Andrzej Mencwel potwierdza fakt obecnej dominacji prawicy, a także słabość myśli lewicowej. Szansą dla ewentualnej przyszłej polskiej lewicy jest, jego zdaniem, impas intelektualny i prawicowy, w jakim znalazły się prawicowe partie po swoim bezprecedensowym zwycięstwie i zagarnięciu całego prawie politycznego spektrum. Zdaniem Mencwela PO jest zbyt pasywne, nie ma swojej wizji rewolucji, choćby i liberalnej. Z kolei PiS zachowuje się jak stara lewica, obiecując równość i sprawiedliwość dystrybucyjną, odwołując się do wykluczonych rozumianych bardzo tradycyjnie jako bezrobotni, emeryci, ludzie zarabiający pensję minimalną. Obie prawice stały się zakładnikami społecznego status quo.
p
Cezary Michalski: Dlaczego młodzi inteligenci, nawet ci kontestujący PRL, tak często wybierali kontestowanie go z pozycji lewicowych, skoro także PRL był oficjalnie lewicowy? Dlaczego pan wybrał wtedy lewicowość?
Andrzej Mencwel*: Muszę powiedzieć najpierw o pewnej motywacji społecznej, o której zresztą najmniej się mówi współcześnie. Problematyka społeczna zanikła - tak jakby Polska w XX wieku nie miała żadnej historii społecznej, jedynie historię polityczną.
Istotnie, nawet z wielu dzisiejszych opracowań na temat "Solidarności" można się dowiedzieć, że nie była ona związkiem zawodowym czy ruchem społecznym, jedynie ruchem religijnym i narodowym. Szkoły podejrzeń okazały się wstrętne, wszyscy Polacy chcą wspólnego dobra i są zupełnie wyzwoleni od osobistych czy grupowych interesów...
To także jeden z wymiarów dzisiejszego kryzysu myśli lewicowej, a może i myśli społecznej w ogóle. Natomiast dla mnie, w moim wyborze lewicowości, bardzo ważne było to, że byłem plebejskiego pochodzenia. Zresztą, mimo tego pochodzenia, genealogię ideową miałbym akurat raczej prawicową. Mój ojciec, który był rzemieślnikiem, w pierwszych latach powojennych w Jeleniej Górze o mały włos nie kandydował na posła z ramienia Stronnictwa Pracy.
To może pan swoją lewicowością kontestował poglądy ojca?
Istotnie, było w tym wszystkim także pewne osobiste napięcie. Ale najważniejsze było wtedy dla mnie to, co tzw. Polska Ludowa zrobiła z masowym awansem społecznym. Dziś patrzę na to trochę inaczej, bo prawdopodobnie gdyby nie rok 1945, ten masowy awans społeczny przebiegłby bardziej harmonijnie. Ale społecznie Polska przedwojenna nie była dla mnie ideałem - w żadnym rozumieniu tego słowa.
Tyle że nowa władza kazała sobie za ten awans płacić. Znane słowa Rakowskiego "Bez nas byście krowy pasali" były adresowane do inteligencji z awansu społecznego, która zbuntowała się w czasie pierwszej "Solidarności".
Tylko że one zostały wypowiedziane dużo później, kiedy zresztą nie miały już społecznego odniesienia. Bo ten szeroki awans społeczny został zablokowany pod koniec lat 60., czego żywym obrazem było zamykanie dostępu do wyższych studiów. Natomiast jeszcze 10 lat wcześniej w mentalności mojego pokolenia utrwalone było przekonanie, że każdy z nas ma otwartą drogę - do miasta, wiedzy, awansu. Ja nawet dzisiaj nie widzę tego wśród młodzieży wiejskiej w takim natężeniu. Dziś łatwiej jest wyjechać w świat, ale zmienić pozycję społeczną jest trudniej. Jak przyjechałem do Warszawy i zacząłem studiować polonistykę, miałem lat 17 i żyłem ze stypendium. A potem się szukało ideowych racji dla takich możliwości i własnego awansu. Dziś wiemy, że one były obecne także w emancypacyjnej tradycji ruchów prawicowych z przełomu XIX i XX wieku - u ludowców, narodowych demokratów. Przecież hasłem Ligi Polskiej było "unarodowienie ludu". Ale w latach 50. wszystkie te tradycje były nieobecne. Pozostawała tradycja lewicowa zredukowana do "rewolucyjnej" i uznanie, że naprawdę rewolucyjny awans społeczny umożliwili komuniści. Koszta były znane: usuwano starych profesorów, glajchszaltowano programy, wprowadzano cenzus pochodzenia, premiowano służalczość polityczną... Ale po roku 1956, kiedy ja startowałem, najgorsze mieliśmy już za sobą, a przed sobą - wielkie nadzieje.
