Wybory prezydenckie, w których ostatecznie stanęliby naprzeciwko siebie Obama i Huckabee, oznaczałyby polityczne trzęsienie ziemi, prztyczek w nos establishmentowi wymierzony przez Amerykanów. W nową burzliwą epokę weszlibyśmy pod przywództwem człowieka, o którego poglądach na politykę zagraniczną tak naprawdę nic byśmy nie wiedzieli. Spektakl byłby bez porównania bardziej malowniczy. Ale czy tylko barwy kampanii się liczą, szczególnie jeśli obserwujemy tę kampanię znad Wisły, z pogranicza Zachodu, którego stolicami są dzisiaj Waszyngton i Bruksela?
J. F. Kennedy był podobnym oddechem świeżości. Pokonał najpierw odwiecznych baronów własnej partii, a potem nudziarza Nixona. Był malowniczy jak Obama, więc Amerykanów nie interesowało ani to, jakie ma poglądy w dziedzinie polityki międzynarodowej, ani czy w ogóle jakieś posiada. W porównaniu z barwnością spektaklu, wydawało się to nieistotne. Dopiero później okazało się, że jeśli ktoś jest prezydentem globalnego mocarstwa, to jego pomysły na zarządzanie światem mają swoje konsekwencje. Fajny i malowniczy Kennedy najpierw ośmieszył się na Kubie, a potem wciągnął Amerykę w wojnę wietnamską, która zrujnowała cały region i złamała moralny kręgosłup Stanów Zjednoczonych.
Dzisiejszy świat nie jest wcale bardziej stablilny niż świat podzielony frontem zimnej wojny. Wojna z terrorem, wojna cywilizacji, wojna o ropę i gaz - to tylko pierwsze z szeregu konfliktów, w których Zachód wymaga zarówno jedności, jak też przewidywalnego przywództwa. Przedstawiciel religijnej prawicy Huckabee to obietnica pogłębienia patologii polityki Busha. A o pomysłach Obamy w ogóle nic nie wiemy. Na tym tle Hillary Clinton, John McCain czy Rudolf Giuliani (o ile do walki o nominację Republikanów w ogóle przystąpi) to przy wszystkich ich słabościach diabeł znany, lepszy od nieznanego. Clinton będzie miększa, ale z Bliskiego Wschodu się nie wycofa, a do Europy się zbliży. McCain czy Giuliani będą nieco twardsi na rubieżach Zachodu, ale są bardziej świeccy od Huckabeego i pod ich władzą Stany Zjednoczone przestaną się oddalać od Europy.
Zachód potrzebuje stabilnego przywództwa. Europa potrzebuje przewidywalnego partnera z drugiej strony Atlantyku. Dlatego my w Polsce oglądamy amerykańską kampanię nie tylko jako fenomenalny spektakl. Ale jako jeszcze coś odrobinę poważniejszego.
Robert Krasowski