Dziennik Gazeta Prawana logo

Opór to kapitulacja

5 stycznia 2008, 04:01
Ten tekst przeczytasz w 9 minut

Lewica wydaje się mocno zagubiona we współczesnym świecie. Świadczyć o tym mogą bardzo rozbieżne strategie, jakie przyjmuje. Od "trzeciej drogi" będącej de facto pogodzeniem się z kapitalizmem aż po skrajny bunt i teorie głoszące potrzebę rozsadzenia kapitalistycznych instytucji od środka. Jedną ze strategii jest także quasi-anarchistyczna krytyka nawołująca do niezależnych działań poza istniejącymi strukturami władzy i państwa. Ma ona występować z "nieskończenie wymagającymi" etycznymi postulatami, które okażą się z góry niemożliwe do spełnienia - i obnażą tym samym ograniczenia liberalno-demokratycznych instytucji. Ma także tworzyć alternatywne instytucje i ruchy. Zdaniem Slavoja Zizka jednego z najważniejszych dziś teoretyków lewicy taki opór oznacza jednak faktyczne przyzwolenie na wszelkie, nawet najbardziej opresyjne działania państwa. Separuje też lewicę od rzeczywistej polityki, która pozostaje grą o władzę. Spycha ją na margines, gdzie nigdy nie będzie miała wpływu na całość społecznej organizacji. Alternatywne ruchy i instytucje mogą być bowiem bez większego trudu ignorowane przez liberalne państwo. Zawsze znajdzie ono wymówkę, wskazując na "utopijność" lewicowych żądań. Bardziej skuteczna - sugeruje Zizek - wydaje się droga obrana przez populistę Hugo Chaveza. Od razu sięgnął on po władzę i dziś za wszelką cenę próbuje się przy niej utrzymać. Gdy natrafia na opór kapitalistycznych struktur konsoliduje swoje polityczne zaplecze, by tym efektywniej realizować swoje ekonomiczne pomysły. Zamiast wysuwać "nieskończone" etyczne żądania lewica powinna więc zdaniem Zizka skupić się na precyzyjnych działaniach uwzględniających możliwości państwa. Tylko w ten sposób państwo nie będzie mogło jej ignorować.

p

Kapitalizm jest niezniszczalny - oto jedna z najbardziej czytelnych lekcji, jakie przyniosły ze sobą ostatnie dekady. Marks porównał go do wampira, a zadźgane wampiry zawsze wstają z martwych. Nawet maoistyczna rewolucja kulturalna, która miała zetrzeć kapitalizm z powierzchni ziemi, skończyła się jego triumfalnym powrotem. Na hegemonię globalnego kapitalizmu i jego politycznego uzupełnienia, czyli liberalnej demokracji, lewica reaguje na wiele różnych sposobów. Akceptuje tę hegemonię, ale nadal walczy o reformę z zachowaniem kapitalistycznych reguł (socjaldemokracja trzeciej drogi). Albo godzi się z tym, że hegemonia jest trwała, ale uważa, że należy stawiać jej opór w "zakamarkach" systemu. Albo uznaje daremność wszelkiej walki, bo hegemonia jest tak wszechogarniająca, że można liczyć tylko na eksplozję "boskiej przemocy" - rewolucyjna wersja Heideggerowskiego "Tylko Bóg może nas uratować". Albo podkreśla, że problem ma bardziej fundamentalny charakter - globalny kapitalizm jest wytworem zasad funkcjonowania technologii bądź "instrumentalnego rozumu". Albo utrzymuje, że globalny kapitalizm i władzę państwa można skutecznie osłabić nie metodą bezpośredniego ataku, lecz przez skupienie się na codziennych praktykach, gdzie można "zbudować nowy świat". Fundamenty potęgi kapitału i państwa stopniowo skruszeją i w końcu państwo się zawali. Albo wybiera drogę "postmodernistyczną", przenosząc akcent z antykapitalistycznej krucjaty na rozmaite formy walki polityczno-ideologicznej, podkreślając znaczenie redefinicji dyskursu. Albo wreszcie zakłada, że w warunkach postmodernistycznych można wykorzystać mechanizmy marksistowskiej dialektyki - narastająca sprzeczność między relacjami społecznymi i kapitalistycznymi stosunkami produkcji umożliwi powstanie "demokracji absolutnej" (stanowisko Hardta i Negriego).

Stanowiska te nie są prezentowane jako sposób na uniknięcie jakiejś "prawdziwej", radykalnej strategii lewicowej - przeciwnie, wynikają z braku takiej strategii. Porażka ta nie wyczerpuje jednak historii lewicy w ciągu minionych 30 lat. Z lekcji, jaką mają dla nas chińscy komuniści - za ich rządów miała miejsce największa być może kapitalistyczna eksplozja w dziejach - i socjaldemokraci trzeciej drogi, płynie następujący wniosek: my potrafimy zrobić to lepiej. Rewolucja thatcherowska przebiegała w sposób chaotyczny. Dopiero Tony Blair zdołał ją zinstytucjonalizować czy też (by posłużyć się kategoriami heglowskimi) zamienić to, co sprawiało wrażenie historycznie przygodnego, na dziejowo konieczne. Thatcher nie była thatcherystką, tylko sobą. To Blair (bardziej niż John Major) nadał thatcheryzmowi jego prawdziwą formę. Niektórzy lewicowi krytycy kapitalizmu reagują na tę paradoksalną sytuację wezwaniem do nowej polityki oporu. Tych, którzy nadal chcą walczyć z władzą państwową - a już nie daj Boże ją przejąć - oskarża się o to, że utknęli w "starym paradygmacie": dzisiaj właściwą metodą walki z władzą jest wycofanie się z jej terytorium i stworzenie nowych przestrzeni poza jej kontrolą. Jest to oczywiście odwrotna strona akceptacji triumfu kapitalizmu. Polityka oporu to nic więcej jak moralizujący suplement do koncepcji trzeciej drogi.