W pewnym momencie ta lewicowość staje się jednak u pana lewicowością opozycyjną, mimo tej wdzięczności za awans...
Gdy chodzi o lata studenckie, przedmarcowe, to byłoby za duże słowo, gdybym powiedział, że ona jest opozycyjna. Uczestniczę w różnych kółkach, które pączkują, jak zwykle w czasach schyłku jakiejś formacji. Tak mi się układa losowo, środowiskowo, że znajduję się w tych kręgach, w których narastają fermenty. Ale tamten czas ma dla mnie także drugą stronę. Tą drugą stroną są moi koledzy z akademika, o podobnej genealogii, często nawet jeszcze bardziej plebejskiej, którzy wstępują do partii i robią tam porządne rzeczy. Spotykam się z nimi, współpracuję w ruchu naukowym i kulturalnym. Żyję trochę w dwóch światach.
Czym te światy się różnią? Czy bardziej książkami, jakie się w nich czyta, i deklarowanymi ideami czy pochodzeniem społecznym?
Lektury często były te same (np. "Rok 1984" Orwella), ale wnioski różne. Dla jednych kontestujące, dla drugich - adaptacyjne. Różnice społeczne miały w tym swój udział. Po stronie "akademika" byli przeważnie arywiści, niekiedy zwykli karierowicze, ale wielu z nich robiło rzeczy ważne (np. w nauce) i dobre.
Dobrze wykonywali swój zawód?
Nie tylko. Uważali również, że uprawiają politykę na tyle, na ile to było możliwe w sytuacji, której ograniczenia przyjmowaliśmy jako oczywistość. Bo Związek Radziecki wydawał się wtedy faktem z poziomu natury, nie historii. Tam gdzie wyzwalaliśmy się od nadmiernej zależności, jak np. w naukach humanistycznych czy w studenckim ruchu kulturalnym, tam działalność była sensowna. Wyłania się też wtedy ten drugi krąg, do którego wtedy trafiam, jeszcze nie opozycyjny, ale już "rewizjonistyczny". Pojawiają się też młodzi aktywiści polityczni - ruchliwi, odważni, wypowiadający się wprost, co stanowi wtedy rewelację. Bywają zacietrzewieni, sekciarscy, doktrynerscy, ale skupiają na sobie uwagę. Podczas gdy po stronie "akademika" przy całym pragnieniu, żeby coś dobrego robić, przytłaczająca jest świadomość - sam miałem ją w sobie - że musi to być związane z konformizmem, że pewnych rzeczy się nie mówi albo nawet się je wypiera ze świadomości. To powoduje u człowieka rozdwojenie, czyni go niepewnym, rozdartym.
Na czym polegała różnica społeczna pomiędzy nieco oportunistycznym "akademikiem" i opozycyjnymi "aktywistami"?
Po stronie opozycyjnej czy też przedopozycyjnej przeważała młodzież stołeczna, wywodząca się z warszawskich elit.
Czy to jest elitarność wyłącznie w granicach PRL? Dzieci ważnych rodzin komunistycznych?
Nie, to się stapiało. Np. Małgosia Dziewulska, Małgosia Szpakowska, Jadwiga Staniszkis, bracia Karpińscy, Marcin Król to wszystko są klasyczne warszawskie genealogie inteligenckie, od paru pokoleń. A Waldek Kuczyński - i nie on jeden - był plebejuszem.
Dlaczego ostatecznie przed Marcem bardziej pociąga pana lewicowość opozycyjna niż lewicowość "akademika"?
Mnie obudziły do życia nadzieje popaździernikowe. Dziś nie docenia się tego naprawdę wielkiego - po latach twardego stalinizmu - otwarcia, jakie wówczas osiągnięto. Mieliśmy łatwiejszy dostęp do wiedzy o świecie, do sztuki, do książek, do wyjazdów nawet, ale to się kurczyło. Demokratyczne nadzieje nie przeradzały się w demokrację, przeciwnie - usychały. Kryzys "małej stabilizacji", działalność "kółkowa", zebranie w dziesięciolecie Października z Kołakowskim i Pomianem - to było publiczne wysłowienie upadku tych nadziei. Narastała świadomość, że przestrzeń się kurczy, pętla zaciska. Potem przychodzą jeszcze bardziej wyraziste incydenty: wyrzucają ze studiów Adama Michnika, zdejmują ze sceny "Dziady". Więc na pewno głównym motywem wyboru tej, jak pan to nazywa, "lewicowości opozycyjnej" był upadek nadziei związanych z "socjalizmem z ludzką twarzą" (choć on się wtedy tak nie nazywał, bo to jest chyba dopiero czeski frazes z wiosny '68), z socjalizmem humanistycznym, otwartym. Wraz z ubywaniem tych nadziei, postawy się radykalizowały. A ja przy wszystkich swoich wahaniach znalazłem się w kręgu najbardziej radykalnym. No i było całe to uniesienie marcowe, które objęło wiele uczelni w Polsce. Jest taki jeden utrwalony fałsz historyczny występujący nawet w poważnych opracowaniach - że to my z Jakubem Karpińskim i Jadwigą Staniszkis napisaliśmy we troje "Deklarację ruchu studenckiego". My jej nie napisaliśmy, my ją tylko zredagowaliśmy, mieliśmy stosy rezolucji z całej Polski... Mieliśmy taką powinność, tym nas obarczono, ale my tego nie wymyśliliśmy, my to wydobyliśmy z tej mądrości zbiorowej.
