Andrzej Mencwel jest jednym z najciekawszych badaczy polskiej tradycji lewicowej, a także niestrudzonym wydawcą pism Stanisława Brzozowskiego. Rozmowa z nim to kolejna diagnoza Polski bez lewicy, Polski, w której o rząd dusz spierają się wyłącznie prawicowe diagnozy, języki i formacje polityczne. Wcześniej Kinga Dunin i Bronisław Łagowski pokazali w "Europie" proces, w wyniku którego hegemonia lewicowości z czasów PRL - a w każdym razie ówczesne przekonanie większości polskich inteligentów, że są ogólnie postępowi i społecznie wrażliwi - uległa kompletnemu rozproszeniu i zanikowi. Poczciwa "nieprawicowość" inteligenckiego salonu - jak złośliwie nazwała dawną hegemonię Kinga Dunin - czyli rytualna niechęć do endecji, lęk przed nacjonalizmem czy obawa przed ekspansją Kościoła przez ostatnie dwadzieścia lat ustąpiła w Polsce miejsca kompletnej ideowej kapitulacji inteligenckiego salonu przed wyrazistą prawicą coraz bardziej ekspansywnie zagarniającą media, instytucje państwa czy przestrzeń publicznych debat.
Andrzej Mencwel potwierdza fakt obecnej dominacji prawicy, a także słabość myśli lewicowej. Szansą dla ewentualnej przyszłej polskiej lewicy jest, jego zdaniem, impas intelektualny i prawicowy, w jakim znalazły się prawicowe partie po swoim bezprecedensowym zwycięstwie i zagarnięciu całego prawie politycznego spektrum. Zdaniem Mencwela PO jest zbyt pasywne, nie ma swojej wizji rewolucji, choćby i liberalnej. Z kolei PiS zachowuje się jak stara lewica, obiecując równość i sprawiedliwość dystrybucyjną, odwołując się do wykluczonych rozumianych bardzo tradycyjnie jako bezrobotni, emeryci, ludzie zarabiający pensję minimalną. Obie prawice stały się zakładnikami społecznego status quo.
p
Muszę powiedzieć najpierw o pewnej motywacji społecznej, o której zresztą najmniej się mówi współcześnie. Problematyka społeczna zanikła - tak jakby Polska w XX
wieku nie miała żadnej historii społecznej, jedynie historię polityczną.
To także jeden z wymiarów dzisiejszego kryzysu myśli lewicowej, a może i myśli społecznej w ogóle. Natomiast dla mnie, w moim wyborze lewicowości, bardzo ważne było to, że byłem
plebejskiego pochodzenia. Zresztą, mimo tego pochodzenia, genealogię ideową miałbym akurat raczej prawicową. Mój ojciec, który był rzemieślnikiem, w pierwszych latach powojennych w Jeleniej
Górze o mały włos nie kandydował na posła z ramienia Stronnictwa Pracy.
Istotnie, było w tym wszystkim także pewne osobiste napięcie. Ale najważniejsze było wtedy dla mnie to, co tzw. Polska Ludowa zrobiła z masowym awansem społecznym. Dziś patrzę na to trochę
inaczej, bo prawdopodobnie gdyby nie rok 1945, ten masowy awans społeczny przebiegłby bardziej harmonijnie. Ale społecznie Polska przedwojenna nie była dla mnie ideałem - w żadnym rozumieniu
tego słowa.
Tylko że one zostały wypowiedziane dużo później, kiedy zresztą nie miały już społecznego odniesienia. Bo ten szeroki awans społeczny został zablokowany pod koniec lat 60., czego żywym
obrazem było zamykanie dostępu do wyższych studiów. Natomiast jeszcze 10 lat wcześniej w mentalności mojego pokolenia utrwalone było przekonanie, że każdy z nas ma otwartą drogę - do
miasta, wiedzy, awansu. Ja nawet dzisiaj nie widzę tego wśród młodzieży wiejskiej w takim natężeniu. Dziś łatwiej jest wyjechać w świat, ale zmienić pozycję społeczną jest trudniej.
