. Lewica przegrała, a dziś mści się, przeinaczając fakty. Mówi: "To nieprawda. Le Pen nie przegrał. To Le Pen jest u władzy ukryty pod maską Sarkozy'ego". Główne hasło strajkującej dziś Francji brzmi: musimy pokonać Sarkozy'ego - faszystę. Alain Badiou, najsławniejszy myśliciel francuskiej lewicy, wydał właśnie książkę "De quoi Sarkozy est-il le nom", w której twierdzi, że Sarkozy jest nie tylko Le Penem, jest czymś jeszcze gorszym - nowym Petainem. I tłumaczy studentom, kolejarzom, robotnikom, że ich życie w reżimie faszystowskim będzie odtąd wymagało gigantycznej odwagi. Krytykowanie Sarkozy'ego w sposób skuteczny, przenikliwy jest dla lewicy zadaniem zbyt trudnym. Lewica potrafi go jedynie diabolizować.

Pan bardzo gwałtownie krytykuje lewicę i spotyka się z zarzutami, iż "Finkielkraut stał się neoreakcjonistą. We wszystkim popiera Sarkozy'ego. Zdradził radykalną lewicę, do której niegdyś się zaliczał"...
Po pierwsze nigdy publicznie nie powiedziałem, że będę głosował na Sarkozy'ego. Po drugie trzeba wreszcie zerwać z przekonaniem, że lewica jest ojczyzną intelektualistów (przecież nie żyjemy w obozach). Niegdyś rzeczywiście tak sądziłem. Gdy zaczęła się wielka lewacka epopeja, uległem pokusie radykalizmu. Następna zmiana zaszła w połowie lat 70. Przeczytałem wtedy tekst Milana Kundery, w którym przeciwstawiał on dwa maje '68 - ten w Paryżu i ten w Pradze (mógł zresztą do tego dodać maj warszawski). Do tej pory Paryż i Praga były symbolami walki w imię tego samego, w swej naiwności nie widziałem między nimi żadnej różnicy. I nagle pojawił się człowiek, który wytłumaczył mi, że w Pradze miała miejsce rewolta umiarkowanych i który mówił o potrzebie postrewolucyjnego sceptycyzmu. I to wszystko przeciwstawiał radykalizmowi maja paryskiego, który wyśmiewał. Wtedy moje dotychczasowe punkty odniesienia zawaliły się. Przynależność do lewicy dawała mi poczucie wyższości moralnej. Zalecenie "sceptycyzmu porewolucyjnego" oznacza, że coś takiego jak wyższość moralna zostaje podważone. Co więcej, zacząłem godzić się z tym, że jest inaczej, niż mi się dotychczas wydawało: wyższość moralna lewicy wynika przede wszystkim z jej związków z totalitaryzmem...

Tak więc jej tytułem do chwały stawało się nie to, co jest w niej najlepsze, tylko to, co najgorsze. Zazwyczaj mówi się - lewica błyszczała na tle prawicy, wydawała się jedynym możliwym do zaakceptowania wyborem, ponieważ prawica skompromitowała się wraz z nazizmem. Pan nie odpowiadał: "No, ale komunizm to były gułagi, masowe mordy". Pana odpowiedź brzmiała w pewnym sensie: "Poczucie wyższości moralnej lewicy jest wpisane w gułagi i masowe mordy". To są rzeczy nierozerwalne...
Totalitaryzm wiązał się z wprowadzeniem do polityki moralności manichejskiej. Jeżeli jeden z obozów zaczyna utożsamiać się z wolnością, dobrem i pragnieniem sprawiedliwości, druga strona może być jedynie ucieleśnieniem zła. Polityka staje się wtedy, jak mówił Robespierre, wojną zwolenników wolności z jej przeciwnikami. I dla dobra ludzkości przeciwnicy wolności muszą zniknąć. Totalitaryzm oznaczał więc dla mnie dwie rzeczy. Po pierwsze, że należy raz na zawsze wyrzec się przekonania o wyższości moralnej w polityce. A po drugie oznacza, że radykalna lewica jest po prostu niemożliwa bez totalitaryzmu. Claude Lefort, francuski teoretyk totalitaryzmu, mówił, że wolą totalitaryzmu jest połączenie ludu w jedność, odrzucenie wszelkich podziałów. Ja tak nie uważam - totalitaryzm rodzi się z podziału świata na dwie siły, na dwa obozy. Nie można sobie powiedzieć: "Komunizm był klęską" i postępować tak, jakby nic się nie zmieniło. Doświadczenie totalitaryzmu wymaga od nas wprowadzenia do polityki zasady ostrożności. Musimy wyrzec się fascynacji liczbą dwa.