Jak po doświadczeniu Marca wyglądał mityczny sojusz lewicowej inteligencji i ludu. Bo to w Marcu pojawiła się wzajemna nieufność. Czasami później przekraczana, a czasami powracająca z wielkim natężeniem. Kiedyś w wywiadzie dla "Życia" Zygmunt Kubiak powiedział, że my mamy tendencję do odtwarzania feudalizmu... Nawet jeśli z czasem "szlachta i lud" zmieniają się w "inteligencję i lud" albo "elity i lud", to ta prosta pionowa struktura jest wciąż odtwarzana. Łącznie z resentymentem i potencjałem społecznych buntów. Łącznie z salonem, który arywistę obwąchuje i każe bić pokłony własnym autorytetom, a jeśli arywista nie chce, bo niektóre autorytety są kiepskiej jakości, to się go piętnuje jako radykała i próbuje wypluć. Wszystkie te feudalne modele zachowań pokazują, że nie udało nam się w Polsce zbudować nowoczesnego narodu.
To, że struktura symboliczna zmienia się o wiele wolniej niż struktura społeczna, jest parafrazą klasycznego orzeczenia Karola Marksa, że nadbudowa jest zawsze spóźniona w stosunku do bazy. Najlepszym potwierdzeniem tego jest to, że my w Polsce nadal dyskutujemy o inteligencji, podczas gdy na naszych oczach konstytuuje się klasa średnia i obejmuje hegemonię. Problem inteligencji zostaje historycznie zamknięty. Niedługo zresztą ukaże się fundamentalne kilkusetstronicowe opracowanie zespołu profesora Jerzego Jedlickiego i to będzie kamień nagrobny położony na naszej "starej inteligenckiej" Polsce. Ważne jest przejęcie i kultywowanie najlepszych cech inteligenckiego etosu, co dokonuje się przede wszystkim w organizacjach pozarządowych, a nie galwanizowanie anachronicznych podziałów społecznych. Ja naprawdę inaczej widzę tę problematykę, a rozpowszechnionego jej ujęcia nie rozumiałem i jakoś do dzisiaj nie rozumiem - mimo że sam zajmowałem się dziejami inteligencji. Najkrócej rzecz biorąc, Polska Ludowa przy całym swoim impulsie awansu społecznego miała jednocześnie potworną historyczną wadę. Konserwowała w gruncie rzeczy feudalne relacje i mentalność feudalną. Stąd właśnie przetrwanie XIX-wiecznego podziału: "inteligencja" i "lud". W ogóle nie rozumiem tego podziału, ponieważ jestem jednocześnie ludem i inteligencją i nie rozumiem, na czym polega problem łączności inteligencji z klasą robotniczą, bo w mojej szeroko pojętej rodzinie mam robotników, rolników, rzemieślników itp. Pamiętam wielką scenę posierpniową, kiedy pewnego robotniczego lidera strajków 1980 roku, dla którego zresztą mam wielką estymę, pokazano na zebraniu Oddziału Warszawskiego Związku Literatów. Został wprowadzony tak, jakby był egzotycznym stworzeniem... Ja wtedy w ogóle nie rozumiałem tego podniecenia, bo to przecież zostało wymyślone przez bolszewików - że oni mają klasę robotniczą, która jest naprzeciw nich, oni tam wnoszą świadomość, a ta klasa później pójdzie z nimi. Co jakoś się zresztą sprawdziło, na nieszczęście Rosji i nas wszystkich...
Alain Besancon w książce "Intelektualne źródła leninizmu" umieścił bardzo zabawny rozdział o inteligencji, która dla niego jako Francuza jest wytworem całkowicie egzotycznym, wschodnim. Car postanowił wyprodukować modernizacyjną elitę na specjalnych uczelniach, żeby ona mu później zmodernizowała lud. I ta trochę wykorzeniona elita modernizacyjna ostatecznie alienuje się zarówno wobec cara, jak też wobec ludu. Staje się radykalną inteligencją. Robi rewolucję i sama zastępuje feudalną kastę władzy.