Jak przyjechałem do Warszawy i zacząłem studiować polonistykę, miałem lat 17 i żyłem ze stypendium. A potem się szukało ideowych racji dla takich możliwości i własnego awansu. Dziś
wiemy, że one były obecne także w emancypacyjnej tradycji ruchów prawicowych z przełomu XIX i XX wieku - u ludowców, narodowych demokratów. Przecież hasłem Ligi Polskiej było
"unarodowienie ludu". Ale w latach 50. wszystkie te tradycje były nieobecne. Pozostawała tradycja lewicowa zredukowana do "rewolucyjnej" i uznanie, że naprawdę
rewolucyjny awans społeczny umożliwili komuniści. Koszta były znane: usuwano starych profesorów, glajchszaltowano programy, wprowadzano cenzus pochodzenia, premiowano służalczość
polityczną... Ale po roku 1956, kiedy ja startowałem, najgorsze mieliśmy już za sobą, a przed sobą - wielkie nadzieje.
Gdy chodzi o lata studenckie, przedmarcowe, to byłoby za duże słowo, gdybym powiedział, że ona jest opozycyjna. Uczestniczę w różnych kółkach, które pączkują, jak zwykle w czasach
schyłku jakiejś formacji. Tak mi się układa losowo, środowiskowo, że znajduję się w tych kręgach, w których narastają fermenty. Ale tamten czas ma dla mnie także drugą stronę. Tą
drugą stroną są moi koledzy z akademika, o podobnej genealogii, często nawet jeszcze bardziej plebejskiej, którzy wstępują do partii i robią tam porządne rzeczy. Spotykam się z nimi,
współpracuję w ruchu naukowym i kulturalnym. Żyję trochę w dwóch światach.
Lektury często były te same (np. "Rok 1984" Orwella), ale wnioski różne. Dla jednych kontestujące, dla drugich - adaptacyjne. Różnice społeczne miały w tym swój udział.
Po stronie "akademika" byli przeważnie arywiści, niekiedy zwykli karierowicze, ale wielu z nich robiło rzeczy ważne (np. w nauce) i dobre.
Nie tylko. Uważali również, że uprawiają politykę na tyle, na ile to było możliwe w sytuacji, której ograniczenia przyjmowaliśmy jako oczywistość. Bo Związek Radziecki wydawał się
wtedy faktem z poziomu natury, nie historii. Tam gdzie wyzwalaliśmy się od nadmiernej zależności, jak np. w naukach humanistycznych czy w studenckim ruchu kulturalnym, tam działalność była
sensowna. Wyłania się też wtedy ten drugi krąg, do którego wtedy trafiam, jeszcze nie opozycyjny, ale już "rewizjonistyczny". Pojawiają się też młodzi aktywiści
polityczni - ruchliwi, odważni, wypowiadający się wprost, co stanowi wtedy rewelację. Bywają zacietrzewieni, sekciarscy, doktrynerscy, ale skupiają na sobie uwagę. Podczas gdy po stronie
"akademika" przy całym pragnieniu, żeby coś dobrego robić, przytłaczająca jest świadomość - sam miałem ją w sobie - że musi to być związane z konformizmem, że pewnych
rzeczy się nie mówi albo nawet się je wypiera ze świadomości. To powoduje u człowieka rozdwojenie, czyni go niepewnym, rozdartym.
Po stronie opozycyjnej czy też przedopozycyjnej przeważała młodzież stołeczna, wywodząca się z warszawskich elit.
Nie, to się stapiało. Np. Małgosia Dziewulska, Małgosia Szpakowska, Jadwiga Staniszkis, bracia Karpińscy, Marcin Król to wszystko są klasyczne warszawskie genealogie inteligenckie, od paru
pokoleń. A Waldek Kuczyński - i nie on jeden - był plebejuszem.