Stanowisko "polityki oporu" najlepiej chyba sformułował Simon Critchley w wydanej w maju 2007 roku książce "Infinitely Demanding". Według Critchleya państwo liberalno-demokratyczne jest nie do ruszenia. Wszelkie próby jego likwidacji poniosły sromotną klęskę. Nowa polityka musi zatem znaleźć sobie miejsce na jego uboczu: w ruchach antywojennych, organizacjach ekologicznych, antyrasistowskich i feministycznych czy innych formach lokalnej samoorganizacji. Powinna to być polityka oporu wobec państwa, bombardowania go niemożliwymi do spełnienia żądaniami, krytykowania jego ograniczeń. Główny argument za taką strategią opiera się na etycznym wymiarze "nieskończenie wymagającego" apelu o sprawiedliwość: żadne państwo nie może posłuchać tego apelu, ponieważ przyświecają mu cele z dziedziny Realpolitik, czyli zapewnienie własnego istnienia, rozwoju gospodarczego, bezpieczeństwa publicznego itd.

Tak naprawdę państwo liberalno-demokratyczne i marzenie o "nieskończenie wymagającej" anarchicznej polityce nawzajem na sobie pasożytują: anarchiści zajmują się etycznym myśleniem, a państwo kierowaniem społeczeństwem i narzucaniem mu reguł. Etyczno-polityczny anarchista Critchleya przypomina superego bezkarnie bombardujące państwo żądaniami - im usilniej państwo stara się spełnić te żądania, tym bardziej wydaje się winne. Zgodnie z tą logiką anarchiści koncentrują swoje protesty nie na jawnych dyktaturach, lecz na hipokryzji liberalnych demokracji oskarżanych o to, że sprzeniewierzają się wyznawanym przez siebie zasadom.

Warto zwrócić uwagę, że droga, na którą w 2006 roku wszedł Hugo Chávez, jest całkowitym przeciwieństwem sposobu wybranego przez postmodernistyczną lewicę: nie stawiał oporu władzy, tylko po nią sięgnął. I najstraszniejsza rzecz: teraz, kiedy odczuł ekonomiczne skutki "oporu" kapitału wobec jego rządów (tymczasowe niedobory niektórych towarów w subsydiowanych przez państwo supermarketach), ogłosił plan połączenia 24 popierających go partii w jedną. Nawet niektórzy spośród jego sojuszników sceptycznie odnieśli się do tego pomysłu. To ryzykowne posunięcie zasługuje jednak na pełne poparcie: nowa partia nie ma funkcjonować jak typowe stronnictwo etatystyczno-socjalistyczne (czy peronistyczne), lecz jako narzędzie mobilizacji nowych form polityki (na przykład organizowanych oddolnie komitetów w slumsach). Co powinniśmy powiedzieć komuś takiemu jak Chávez? Nie sięgaj po władzę, wycofaj się, zostaw państwo w spokoju? Chávez przez wielu uważany jest za błazna, ale czy tego rodzaju wycofanie się nie zrobiłoby z niego nowego wcielenia subcomandante Marcosa, przez wielu meksykańskich lewicowców nazywanego dzisiaj "subcomediante Marcos"? W obecnych czasach państwu "sprzeciwiają się" wielcy kapitaliści - Bill Gates, zatruwające środowisko korporacje, ludzie polujący na lisy.

Jakie płyną z tego wnioski? Prawdziwie wywrotowe nie jest wysuwanie żądań, o których wiemy, że władza nie może ich spełnić. Ponieważ oni wiedzą, że my wiemy, taka "nieskończenie wymagająca" strategia nie stanowi dla nich problemu. "Bardzo pięknie - mówi władza - że swoimi krytycznymi żądaniami przypominacie nam, w jakim świecie wszyscy chcielibyśmy żyć. Niestety, żyjemy w realnym świecie i musimy zadowolić się tym, co jest możliwe". Prawdziwie wywrotowa jest odwrotna strategia: należy bombardować władzę starannie dobranymi, precyzyjnymi, skończonymi żądaniami, na które nie można odpowiedzieć tą samą wymówką.

p

, ur. 1949, filozof, publicysta, profesor uniwersytetu w Lubljanie, jeden z najwybitniejszych myślicieli współczesnej lewicy. Jest autorem kilkudziesięciu książek - najważniejsze spośród nich to: "Wzniosły obiekt ideologii" (1989, wyd. pol. 2001), "The Ticklish Subject" (1999), "The Fragile Absolute" (2000), "Rewolucja u bram" (2002, wyd. pol. 2007), "Kukła i karzeł" (2003, wyd. pol. 2006) oraz "The Parallax View" (2006). W "Europie" nr 183 z 6 października br. opublikowaliśmy jego tekst "Chiński padół łez".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj