D(avid) H(erbert) Lawrence

(1885 - 1930)

Znakomity pisarz, skandalista - jego powieść "Kochanek Lady Chatterley" dopiero w 1960 roku mogła się ukazać w Wielkiej Brytanii w pełnej nieokrojonej wersji. Autor książek, które weszły do kanonu literatury światowej. Jako poeta został doceniony, a właściwie odkryty, dopiero w latach 50. ubiegłego wieku wraz z trzytomową pełną edycją wierszy zebranych. Głosiciel wyzwolenia instynktu i "świadomości krwi" od dominacji intelektu, erotyki zaś od konwenansów, w poezji zerwał z tradycyjną wersyfikacją, zastępując ją wierszem wolnym, narzędziem wyrazu spontanicznego uczucia poddanego surowej artystycznej kontroli. Jest to poezja obrazu, ekspresji uczuciowej, kontemplatywnego opisu. Oba prezentowane tu wiersze ogłoszone zostały pośmiertnie. W ostatnim wierszu interesująca jest zwłaszcza dyskretna aluzja zdradzająca obecność kobiety w ogrodzie.

p

ANGLICY SĄ TACY UPRZEJMI!

Anglicy są tacy uprzejmi
Tak strasznie uprzejmi
Najuprzejmiejsi na świecie.

Co więcej, to tak uprzejme z ich strony, że są uprzejmi
I że wy jesteście uprzejmi
Bo jeśli nie jesteście, dadzą wam to odczuć!

Amerykanie i Francuzi, i Niemcy, itd.
Oni są w porządku,
Ale nie są tak naprawdę uprzejmi, wiecie,
Nie są uprzejmi w naszym rozumieniu, nieprawdaż?

Dlatego właśnie nie można ich traktować poważnie
My, oczywiście, musimy być dla nich uprzejmi
Oczywiście, naturalnie, że tak
Przy czym nie ma znaczenia, co się do nich mówi
Oni i tak nie zrozumieją.
Bądźcie uprzejmi, wiecie, tylko uprzejmi
Ale nigdy ich nie traktujcie poważnie, oni by nie zrozumieli,
Po prostu, bądźcie uprzejmi! o, bardzo uprzejmi,
Oczywiście nie zanadto, oni to wykorzystają,
Ale tak w sam raz, po prostu uprzejmi w sam raz
Aby odczuli, że nie są tak uprzejmi jak mogliby być.

DRZEWA W OGRODZIE

Ach, we wzburzonym powietrzu
Jak ciche są drzewa!

A lipa, piękna i wysoka, o nieruchomych liściach
Nie traci tchnienia swego aromatu

A widmowe, blade drzewko z liśćmi
Białymi niby kość słoniowa wśród rozbuchanej zieleni
I jakże ulotny jest barwny dziki bez; gdy ona na zielonej trawie wahająca się
Jakby miała ulotnić się za chwilę
Z całym wdziękiem swego oburzenia

A modrzew, słup tylko, za wysoki by coś zobaczyć
A wonne sosny są błękitne, szarobłękitnym kolorem morskiej głębi
I młode buki z liśćmi różowo-krwawymi na krawędziach
Jak cicho stoją razem trwając nieruchomo
W powietrzu wzburzonym, wzajem obce sobie
We wznieconym blasku zielonej trawy; obcy są w ogrodzie.

przeł. Leszek Elektorowicz