Mnie obudziły do życia nadzieje popaździernikowe. Dziś nie docenia się tego naprawdę wielkiego - po latach twardego stalinizmu - otwarcia, jakie wówczas osiągnięto. Mieliśmy łatwiejszy
dostęp do wiedzy o świecie, do sztuki, do książek, do wyjazdów nawet, ale to się kurczyło. Demokratyczne nadzieje nie przeradzały się w demokrację, przeciwnie - usychały. Kryzys
"małej stabilizacji", działalność "kółkowa", zebranie w dziesięciolecie Października z Kołakowskim i Pomianem - to było publiczne wysłowienie upadku
tych nadziei. Narastała świadomość, że przestrzeń się kurczy, pętla zaciska. Potem przychodzą jeszcze bardziej wyraziste incydenty: wyrzucają ze studiów Adama Michnika, zdejmują ze sceny
"Dziady". Więc na pewno głównym motywem wyboru tej, jak pan to nazywa, "lewicowości opozycyjnej" był upadek nadziei związanych z "socjalizmem z
ludzką twarzą" (choć on się wtedy tak nie nazywał, bo to jest chyba dopiero czeski frazes z wiosny '68), z socjalizmem humanistycznym, otwartym. Wraz z ubywaniem tych nadziei, postawy
się radykalizowały. A ja przy wszystkich swoich wahaniach znalazłem się w kręgu najbardziej radykalnym. No i było całe to uniesienie marcowe, które objęło wiele uczelni w Polsce. Jest taki
jeden utrwalony fałsz historyczny występujący nawet w poważnych opracowaniach - że to my z Jakubem Karpińskim i Jadwigą Staniszkis napisaliśmy we troje "Deklarację ruchu
studenckiego". My jej nie napisaliśmy, my ją tylko zredagowaliśmy, mieliśmy stosy rezolucji z całej Polski... Mieliśmy taką powinność, tym nas obarczono, ale my tego nie
wymyśliliśmy, my to wydobyliśmy z tej mądrości zbiorowej.
To, że struktura symboliczna zmienia się o wiele wolniej niż struktura społeczna, jest parafrazą klasycznego orzeczenia Karola Marksa, że nadbudowa jest zawsze spóźniona w stosunku do bazy.
Najlepszym potwierdzeniem tego jest to, że my w Polsce nadal dyskutujemy o inteligencji, podczas gdy na naszych oczach konstytuuje się klasa średnia i obejmuje hegemonię. Problem inteligencji
zostaje historycznie zamknięty. Niedługo zresztą ukaże się fundamentalne kilkusetstronicowe opracowanie zespołu profesora Jerzego Jedlickiego i to będzie kamień nagrobny położony na naszej
"starej inteligenckiej" Polsce. Ważne jest przejęcie i kultywowanie najlepszych cech inteligenckiego etosu, co dokonuje się przede wszystkim w organizacjach pozarządowych, a nie
galwanizowanie anachronicznych podziałów społecznych. Ja naprawdę inaczej widzę tę problematykę, a rozpowszechnionego jej ujęcia nie rozumiałem i jakoś do dzisiaj nie rozumiem - mimo że
sam zajmowałem się dziejami inteligencji. Najkrócej rzecz biorąc, Polska Ludowa przy całym swoim impulsie awansu społecznego miała jednocześnie potworną historyczną wadę. Konserwowała w
gruncie rzeczy feudalne relacje i mentalność feudalną. Stąd właśnie przetrwanie XIX-wiecznego podziału: "inteligencja" i "lud". W ogóle nie rozumiem tego
podziału, ponieważ jestem jednocześnie ludem i inteligencją i nie rozumiem, na czym polega problem łączności inteligencji z klasą robotniczą, bo w mojej szeroko pojętej rodzinie mam
robotników, rolników, rzemieślników itp. Pamiętam wielką scenę posierpniową, kiedy pewnego robotniczego lidera strajków 1980 roku, dla którego zresztą mam wielką estymę, pokazano na
zebraniu Oddziału Warszawskiego Związku Literatów. Został wprowadzony tak, jakby był egzotycznym stworzeniem... Ja wtedy w ogóle nie rozumiałem tego podniecenia, bo to przecież zostało
wymyślone przez bolszewików - że oni mają klasę robotniczą, która jest naprzeciw nich, oni tam wnoszą świadomość, a ta klasa później pójdzie z nimi. Co jakoś się zresztą sprawdziło,
na nieszczęście Rosji i nas wszystkich...