Taka pewnie jest prawda w odniesieniu do Rosji - nawiasem dodam, że podobnie (i dużo wcześniej) widział to Brzozowski. W Polsce jednak było inaczej - inteligencja kształtowała się w poczuciu odpowiedzialności za naród pozbawiony własnego państwa i poddany obcej władzy. Wiadomo natomiast, że w krajach, które przechodziły normalną modernizację i gdzie wytwarzała się normalna klasa średnia, w tym kadry eksperckie, takiego tworu społecznego w ogóle nie było. U nas podział na szlachtę i lud zostaje zastąpiony przez podział na inteligencję i klasę robotniczą. A w dodatku wyobrażano sobie społeczeństwo nie w kategoriach realnego procesu historycznego, lecz w obrazach z "Wesela" Wyspiańskiego. Co więcej, to "Wesele" się rzeczywiście historycznie jakoś spełnia w karnawale "Solidarności". Otóż ja naprawdę w tym karnawale widziałem od początku zalążki podziałów i porażek. Byłem pewien, że ten konglomerat to nie jest żadna jedność - słyszałem w nim pogłosy różnych tradycji, postaw, idei, które w normalnym społeczeństwie muszą się artykułować jawnie i antagonistycznie wobec siebie.
Ale tu jest straszny kłopot, bo to "jawne wyartykułowanie" nawet jeszcze dzisiaj jest maskowane jakąś hipokryzją. Z jednej strony nawet jeszcze po roku 1989 inteligencja opowiada o swojej lewicowości i wrażliwości na los ludu, a jednocześnie, kiedy w czasie kolejnych "wojen na górze" ktoś im ten lud wołający o podwyżkę albo szukający jakichś symbolicznych zadośćuczynień (zwykle kozłów ofiarnych) pod okna przyprowadzi, to lewicowi inteligenci popadają w paniczny lęk przed "ciemnogrodem" czy - jak to się dziś mówi - "moherami". Dlaczego inteligenci nie są ciągle w stanie przemyśleć swojego zachowania? Mogliby albo przestać bredzić o tym "ciemnogrodzie" i zacząć ten konflikt po lewicowemu interpretować w kategoriach interesów społecznych, albo odwrotnie - dojść wreszcie do wniosku, że nigdy nie byli lewicowi i nie mieli żadnej społecznej wrażliwości. Ale oni nie chcą zrobić ani jednego, ani drugiego. Ciągle uważają się za lewicę, a zarazem wobec "moherów" mają poczucie wyższości pomieszane z panicznym lękiem.
Jak pan tak zadaje pytanie, to ja nie umiem odpowiedzieć. Także dlatego, że struktura polskich "wojen na górze" wygląda moim zdaniem trochę inaczej, niż pan ją przedstawia. To znaczy na scenie są widoczne postacie pierwszoplanowe - Lech Wałęsa i Tadeusz Mazowiecki - a wokół nich jakieś ekipy. Te ekipy roszczą sobie prawo do symbolicznego reprezentowania całego narodu. Co mnie zresztą zawsze dziwiło. Kiedyś odbyłem nawet długą rozmowę z jednym z liderów Unii Demokratycznej, żeby się dowiedzieć, dlaczego oni muszą reprezentować cały naród, czemu nie chcą reprezentować jakiejś określonej grupy społecznej, np. wszystkich pracowników oświaty, kultury, nauki... Ale oczywiście nikt się tak samoograniczać nie chciał. To by było za skromne, bo oba skrzydła kontynuują inteligencką tradycję i ucieleśniają cały naród. A ponieważ "całego narodu" już nie ma - naród nowoczesny dzieli się strukturalnie i funkcjonalnie - więc ponawianie tradycji okazuje się uzurpacją. Stronnictwo Wałęsy nie powstaje, Unia Wolności zanika. Dzisiaj sytuacja już się naprawdę zmieniła. Teraz wiadomo, że PO reprezentuje nową klasę średnią, a nie cały naród, i nawet PiS zaczęło rozumieć, że też nie jest emanacją narodu, tylko musi się jakoś społecznie określić i pracować nad jakimś elektoratem...
Chociaż kiedy im się po roku 2005 próbowało tłumaczyć, że powinni wyodrębnić i zdefiniować swoje elektoraty czy programy społeczne, to nawet najciekawsi spośród nich odpowiadali, że "nas pod tym względem nic istotnego nie różni". Według ich własnej samoświadomości poróżniło ich tylko to, że albo "Tusk zwariował, bo przegrał wybory", albo "Kaczyński ma paranoję, bo chce całej władzy". Dopiero w ostatnich wyborach zaczęli się definiować bardziej społecznie, a mniej psychologicznie. Choć i to jeszcze na poziomie raczkowania...