Reklama

Peter Sloterdijk w "Zorn und Zeit" pisze mniej więcej tak: lewica była w gruncie rzeczy gigantycznym bankiem gniewu. Stanowiła miejsce, w którym lud mógł składować swe niezadowolenie i liczyć w przyszłości na pewne odsetki z tego niezadowolenia. Te czasy się już skończyły - komunizm pokazał, co w praktyce oznacza polityka gniewu. Dziś trzeba wymyślić lewicę, która nie opiera się na gniewie...
Sloterdijk nie dostrzega, że gniew dla każdego z nas jest jednym z koniecznych warunków zaangażowania w politykę. W czasie wojny w Jugosławii oburzałem się na Milosevicia i bierność Europy - powodował mną gniew. Oczywiście gniew nie wystarcza. Przede wszystkim zaś istnieje pewne zasadnicze ryzyko związane z gniewem: bardzo często nie wiemy, jak zachować w gniewie świadomość, że sprawa, w imię której się angażujemy, jest ograniczona. Zapominamy, jak napisał Paul-Louis Landsberg, że "zaangażowanie jest decyzją na rzecz sprawy niedoskonałej". Tymczasem gniew czyni naszą sprawę doskonałą. Chcemy go uważać za okno absolutu. Tak więc zachowanie w gniewie poczucia względności jest czymś niebywale trudnym. I to jest dokładnie to, czego lewica nie potrafi robić. Jej gniewy są gniewami kolektywnymi, wybiórczymi, ideologicznymi. Siedząc na takich gniewach, lewica rzeczywiście cofa się ku swym totalitarnym korzeniom.

W jaki sposób zdefiniować dzisiejszą lewicę? Jakie są jej główne wyróżniki, pomijając imaginacyjny antyfaszyzm, o którym pan wcześniej mówił?
Są jeszcze dwie rzeczy. Po pierwsze - obrona praw nabytych. Opierając się na tej zasadzie, lewica broni wszystkich przywilejów emerytalnych, co jest kompletnie nieodpowiedzialne. Ich ograniczenie jest jedynym sposobem, aby zagwarantować przyzwoitą sytuację ludziom dopiero rozpoczynającym życie zawodowe. Francja jest krajem gigantycznego bezrobocia ludzi młodych. Lewica przeciwstawia się też reformie uniwersytetów - mimo że tylko reforma może zapobiec ich degradacji. Kolejne wielkie pole walki lewicy stanowi obrona "sans papiers", nielegalnych imigrantów. Lewica twierdzi, że należałoby zalegalizować wszystkich imigrantów, którzy przyjeżdżają do Francji, dać im zasiłki, a ich dzieciom dostęp do szkoły. Mówią: imigracja jest wyłącznie błogosławieństwem. Problem imigracji nie istnieje. I tu znowu powraca antyfaszyzm - każdy, kto myśli o imigracji jako o problemie, automatycznie popada w ksenofobię i rasizm, powraca - jak się to szumnie nazywa - "do najgorszych godzin naszej historii". Lewica nie ma nic innego do powiedzenia. Tu trzeba zaznaczyć jedno - ta lewica ma swych ideologów, głosicieli radykalnej wolności w postaci Alaina Badiou, Jacques'a Ranciere'a i Etienne'a Balibara, robespierrystów marzących o ścięciu głów wszystkim tym, którzy się z nimi nie zgadzają. Ale jednocześnie mamy do czynienia z "hollywoodyzacją" francuskiej lewicy - jej twarzami stali się piosenkarze, aktorzy, gwiazdy telewizji. Ci niewiarygodnie bogaci ludzie nieustannie manifestują na ulicach w imię idei najbardziej radykalnych, z którymi ich życie nie ma oczywiście nic wspólnego. Jeżeli taka ma być właśnie lewica, to ja serdecznie dziękuję.

Lewica istnieje głównie temu, że się oburza na prawicę. W takim razie jak opisać prawicę, tak aby wyjść poza definicję: "jest to formacja, na którą oburza się lewica"?
Bardzo trudno ją zdefiniować. Przede wszystkim dlatego, że w prawicy jest bardzo wiele z lewicy. Prawica jest za równością szans, broni państwa dobrobytu, broni systemu ubezpieczeń społecznych. Prawica już od bardzo dawna nie ma nic wspólnego z partią bogaczy wymierzoną w klasę pracującą. I jako że prawica całkowicie zerwała z tym karykaturalnym wizerunkiem, lewica nie bardzo wie, na jakich realnych grzechach mogłaby ją złapać. Jeżeli naprawdę miałbym przedstawić definicję prawicy, to opierałaby się ona na pewnych niuansach. Na tym, że wyraźniej podkreśla ona pewne elementy: wiarę w przedsiębiorczość ludzi, w to, że każdemu trzeba dać szansę samorealizacji, w to, że urzeczywistnienie idei równości nie powinno krępować wolności człowieka.