Taka pewnie jest prawda w odniesieniu do Rosji - nawiasem dodam, że podobnie (i dużo wcześniej) widział to Brzozowski. W Polsce jednak było inaczej - inteligencja kształtowała się w poczuciu
odpowiedzialności za naród pozbawiony własnego państwa i poddany obcej władzy. Wiadomo natomiast, że w krajach, które przechodziły normalną modernizację i gdzie wytwarzała się normalna
klasa średnia, w tym kadry eksperckie, takiego tworu społecznego w ogóle nie było. U nas podział na szlachtę i lud zostaje zastąpiony przez podział na inteligencję i klasę robotniczą. A w
dodatku wyobrażano sobie społeczeństwo nie w kategoriach realnego procesu historycznego, lecz w obrazach z "Wesela" Wyspiańskiego. Co więcej, to "Wesele" się
rzeczywiście historycznie jakoś spełnia w karnawale "Solidarności". Otóż ja naprawdę w tym karnawale widziałem od początku zalążki podziałów i porażek. Byłem pewien,
że ten konglomerat to nie jest żadna jedność - słyszałem w nim pogłosy różnych tradycji, postaw, idei, które w normalnym społeczeństwie muszą się artykułować jawnie i antagonistycznie
wobec siebie.
Jak pan tak zadaje pytanie, to ja nie umiem odpowiedzieć. Także dlatego, że struktura polskich "wojen na górze" wygląda moim zdaniem trochę inaczej, niż pan ją przedstawia.
To znaczy na scenie są widoczne postacie pierwszoplanowe - Lech Wałęsa i Tadeusz Mazowiecki - a wokół nich jakieś ekipy. Te ekipy roszczą sobie prawo do symbolicznego reprezentowania całego
narodu. Co mnie zresztą zawsze dziwiło. Kiedyś odbyłem nawet długą rozmowę z jednym z liderów Unii Demokratycznej, żeby się dowiedzieć, dlaczego oni muszą reprezentować cały naród,
czemu nie chcą reprezentować jakiejś określonej grupy społecznej, np. wszystkich pracowników oświaty, kultury, nauki... Ale oczywiście nikt się tak samoograniczać nie chciał. To by było
za skromne, bo oba skrzydła kontynuują inteligencką tradycję i ucieleśniają cały naród. A ponieważ "całego narodu" już nie ma - naród nowoczesny dzieli się
strukturalnie i funkcjonalnie - więc ponawianie tradycji okazuje się uzurpacją. Stronnictwo Wałęsy nie powstaje, Unia Wolności zanika. Dzisiaj sytuacja już się naprawdę zmieniła. Teraz
wiadomo, że PO reprezentuje nową klasę średnią, a nie cały naród, i nawet PiS zaczęło rozumieć, że też nie jest emanacją narodu, tylko musi się jakoś społecznie określić i pracować
nad jakimś elektoratem...
Zbliżamy się do czegoś, co będzie - mam nadzieję - coraz bardziej normalne: całość wyłania się z rywalizacji części. Padło tu pytanie, dlaczego wcześniej postępowano zupełnie inaczej.
Moim zdaniem to było nieuniknione w tym sensie, że zróżnicowanie podmiotów społecznych nie było rozpoznane, więc te różnice nie mogły być adekwatnie artykułowane. W związku z tym ekipy
mogły uchodzić za podmioty polityczne. Istniała jedna "klasa polityczna", która niby reprezentowała całość, ale była tylko sobą. Licytacja deklaracji przybierała na sile,
podczas gdy - tak troszkę po tołstojowsku mówiąc - w narodzie praca wewnętrznych przekształceń dokonywała się sama. Mój starszy syn, który wtedy rozpoczynał samodzielne życie, należał
do pokolenia nazwanego "japiszonami", które zobaczyło w tej nowej Polsce ogromną szansę. Ci trzydziestoparolatkowie zajęli dzisiaj wiele ważnych pozycji i zmieniają tę
Polskę. Tylko że już nie aspirują do tego, by się określać jako inteligencja. Choć tradycja inteligenckich powinności jest im nadal bliska.
Oczywiście. I trzeba było mieć na nosie największe końskie okulary, żeby nie dostrzec tego, że ta nowa klientela społeczna będzie miała decydujący wpływ na Polskę, a także na to, kto
będzie w Polsce rządził. Z winy tych końskich okularów PiS stało się zakładnikiem klienteli ojca Rydzyka, która oczywiście realnie istnieje, nikt przytomny na umyśle nie powinien
utrzymywać, że jej nie ma. To są współmieszkańcy naszego polskiego domu, ale współmieszkańcy tracący swoją rolę dominującej czy politycznie rozstrzygającej grupy społecznej. Ich
znaczenie będzie się zmniejszać, co nie znaczy, że znikną.