Zbliżamy się do czegoś, co będzie - mam nadzieję - coraz bardziej normalne: całość wyłania się z rywalizacji części. Padło tu pytanie, dlaczego wcześniej postępowano zupełnie inaczej. Moim zdaniem to było nieuniknione w tym sensie, że zróżnicowanie podmiotów społecznych nie było rozpoznane, więc te różnice nie mogły być adekwatnie artykułowane. W związku z tym ekipy mogły uchodzić za podmioty polityczne. Istniała jedna "klasa polityczna", która niby reprezentowała całość, ale była tylko sobą. Licytacja deklaracji przybierała na sile, podczas gdy - tak troszkę po tołstojowsku mówiąc - w narodzie praca wewnętrznych przekształceń dokonywała się sama. Mój starszy syn, który wtedy rozpoczynał samodzielne życie, należał do pokolenia nazwanego "japiszonami", które zobaczyło w tej nowej Polsce ogromną szansę. Ci trzydziestoparolatkowie zajęli dzisiaj wiele ważnych pozycji i zmieniają tę Polskę. Tylko że już nie aspirują do tego, by się określać jako inteligencja. Choć tradycja inteligenckich powinności jest im nadal bliska.
Klasa średnia, która jeszcze w '89 czy '90 roku była tylko projektem (jak na nią KLD postawił, to nawet nie wszedł do Sejmu), dzisiaj jest realną siłą społeczną. Jarosław Kaczyński nawet ją zmobilizował - tyle że przeciwko sobie...
Oczywiście. I trzeba było mieć na nosie największe końskie okulary, żeby nie dostrzec tego, że ta nowa klientela społeczna będzie miała decydujący wpływ na Polskę, a także na to, kto będzie w Polsce rządził. Z winy tych końskich okularów PiS stało się zakładnikiem klienteli ojca Rydzyka, która oczywiście realnie istnieje, nikt przytomny na umyśle nie powinien utrzymywać, że jej nie ma. To są współmieszkańcy naszego polskiego domu, ale współmieszkańcy tracący swoją rolę dominującej czy politycznie rozstrzygającej grupy społecznej. Ich znaczenie będzie się zmniejszać, co nie znaczy, że znikną.
Mamy zatem podział na pięknych, młodych i bogatych - jeśli nawet nie realnie, to w sferze aspiracji - i na odchodzących. Czy w tym pejzażu, sprawnie obsługiwanym przez dwie prawicowe partie, jest miejsce na jakąkolwiek lewicę?
Oczywiście, że jest.
To dlaczego tej lewicy nie ma?
Dlatego, że lewica w Polsce nie potrafi poważnie zdefiniować sytuacji. To znaczy, nie potrafi powiedzieć, jaki jest główny problem naszych czasów, jak on się cywilizacyjnie nazywa, gdzie jest ten punkt archimedesowy, od którego mamy się odbić... Nie potrafi zdefiniować konfliktu społecznego, a w każdym razie najważniejszego społecznego napięcia. A to główne napięcie społeczne nie jest ulokowane dzisiaj wśród bezrobotnych (choć tych ostatnich nie lekceważę) ani wśród wykluczonych (choć uważam, że trzeba się nimi zajmować). Ale nie tu znajduje się klucz do sytuacji, którego uchwycenie pozwoliłoby polskiej lewicy stworzyć wizję przyszłości i sięgnąć po polityczne przywództwo. Ta lewica, którą mamy, jest w najlepszym razie scenicznie okazjonalna, ale nie historycznie sytuacyjna. Otóż wchodzimy w nowy typ społeczeństwa, które nie jest już społeczeństwem industrialnym. Repertuar problemów zrodzonych przez formację industrialną w Polsce się wyczerpuje: moda na lofty jest tego dobrą ilustracją. Nie znaczy to, że on się wyczerpie w przyszłym roku albo podczas kadencji parlamentu - konflikt przemysłowy będzie dogasał przez lata. Ale główna problematyka przyszłości jest dziś ulokowana gdzie indziej. Ten poziom rozwoju, na który Polska wkracza, jest różnie nazywany - mnie odpowiada określenie "społeczeństwo wiedzy". To znaczy, że najważniejszy problem społeczny jest ulokowany w tej dziedzinie - to problem miejsca wiedzy w całej strukturze gospodarczo-społecznej oraz dystrybucji dostępu do tej wiedzy. Jacek Kuroń w ostatnich swoich pismach miał rację: kluczowy w Polsce jest dzisiaj problem emancypacji przez edukację. I tu tkwią główne hamulce naszej cywilizacyjnej modernizacji, która musi być również społeczną emancypacją. Ludzie chcący w Polsce uchodzić za myślicieli lewicy powtarzają różne stare dobrotliwe zaklęcia, które mają coraz mniej odpowiedników społecznych. Oni myślą tak, jakby w tych loftach nadal huczały obrabiarki albo przędzalnie. Próbują coś ugrać na gruncie, który usuwa im się spod nóg. Tymczasem trzeba by poważnie potraktować koncepcję "trzeciej drogi" Tony'ego Blaira, która w Polsce właściwie nie została intelektualnie przetrawiona, przyjrzeć się bliżej Finlandii, a nawet Estonii... "Trzecia droga" nie oznacza wcale kapitulacji na froncie społecznym i bezkrytycznego przejęcia neoliberalnych reguł. Opiera się właśnie na uznaniu roli wiedzy i edukacji jako kluczowych dla rozwoju i emancypacji. Polska lewica nie ma już nawet co liczyć na to, że w naszym kraju ciągle jeszcze jakieś 25 proc. sił wytwórczych - by użyć klasycznego terminu - jest w rękach państwa. I że to jest potencjalny bastion lewicowych partii. A tymczasem to jest tylko bastion kapitalizmu politycznego i rozdawnictwa posad. Trzeba go korzystnie sprzedać, a za uzyskane środki zmienić miejsce nauki i edukacji w państwie i społeczeństwie.