To nawet nie są idee prawicowe - to są po prostu elementy amerykańskiego credo. Wniosek stąd następujący: prawica w Europie jest po prostu bardziej zamerykanizowana niż lewica. To ją różni przede wszystkim. Stanęła po stronie światowego zwycięzcy. Czy nie ma żadnego pola, na którym lewica wygrała? Np. w sferze kultury?
Tutaj lewica rzeczywiście wygrała. Tylko uwaga - chodzi tu o pewien typ lewicy. Lewica francuska miała swój wielki moment w latach 50., gdy kierowało nią pragnienie, by wielką kulturę uczynić dostępną ludowi. Ale ta lewica została pochłonięta przez inną lewicę, tę, która głosi, że "wszystko jest kulturą". To jest lewica rapu, komiksu, mody, czyli przemysłu kulturowego. Ta lewica mówi: "Nie przynudzajcie z wielką kulturą, bo wszystko jest sobie równe". Ta linia stała się obowiązująca w latach 80. I żaden polityk, obojętnie czy z prawicy, czy z lewicy, nie jest w stanie powrócić do czasu sprzed tej decyzji. Dzieje się tak, ponieważ politycy jedynie towarzyszą dominującemu procesowi techniczno-ekonomicznemu, a kultura stanowi przestrzeń, którą można nieustannie eksploatować dla rozrywki, turystyki etc. Różnica polega jedynie na tym, że lewica jest jeszcze bardziej wandalistyczna niż prawica i w jeszcze większym stopniu przyjęła apologetyczną postawę wobec nieograniczonej konsumpcji. Choć w zasadzie występuje między nimi konwergencja. Podam panu przykład z innej dziedziny. Sarkozy powołał na szefa komisji do spraw wzrostu gospodarczego bardzo słynnego lewicowego ekonomistę - Jacques'a Attalego. Attali doszedł do wniosku, że należy zrobić wszystko, aby faworyzować konsumenta, na przykład znieść wszelkie ograniczenia, którymi skrępowane były hipermarkety. Przede wszystkim obniżka cen! Tylko kto powiedział, że konsument jest najbardziej spełnionym typem ludzkim? I że zamiast francuskiego konsumenta nie należałoby na przykład wesprzeć francuskiego pracownika, który traci pracę w wyniku delokalizacji? Nie ma nikogo, kto potrafiłby powiedzieć "nie". Lewica proponuje, a prawica bije brawo.

W Stanach Zjednoczonych podstawowy konflikt polityczny dotyczy spraw obyczajowych. To jest to, co w dużym uproszczeniu nazywamy "wojnami kulturowymi"...
W tzw. starej Europie to nie ma żadnego znaczenia. A już na pewno nie we Francji. W najważniejszych kwestiach obyczajowych prawica dostosowuje się do lewicy. Świetnym przykładem może być Gay Pride, która z imprezy aktywistów homosekualnych przerodziła się w święto o charakterze instytucjonalnym. Na Gay Pride widuje się tyle samo ministrów lewicy, co prawicy.