Oczywiście, że jest.
Dlatego, że lewica w Polsce nie potrafi poważnie zdefiniować sytuacji. To znaczy, nie potrafi powiedzieć, jaki jest główny problem naszych czasów, jak on się cywilizacyjnie nazywa, gdzie jest
ten punkt archimedesowy, od którego mamy się odbić... Nie potrafi zdefiniować konfliktu społecznego, a w każdym razie najważniejszego społecznego napięcia. A to główne napięcie społeczne
nie jest ulokowane dzisiaj wśród bezrobotnych (choć tych ostatnich nie lekceważę) ani wśród wykluczonych (choć uważam, że trzeba się nimi zajmować). Ale nie tu znajduje się klucz do
sytuacji, którego uchwycenie pozwoliłoby polskiej lewicy stworzyć wizję przyszłości i sięgnąć po polityczne przywództwo. Ta lewica, którą mamy, jest w najlepszym razie scenicznie
okazjonalna, ale nie historycznie sytuacyjna. Otóż wchodzimy w nowy typ społeczeństwa, które nie jest już społeczeństwem industrialnym. Repertuar problemów zrodzonych przez formację
industrialną w Polsce się wyczerpuje: moda na lofty jest tego dobrą ilustracją. Nie znaczy to, że on się wyczerpie w przyszłym roku albo podczas kadencji parlamentu - konflikt przemysłowy
będzie dogasał przez lata. Ale główna problematyka przyszłości jest dziś ulokowana gdzie indziej. Ten poziom rozwoju, na który Polska wkracza, jest różnie nazywany - mnie odpowiada
określenie "społeczeństwo wiedzy". To znaczy, że najważniejszy problem społeczny jest ulokowany w tej dziedzinie - to problem miejsca wiedzy w całej strukturze
gospodarczo-społecznej oraz dystrybucji dostępu do tej wiedzy. Jacek Kuroń w ostatnich swoich pismach miał rację: kluczowy w Polsce jest dzisiaj problem emancypacji przez edukację. I tu tkwią
główne hamulce naszej cywilizacyjnej modernizacji, która musi być również społeczną emancypacją. Ludzie chcący w Polsce uchodzić za myślicieli lewicy powtarzają różne stare dobrotliwe
zaklęcia, które mają coraz mniej odpowiedników społecznych. Oni myślą tak, jakby w tych loftach nadal huczały obrabiarki albo przędzalnie. Próbują coś ugrać na gruncie, który usuwa im
się spod nóg. Tymczasem trzeba by poważnie potraktować koncepcję "trzeciej drogi" Tony'ego Blaira, która w Polsce właściwie nie została intelektualnie przetrawiona,
przyjrzeć się bliżej Finlandii, a nawet Estonii... "Trzecia droga" nie oznacza wcale kapitulacji na froncie społecznym i bezkrytycznego przejęcia neoliberalnych reguł. Opiera
się właśnie na uznaniu roli wiedzy i edukacji jako kluczowych dla rozwoju i emancypacji. Polska lewica nie ma już nawet co liczyć na to, że w naszym kraju ciągle jeszcze jakieś 25 proc. sił
wytwórczych - by użyć klasycznego terminu - jest w rękach państwa. I że to jest potencjalny bastion lewicowych partii. A tymczasem to jest tylko bastion kapitalizmu politycznego i rozdawnictwa
posad. Trzeba go korzystnie sprzedać, a za uzyskane środki zmienić miejsce nauki i edukacji w państwie i społeczeństwie.
Trudno kontestować hasło zwiększenia efektywności: najpierw trzeba mnożyć, jeśli chce się później dzielić. Tylko że efektywność rozumiem tutaj jako narzędzie, które musi czemuś
służyć.
PiS, podobnie jak SLD powołuje się na konstytucję, w której jeden z najbardziej fałszywych zapisów dotyczy bezpłatności wyższego wykształcenia... Zresztą obie odpowiedzi, które pan
przytoczył, nie składają się na "trzecią drogę". Dla niej problem miejsca wiedzy i jakości edukacji byłby ważniejszy od kryteriów ilościowych. Zresztą wszystkie problemy
dotyczące jakości życia - od zdrowia począwszy przez edukację, informację, nawet rekreację - są elementami realnej emancypacji różnych grup społecznych. Jakość ta dla nowoczesnej lewicy
jest ważniejsza niż to, czy państwo jest właścicielem martwych linii PKP albo deficytowych stoczni i stalowni. Nie można być lewicą i nie wiedzieć, jaki jest współczesny sens
emancypacji.