Ale tu obie nasze prawicowe partie - ta, która obsługuje "piękną górę", i ta, której przypadły do reprezentowania "brzydkie doły" - mają swoje odpowiedzi. Odpowiedź PO to oczywiście - mimo całej solidarystycznej retoryki exposé Tuska - deregulacja, zgoda na powiększenie nierówności za cenę większej efektywności całego systemu. Bon edukacyjny...
Trudno kontestować hasło zwiększenia efektywności: najpierw trzeba mnożyć, jeśli chce się później dzielić. Tylko że efektywność rozumiem tutaj jako narzędzie, które musi czemuś służyć.
Temu, żeby przynajmniej elity były dobrze wykształcone, a większa konkurencyjność poprawiła jakość wszystkich istniejących podmiotów. Z kolei PiS ma paradoksalnie odpowiedź starolewicową: że wszyscy mają równe prawo do wszystkiego... Jarosław Kaczyński uważa na przykład, że dokonane w III RP umasowienie wyższego wykształcenia warte było obniżenia poziomu kształcenia na większości tych nowych "wyższych uczelniach", gdzie wynajmuje się paru profesorów z Krakowa czy Warszawy, żeby tam odrabiali swoje piąte czy szóste etaty.
PiS, podobnie jak SLD powołuje się na konstytucję, w której jeden z najbardziej fałszywych zapisów dotyczy bezpłatności wyższego wykształcenia... Zresztą obie odpowiedzi, które pan przytoczył, nie składają się na "trzecią drogę". Dla niej problem miejsca wiedzy i jakości edukacji byłby ważniejszy od kryteriów ilościowych. Zresztą wszystkie problemy dotyczące jakości życia - od zdrowia począwszy przez edukację, informację, nawet rekreację - są elementami realnej emancypacji różnych grup społecznych. Jakość ta dla nowoczesnej lewicy jest ważniejsza niż to, czy państwo jest właścicielem martwych linii PKP albo deficytowych stoczni i stalowni. Nie można być lewicą i nie wiedzieć, jaki jest współczesny sens emancypacji.
SLD od emancypacji ma posłankę Senyszyn...
Od emancypacji kobiet, dzieci itd. Jestem jak najdalszy od tego, by te kwestie lekceważyć, ale one muszą wchodzić w skład szerszej wizji podnoszenia całego społeczeństwa. Trzeba by mieć "odwagę Lenina" (by przypomnieć słynny frazes Żeromskiego) i zawołać: "Nasza Polska będzie Polską >>szklanych domów<<!". I umieć przekonywająco wytłumaczyć, co to dziś może znaczyć. Lewica z przyszłością musi dowieść, że jak ona będzie rządzić, to będzie potrafiła być bardziej efektywna od Tuska, a owoców tej efektywności użyje do powiększenia zakresu emancypacji społecznej. Dziś tego nie widać - "żadnych marzeń". Przyznam się zresztą panu, że słabo rozumiem dzisiejsze polskie partie polityczne. Nie chodzi nawet o to, że one nie są ideowe, tylko pragmatyczne. One nie mają zdolności do wejścia w społeczeństwo, nie niosą ze sobą żadnego pobudzenia społecznego, patosu rozwoju czy awansu. One są gdzieś poza społeczeństwem, nie stymulują ludzkiej aktywności, tak jak potrafili to robić na początku ubiegłego wieku ci, których nazywamy pokoleniem polskiej niepodległości. Kiedyś "Europa" zamieściła wywiad ze mną zatytułowany "Bronię III RP". To teraz mogę powiedzieć, co miałem III RP za złe: to, że jej polityczne elity uznały, że tort jest wypieczony, a pozostał tylko problem jego podziału. Chodzi o tort społeczny i o założenie, że nie trzeba się trudzić budowaniem tego społeczeństwa, wystarczy skonsumować możliwie duży kawałek, najlepiej "całość" elektoratu. Tymczasem partie polityczne powinny uczestniczyć w budowaniu społeczeństwa, kształtując je i przekształcając się wraz z nim. Do dziś nie wiadomo, jaką twarz ma w ogóle połowa mieszkańców kraju, która nie bierze udziału w życiu publicznym - jakie są jej aspiracje, tożsamość. Partie, które w takim społeczeństwie myślą tylko o doraźnym marketingu politycznym, skazują się na historyczną efemeryczność, prowadzą życie pasożytnicze...