Nie mogę pozbyć się wrażenia, że europejska prawica ma w kwestiach obyczajowych gigantyczny kompleks niższości wobec lewicy. Potrafi tylko dwie rzeczy - albo bronić wzorców, które już dawno należą do przeszłości, albo głosić to samo co lewica, tyle że z pewnym opóźnieniem, aby nie zaszokować samej siebie lub własnego elektoratu. Pod względem obyczajowym jest lewicą sprzed pięciu czy 10 lat...
Ma pan rację. Lewica - to czwarty element wyznaczający jej definicję - jest głównym aktorem w sferze wolności osobistych bez żadnych ograniczeń. To ona rozpoczęła walkę o małżeństwa homoseksualne, prawa rodzicielskie dla gejów, akceptację nowych technologii mogących służyć jednostce, jak np. upowszechnienie usług tzw. matek nosicielek, które wynajmują swe ciała, aby urodzić dziecko przekazywane następnie temu, kto składa zamówienie. Zwolennicy tego typu usług powołują się na współczucie dla osób, które w inny sposób nie mogą mieć dziecka. Nie zauważają, że chodzi tu o działanie, którego skutkiem jest wciągnięcie całości ludzkiego ciała w przestrzeń handlową. Kobiety czynią ze swego ciała zarazem towar i narzędzie. To kolejny przykład, że lewica nie potrafi odrzucić logiki konsumpcji jako logiki dominującej, jest od niej całkowicie zależna. Jednak we wszystkich tych kwestiach dotyczących wolności osobistych prawica ma gigantyczny kłopot ze zdeklarowaniem własnego konserwatyzmu. Nieustannie zżera ją lęk, że zostanie postawiona w stan oskarżenia przez media. Żyjemy w czasach, gdy papież nie ma żadnego wpływu i nikt go nie słucha. Żyjemy w czasach pontyfikatu dziennikarzy, którzy z reguły popierają tę walkę o wolność osobistą bez granic. To zresztą dowodzi jeszcze jednego - polityka już dawno nie jest wszechmocna. Dziennikarze są znacznie silniejsi. Nie ma dziś najmniejszego kłopotu, aby ubabrać każdego polityka w błocie. Jednocześnie nie chcemy się wyzbyć przekonania o wszechmocności polityków, bo to odebrałoby nam naszą ulubioną rozrywkę - grę pod tytułem: "Lud jest z definicji niewinny, za wszystko odpowiedzialność ponoszą rządzący".

Marcel Gauchet powiedział mi, że różnice między prawicą a lewicą zanikają, ponieważ mamy dziś do czynienia z dwiema lewicami i dwiema prawicami. Po jednej stronie mamy prawicę i lewicę internacjonalistyczną, czyli prawicę neoliberalną głoszącą niczym nieskrępowaną pochwałę globalizacji oraz lewicę obrony praw człowieka domagającą się na przykład zniesienia wszelkich ograniczeń imigracji, wyznającą absolutną dominację praw człowieka nad prawami stanowionymi przez państwo. A po drugiej stronie mamy prawicę i lewicę domagające się wzmocnienia roli państwa. Zdaniem takiej lewicy i takiej prawicy najważniejszym wyzwaniem jest globalizacja, co wymaga od nas próby wyznaczenia granic wspólnoty.
Granice przebiegają dziś wewnątrz politycznych rodzin. A także wewnątrz nas samych. Każdy zadaje sobie pytanie, ile jest we mnie z prawicy, a ile z lewicy. Spójrzmy na Sarkozy'ego. Pojawił się początkowo jako kandydat neoliberalny, kandydat globalizacji bez granic. Ale kiedy został wybrany, był już kandydatem oporu przed globalizacją - tzn. nie jesteśmy w stanie całkowicie zatrzymać globalizacji, ale jednocześnie chcemy wyznaczyć pewne reguły, nie chcemy poświęcić naszej tożsamości narodowej. To właśnie sprawiło, że zwyciężył. I w odpowiedzi francuska lewica nazwała go faszystą. Jednocześnie francuska lewica zdyskwalifikowała wszystkich tych spośród swoich ludzi, którzy mówili o tożsamości narodowej w sposób pozytywny...

Ponieważ lewica stała się zakładnikiem wojny z Sarkozym?
Dokładnie. Obawiam się, że bardzo długo będziemy czekać na lewicę, która mówi o narodzie w sposób inteligentny. Wydaje mi się to niemożliwe nie z uwagi na naturę podziału lewica - prawica, lecz właśnie z uwagi na istnienie podziału lewica - Sarkozy. Lewica żyje obsesją zniszczenia Sarkozy'ego i o wszystkim innym zapomniała.

p

*Alain Finkielkraut, ur. 1949, filozof. Jest synem polskiego Żyda, więźnia Auschwitz. Jeden z najważniejszych myślicieli wyrosłych z pokolenia francuskiego Maja 1968 roku, dzisiaj zdecydowany krytyk tej tradycji. Intelektualny patron nowej prawicy Nicolasa Sarkozy'ego, obiekt ataków francuskiej nowej lewicy, którą krytykował za antysemityzm i nienawiść do Izraela. Do swoich mistrzów intelektualnych zalicza Emmanuela Levinasa i Hannę Arendt. W Polsce ukazały się m.in.: "Porażka myślenia" (1992) i "Zagubione człowieczeństwo" (2000). W "Europie" nr 185 z 20 października br. opublikowaliśmy jego komentarz do ankiety: "Prawica chce zmian, lewica je blokuje".