Od emancypacji kobiet, dzieci itd. Jestem jak najdalszy od tego, by te kwestie lekceważyć, ale one muszą wchodzić w skład szerszej wizji podnoszenia całego społeczeństwa. Trzeba by mieć
"odwagę Lenina" (by przypomnieć słynny frazes Żeromskiego) i zawołać: "Nasza Polska będzie Polską >>szklanych domów<<!". I
umieć przekonywająco wytłumaczyć, co to dziś może znaczyć. Lewica z przyszłością musi dowieść, że jak ona będzie rządzić, to będzie potrafiła być bardziej efektywna od Tuska, a
owoców tej efektywności użyje do powiększenia zakresu emancypacji społecznej. Dziś tego nie widać - "żadnych marzeń". Przyznam się zresztą panu, że słabo rozumiem
dzisiejsze polskie partie polityczne. Nie chodzi nawet o to, że one nie są ideowe, tylko pragmatyczne. One nie mają zdolności do wejścia w społeczeństwo, nie niosą ze sobą żadnego
pobudzenia społecznego, patosu rozwoju czy awansu. One są gdzieś poza społeczeństwem, nie stymulują ludzkiej aktywności, tak jak potrafili to robić na początku ubiegłego wieku ci, których
nazywamy pokoleniem polskiej niepodległości. Kiedyś "Europa" zamieściła wywiad ze mną zatytułowany "Bronię III RP". To teraz mogę powiedzieć, co miałem
III RP za złe: to, że jej polityczne elity uznały, że tort jest wypieczony, a pozostał tylko problem jego podziału. Chodzi o tort społeczny i o założenie, że nie trzeba się trudzić
budowaniem tego społeczeństwa, wystarczy skonsumować możliwie duży kawałek, najlepiej "całość" elektoratu. Tymczasem partie polityczne powinny uczestniczyć w budowaniu
społeczeństwa, kształtując je i przekształcając się wraz z nim. Do dziś nie wiadomo, jaką twarz ma w ogóle połowa mieszkańców kraju, która nie bierze udziału w życiu publicznym -
jakie są jej aspiracje, tożsamość. Partie, które w takim społeczeństwie myślą tylko o doraźnym marketingu politycznym, skazują się na historyczną efemeryczność, prowadzą życie
pasożytnicze...
Nie. Dlatego że obie odpowiedzi są na poziomie status quo. A tymczasem Polska naprawdę stoi przed szansami, jakich nie miała od niepamiętnych czasów. Potrzebny jest pozytywny bodziec ideowy,
potrzebne jest powiedzenie wszystkim naszym współobywatelom nie: "Zapewnimy wam cud gospodarczy", ale: "Chodźcie z nami - ku ważnym celom". Tędy, tą drogą -
nawet jeśli jest to związane z jakimś ryzykiem i wymaga zapłacenia określonej ceny. Mam nadzieję, że pojawi się tu lewica, która będzie to właśnie mówić i będzie potrafiła także
powiedzieć: "Jest was więcej niż kiedykolwiek w przeszłości, jesteście pełnoprawnymi obywatelami, możecie wszystko zrobić z tym państwem".
To są klasyczne doktrynerstwa, nieuniknione nie tyle wśród inteligentów, co intelektualistów, ale trzeba do nich podchodzić sceptycznie, ponieważ oczywiście nie ma mechanicznych rozwiązań
albo też wszystkie mechaniczne rozwiązania wprowadzane w życie doprowadzają do większych lub mniejszych katastrof. Zacznijmy od doktrynerstwa lewicy. Czym było w Polsce Ludowej wywłaszczenie
kamieniczników na ulicy Wileńskiej i jaki jest praktyczny tego rezultat? Ulica Wileńska jest w gorszym stanie niż była 60 lat temu, czyli bezpośrednio po wojnie, bo ciągle nie można z nią
nic zrobić, nie wiadomo, czyją jest własnością, a miasto nie ma pieniędzy, żeby inwestować. W powojennym programie PPS twierdzono, że gospodarka musi być trójsektorowa, natomiast proporcje
sektorów są do dyskusji. Ale zaraz potem komuniści wygrali "bitwę o handel" i zapanowało etatystyczne doktrynerstwo. Wiara w to, że mechaniczna deregulacja wszystko załatwi,
jest analogicznym, choć odwrotnym doktrynerstwem. Jeśli w takim kraju jak Polska nie będzie wspólnej sfery publicznej, to kto będzie dbał o naukę i edukację? Czy jeszcze będą istnieć
uniwersytety?