Na pana zarzut liberałowie odpowiedzą Palikotem: wystarczy deregulacja, bo w tej chwili aktywność ludzi jest skrępowana. Jeśli zlikwidujemy zbędne biurokratyczne ograniczenia, tort społeczny sam się wypiecze do końca. Modernizacja i okcydentalizacja dokonają się same mocą wyzwolonego społeczeństwa obywatelskiego. Może to nawet prawda, bo do tej pory polityka polska zbytnio w tych procesach nie pomagała. I różne grupy czy jednostki nauczyły się same walczyć o własne przetrwanie. Trochę przy tym zdziczały. Z kolei PiS mówi: wprowadziliśmy język wykluczonych, język ojca Rydzyka do centrum i to ucywilizowało, zmieniło tych ludzi. My nie tylko nie mówimy o nich "ciemnogród", ale mówimy im: "Jesteście solą tej ziemi, choćbyście nawet żyli z pomocy socjalnej i winili Niemca i Żyda za to, że wam się nie powiodło". I to zadziałało, oni są przywiązani do Kaczyńskiego bardziej niż byli do Wałęsy czy SLD. Czy pan jest tymi odpowiedziami usatysfakcjonowany?
Nie. Dlatego że obie odpowiedzi są na poziomie status quo. A tymczasem Polska naprawdę stoi przed szansami, jakich nie miała od niepamiętnych czasów. Potrzebny jest pozytywny bodziec ideowy, potrzebne jest powiedzenie wszystkim naszym współobywatelom nie: "Zapewnimy wam cud gospodarczy", ale: "Chodźcie z nami - ku ważnym celom". Tędy, tą drogą - nawet jeśli jest to związane z jakimś ryzykiem i wymaga zapłacenia określonej ceny. Mam nadzieję, że pojawi się tu lewica, która będzie to właśnie mówić i będzie potrafiła także powiedzieć: "Jest was więcej niż kiedykolwiek w przeszłości, jesteście pełnoprawnymi obywatelami, możecie wszystko zrobić z tym państwem".
Na rzecz trwałości status quo przemawia obraz celnie i boleśnie przedstawiony przez Kingę Dunin w jednym z jej felietonów. Mianowicie 50 m od siebie stoją świeżo wykończone luksusowe i nowoczesne prywatne Złote Tarasy i wspólny Dworzec Centralny w postępującej ruinie. Janusz Majcherek w swoim ultraliberalnym języku odpowiedział jej polemicznie, że właśnie dlatego trzeba jak najszybciej ograniczyć "to, co wspólne", na rzecz "tego, co prywatne".
To są klasyczne doktrynerstwa, nieuniknione nie tyle wśród inteligentów, co intelektualistów, ale trzeba do nich podchodzić sceptycznie, ponieważ oczywiście nie ma mechanicznych rozwiązań albo też wszystkie mechaniczne rozwiązania wprowadzane w życie doprowadzają do większych lub mniejszych katastrof. Zacznijmy od doktrynerstwa lewicy. Czym było w Polsce Ludowej wywłaszczenie kamieniczników na ulicy Wileńskiej i jaki jest praktyczny tego rezultat? Ulica Wileńska jest w gorszym stanie niż była 60 lat temu, czyli bezpośrednio po wojnie, bo ciągle nie można z nią nic zrobić, nie wiadomo, czyją jest własnością, a miasto nie ma pieniędzy, żeby inwestować. W powojennym programie PPS twierdzono, że gospodarka musi być trójsektorowa, natomiast proporcje sektorów są do dyskusji. Ale zaraz potem komuniści wygrali "bitwę o handel" i zapanowało etatystyczne doktrynerstwo. Wiara w to, że mechaniczna deregulacja wszystko załatwi, jest analogicznym, choć odwrotnym doktrynerstwem. Jeśli w takim kraju jak Polska nie będzie wspólnej sfery publicznej, to kto będzie dbał o naukę i edukację? Czy jeszcze będą istnieć uniwersytety?
A co współczesna polska lewica - gdyby zdobyła wpływ na władzę - powinna zrobić z Kościołem? Bo na razie mamy tylko SLD-owski antyklerykalizm, bardzo radykalny, kiedy Sojusz jest w opozycji. Bo jak jest u władzy...
Jest jeszcze bardziej uległy. A Miller jeździł do ks. Jankowskiego służyć mu przy bursztynowym ołtarzu. Przede wszystkim lewica powinna wyzbyć się całego bagażu doktrynalnego, który wyrastał ze słynnej sentencji Marksa, że religia to opium dla ludu. Nie tylko ta teza upadła, ale upadły też wszystkie jej pochodne i tego trzeba się wyzbyć, doszczętnie.
Czyli polska lewica musi zrozumieć tezę o przełomie postsekularnym i wziąć udział w walce o religię, a nie tylko z religią. Trochę w stylu późnego Brzozowskiego.
Trzeba traktować religijność jako autentyczną, a Kościół jako realnie istniejącą instytucję. Ale właśnie z takiej diagnozy wynika konieczność przestrzegania zasady rozdziału państwa i Kościoła. Jeżeli władza polityczna, legalnie wybrana, zarówno prezydent, jak i premier - skądkolwiek by się wywodzili - nie potrafi, w żadnym momencie, powiedzieć hierarchom: "Proszę się nie wtrącać, to już do was nie należy", to znaczy, że każda władza tutaj wątpi w swoją legitymizację. I podmywa zasady demokracji w państwie. Z drugiej strony Kościół też powinien zdefiniować swoje pola zainteresowań: w państwie neutralnym światopoglądowo są sfery, które powinny być wolne od kropienia kropidłem. Nie może być tak, że w Polsce nie można dokonać żadnego publicznego aktu, jeżeli do tego nie przyjdzie ksiądz z kropidłem. Mówię to jako człowiek wolny od antyklerykalnej obsesji. Takie rozgraniczenie państwa i Kościoła byłoby dobre dla obu stron - wzmacniałoby Rzeczpospolitą i szacunek dla Kościoła. Tymczasem Kościół nie umie się powściągnąć, a władza, która pochodzi z demokratycznego nadania, lęka się swoich prerogatyw. To jest sytuacja niezdrowa, która może się źle skończyć - najpewniej dla obu stron. A tego nikt przytomny na umyśle nie może życzyć ani Polsce, ani sobie samemu w tej Polsce.
Zadziwiająca jest ponadpartyjność tego problemu. Mamy przecież prof. Legutkę, który mówi: "Macie religię w szkole, ale nie dopychajcie tego kolanem, wliczając ocenę do średniej ze świeckich przedmiotów". I po godzinie jest powściągany przez wicepremiera odpowiedzialnego za wynik wyborów. Teraz podobny kryzys możemy mieć po stronie PO.
Nie ma nikogo po stronie władzy i w Sejmie RP, kto by miał odwagę powiedzieć, że tego nie należy robić, bo to jest niesprawiedliwe i upokarzające dla mniejszości. A większość, która upokarza mniejszości, zawsze źle na tym wychodzi. Prawdziwa wspólnota może być zbudowana wyłącznie na wzajemnej odpowiedzialności za siebie wszystkich jej członków czy składających się na nią grup. Jeśli jedna z tych grup, choćby i najsilniejsza, przestaje się czuć odpowiedzialną za mniejszości, to poczucie wspólnoty może przestać istnieć.
p
*Andrzej Mencwel, ur. w 1940 roku, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, wykładowca historii i antropologii kultury, eseista, krytyk, publicysta. Współzałożyciel Katedry Kultury Polskiej, a następnie Dyrektor Instytutu Kultury Polskiej przy Wydziale Polonistyki UW. W latach 1978 - 1981 był redaktorem pisma "Literatura". Historyk polskiej inteligencji, badacz biografii i myśli Stanisława Brzozowskiego, któremu poświęcił pracę pt. "Stanisław Brzozowski. Kształtowanie myśli krytycznej". Laureat Nagrody PEN Clubu im. Jana Strzeleckiego. Do jego najważniejszych książek należą: "Etos lewicy. Esej o narodzinach kulturalizmu polskiego" oraz "Przedwiośnie czy potop. Studium postaw polskich w XX wieku". W 2003 roku nakładem wydawnictwa Borussia ukazał się tom jego prozy "Kaliningrad, moja miłość". Ostatnio gościł na łamach "Europy" w nr 137 z 18 listopada 2006, zabierając głos w debacie pt.: "Co uzdrowi polską szkołę".