Jest jeszcze bardziej uległy. A Miller jeździł do ks. Jankowskiego służyć mu przy bursztynowym ołtarzu. Przede wszystkim lewica powinna wyzbyć się całego bagażu doktrynalnego, który
wyrastał ze słynnej sentencji Marksa, że religia to opium dla ludu. Nie tylko ta teza upadła, ale upadły też wszystkie jej pochodne i tego trzeba się wyzbyć, doszczętnie.
Trzeba traktować religijność jako autentyczną, a Kościół jako realnie istniejącą instytucję. Ale właśnie z takiej diagnozy wynika konieczność przestrzegania zasady rozdziału państwa i
Kościoła. Jeżeli władza polityczna, legalnie wybrana, zarówno prezydent, jak i premier - skądkolwiek by się wywodzili - nie potrafi, w żadnym momencie, powiedzieć hierarchom:
"Proszę się nie wtrącać, to już do was nie należy", to znaczy, że każda władza tutaj wątpi w swoją legitymizację. I podmywa zasady demokracji w państwie. Z drugiej
strony Kościół też powinien zdefiniować swoje pola zainteresowań: w państwie neutralnym światopoglądowo są sfery, które powinny być wolne od kropienia kropidłem. Nie może być tak, że
w Polsce nie można dokonać żadnego publicznego aktu, jeżeli do tego nie przyjdzie ksiądz z kropidłem. Mówię to jako człowiek wolny od antyklerykalnej obsesji. Takie rozgraniczenie państwa i
Kościoła byłoby dobre dla obu stron - wzmacniałoby Rzeczpospolitą i szacunek dla Kościoła. Tymczasem Kościół nie umie się powściągnąć, a władza, która pochodzi z demokratycznego
nadania, lęka się swoich prerogatyw. To jest sytuacja niezdrowa, która może się źle skończyć - najpewniej dla obu stron. A tego nikt przytomny na umyśle nie może życzyć ani Polsce, ani
sobie samemu w tej Polsce.
Nie ma nikogo po stronie władzy i w Sejmie RP, kto by miał odwagę powiedzieć, że tego nie należy robić, bo to jest niesprawiedliwe i upokarzające dla mniejszości. A większość, która
upokarza mniejszości, zawsze źle na tym wychodzi. Prawdziwa wspólnota może być zbudowana wyłącznie na wzajemnej odpowiedzialności za siebie wszystkich jej członków czy składających się
na nią grup. Jeśli jedna z tych grup, choćby i najsilniejsza, przestaje się czuć odpowiedzialną za mniejszości, to poczucie wspólnoty może przestać istnieć.
p
, ur. w 1940 roku, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, wykładowca historii i antropologii kultury, eseista, krytyk, publicysta. Współzałożyciel Katedry Kultury Polskiej, a następnie Dyrektor Instytutu Kultury Polskiej przy Wydziale Polonistyki UW. W latach 1978 - 1981 był redaktorem pisma "Literatura". Historyk polskiej inteligencji, badacz biografii i myśli Stanisława Brzozowskiego, któremu poświęcił pracę pt. "Stanisław Brzozowski. Kształtowanie myśli krytycznej". Laureat Nagrody PEN Clubu im. Jana Strzeleckiego. Do jego najważniejszych książek należą: "Etos lewicy. Esej o narodzinach kulturalizmu polskiego" oraz "Przedwiośnie czy potop. Studium postaw polskich w XX wieku". W 2003 roku nakładem wydawnictwa Borussia ukazał się tom jego prozy "Kaliningrad, moja miłość". Ostatnio gościł na łamach "Europy" w nr 137 z 18 listopada 2006, zabierając głos w debacie pt.: "Co uzdrowi polską szkołę".